Pierwsze kilometry pokonaliśmy spokojnie, aż do miasta w którym mieszkał Franco Ballerini. Kolarze oddali w ten sposób hołd tragicznie zmarłemu selekcjonerowi włoskiej kadry. Żonie zmarłego zostały wręczone kwiaty i przekazane oficjalne kondolencje. Później rozpoczął się prawdziwy wyścig. Cztery rundy wokół Lamporecchio z metą w Larciano i podjazdem do San Baronto, cały czas coś się działo. Dzisiaj drużyna nie postawiła na mnie, ja byłem tym od brudnej roboty, miałem być czujny i ostrożny, jechać z przodu i kontrolować wyścig.

Ostatnia duża runda była moja i Podgornego. Musieliśmy dogonić odjazd, który nam nie pasował. Clarke i Gatto musieli wycierpieć pod górę z pierwszymi i dobrze zafiniszować. Visconti, który zmaga się z jakimiś problemami żołądkowymi miał pojechać na ile może, a Rujano … no cóż, ten koleś popełnia ostatnio tyle błędów, że ciężko na niego stawiać.

Przed ostatnim podjazdem odbiłem, bo tu kończył się mój wyścig. Teraz wystarczyło spokojnie dojechać do mety, żeby pomimo wszystko skończyć. Clarke zafiniszował 4., ładnie, choć bardzo zależało nam na zwycięstwie. No cóż, nie są to wyścigi dookoła komina i zawsze jest spora grupa dobrze przygotowanych kolarzy – w końcu Włochy.

W sprawie Giro wciąż cisza, niby mamy poczekać do poniedziałku, ale myślę, że nic z tego nie będzie. Poza tym we wtorek cała obsługa musi wyjechać, jakoś nie widzę tego w jasnych barwach. Więc czas na przymusowe wakacje.

Źródło: www.huzarski.pl