“Kamil Małecki – krótka opowieść o kolarskim zmartwychwstaniu” – tak zatytułowałem swój poprzedni wywiad z jednym z najlepszych polskich kolarzy. Niestety od tego czasu minęło już kilka miesięcy i sytuacja znów się zmieniła – w lipcu kolarz Q36.5 musiał przejść operację serca.
W poniższym wywiadzie przeczytacie m.in.:
- Dlaczego Polaka nie oglądamy na szosie od dwóch miesięcy
- Kiedy będzie mógł wrócić do treningów
- O powodach do optymizmu
W powyższym leadzie Kamila Małeckiego nazwałem jednym z najlepszych polskich kolarzy nie bez przyczyny. Nie tylko dlatego, że jako zawodnik Q36.5 – drużyny drugiej dywizji regularnie występującej w największych wyścigach świata niejako z urzędu zasługuje na takie miano. On pokazuje to w tym roku także swoimi wynikami – 18. miejsce w Paryż-Roubaix i 14. miejsce w Ronde van Vlaanderen to najlepsze występy polskiego kolarza w tych monumentach od czasów Zbigniewa Sprucha.
Niestety kontynuacji nie było. Utrzymanie równej formy przez cały rok jest przecież wyzwaniem, któremu podołać potrafią tylko pojedynczy kolarze. Wobec tego po bardzo udanym przełomie marca i kwietnia przyszły kolejne, nieco słabsze występy. Natomiast później – po zakończonych 23 czerwca Mistrzostwach Polski Małeckiego na szosie już nie zobaczyliśmy. Zabrakło go również na liście startowej zakończonego niedawno Tour de Pologne, a o przyczynach opowiedział w poniższym wywiadzie.
Co się stało, dlaczego nie oglądaliśmy cię podczas ostatniego Tour de Pologne, które miało być dla ciebie jednym z najważniejszych celów sezonu?
Dzień przed wyjazdem na zgrupowanie wysokogórskie do Livigno (czyli 5 lipca), podczas treningu doznałem częstoskurczu serca. Miałem tętno 230-250 przez ponad 2 godziny. Musiałem zadzwonić po karetkę. Karetka przyjechała, ale niestety tam nie byli w stanie mi pomóc. Żadne leki nie działały. Pojechaliśmy do szpitala. Tam też mieli problem z uspokojeniem mojego serca, ale w końcu się udało.
Zaczęli mi robić badania, bo skoro za pierwszym razem, kiedy w szpitalu podano mi leki, nic się nie wydarzyło, za drugim razem również, to znaczyło, że dzieje się coś podejrzanego. Postanowiono, że muszę tam zostać, pod całodobowym monitoringiem mojego serca. Zaczęliśmy robić badania i okazało się, że mam kilka wad wrodzonych takich jak: arytmia, migotanie i trzepotanie przedsionków i to właśnie z tego wziął się ten częstoskurcz.
Okazało się, że muszę przejść ablację serca. Zrobili mi ten zabieg po tygodniu, bo potrzebowali do niego dodatkowego wsparcia. To nie była taka normalna, trwająca 30 minut operacja, jak u zwykłego człowieka. U mnie trwało to 3 i pół godziny. Musieli przekłuwać się igłą z lewej do prawej komory serca, żeby tam wszystko zrobić. Na szczęście teraz jest już dobrze. Choć wciąż odczuwam jeszcze delikatnie to wszystko, co się wydarzyło, to jest już zdecydowanie lepiej, niż na początku, bo wtedy to była masakra.
Wróćmy do momentu, w którym okazało się, że doznałeś tego częstoskurczu. Kiedy zorientowałeś się, że coś jest nie tak?
