Sapa“Dziś znów rzeź od startu, tylko dwie „górki” ale 50km podjazdu! Przyjechałem w grupce z Cavendishem, zmęczenie coraz większe a jutro najcięższy etap, może uda się przeżyć”.

Wtorkowy, 16. już etap Tour de France, był bardzo ciężki. Jechał już pan kiedyś w tak wysokich górach?
– Nie. To są najwyższe podjazdy, po jakich jeździłem. Na górze było bardzo zimno. Wszędzie wokół leżał śnieg. W środę jednak będzie jeszcze cięższy etap.

Podczas ostatniego zjazdu poważny wypadek miał Niemiec Jens Voigt. Kiedy pan zjeżdżał z tej góry zawodnikiem tym zajmowały się jeszcze służby medyczne?
– Nie już nie było nikogo. Wypadek ten widzieliśmy dopiero w telewizyjnych powtórkach. Droga była jednak przygotowana perfekcyjnie. Nie było szutru. Właściwie jest idealnie i na zjazdach idziemy w ciemno. Nie ma możliwości, żeby wpaść w jakąś dziurę, bo ich po prostu nie ma. Nie jechałem jeszcze na wyścigu, gdzie trasy byłyby przygotowane lepiej. Można trafić jednak na taki moment, kiedy sięga się do kieszeni po batonik, albo po bidon można wpaść na jakiś drobny uskok albo muldę. I wtedy dochodzi do wywrotki.

Ma pan już za sobą dwa tygodnie ciężkiego wyścigu. Czy stać będzie pana jeszcze na jakiś zryw w ostatnich dniach imprezy?
– Jeżeli już, to być może w piątek, Ale nie gwarantuję, bo już naprawdę czuję ten wyścig w nogach.

Rozmawiał – Tomasz Kalemba, sport.onet.pl

Źródło: www.marcinsapa.blogspot.com

Foto: corvospro.com