To było na zjeździe, więc właściwie nie pedałowałem i nagle widzę, że tętno mi rośnie. Poza tym, czułem się tak, jakby serce podskakiwało mi do gardła. Dlatego stanąłem, czułem, jak to serce łomocze mi w klatce piersiowej. Ludzie zaczęli się zatrzymywać, pytać czy wszystko jest ok. Ja byłem cały czas przytomny, wszystko ogarniałem, ale czułem się coraz gorzej. Czekaliśmy tak 25 minut i w końcu zdecydowaliśmy, że wezwiemy karetkę, bo to tętno mi już nie spadnie, a sytuacja robiła się naprawdę niebezpieczna dla mojego zdrowia. Serce mogło tego nie wytrzymać.
W karetce się strasznie przestraszyłem. Miałem problemy z oddychaniem, czułem straszny ból w klatce piersiowej. Myślałem, że mam zawał. Dostałem morfinę, spieszyliśmy się, żeby jak najszybciej dojechać do szpitala. Na szczęście okazało się, że to nie był zawał – tyle dobrego…
Ponad pół roku temu miałem już podobną sytuację. Jeździłem w domu, na trenażerze, bo była brzydka pogoda. Dostałem podobnego ataku przy robieniu ćwiczeń. Ale myślałem, że to wynikało z tego, że w domu było bardzo ciepło, ja byłem cały spocony (nienawidzę jeździć na trenażerze). Myślałem, że to kwestia niedotlenienia itd. To trwało tylko kilka minut. Położyłem się, to tętno mi potem spadło, a potem nic złego się już nie działo.
Doktor powiedział mi, że tym razem nie mogę tego tak zostawić, bo następny raz może się pojawić nie za sześć miesięcy, ale za dwa, że będzie to coraz częstsze, a moje serce w pewnym momencie może tego nie wytrzymać i po prostu stanąć. To mnie już wystraszyło, bo wiedziałem, że to się może wydarzyć wszędzie. Byłbym na treningu, w miejscu gdzie nie ma zasięgu. Wydarzyłoby się to nagle, nikogo by przy mnie nie było – mógłbym mieć wtedy poważne problemy
Te problemy z sercem, które ujawniły się 4 lipca mogły mieć jakiś wpływ na wcześniejsze wyniki?
Myślę, że nie. To są wady wrodzone, choć nie wiem nawet, jak to jest możliwe. Miałem badane serce już wiele razy. Zawsze wszyscy mówili, że jest z nim wszystko ok, a tu się nagle okazuje, że jednak nie. Na pewno to były lepsze badania, bardziej wiarygodne, bardziej dokładne, ale i tak nie do końca to rozumiem, jak to możliwe.
Tak naprawdę jednak rower był tym czynnikiem, który jedynie przyczynił się do tego, że to wyszło na jaw szybciej i w zasadzie to się cieszę, że mam to już za sobą, choć sam zabieg był bardzo nieprzyjemny. Strasznie bolesny. Aż wymiotowałem z bólu. Wchodzi się do serca przez pachwinę i tam następuje wypalanie tego serca. Bolało, ale jestem już po i powoli dochodzę do siebie.
Teraz najgorsze jest to, że muszę brać bardzo mocne leki rozrzedzające krew. To głównie dlatego nie mogę się teraz ścigać, choć też prawda jest taka, że jestem jeszcze słaby i nie mogę pozwalać sobie na intensywny wysiłek. Najważniejsze jest jednak to, że jeśli coś by mi się stało – jakaś kraksa (ale też np. wypadek samochodowy), jakiś krwotok wewnętrzny, to jest duża szansa, że mógłbym z tego już nie wyjść. Najlepiej byłoby, gdybym jeździł tylko w domu na trenażerze – tam ryzyka upadku nie ma. Ale ja tak nie potrafię, dlatego wyjeżdżam na zewnątrz, wybierając tylko boczne drogi obok domu i tam sobie już powoli kręcę.
Czy to co mówisz oznacza, że powoli wracasz już do treningów?
Nie do końca. Przez sześć tygodni nie mogę mocno trenować. Dopiero później będę mógł powoli wchodzić na wyższe obroty, wykonywać jakieś ćwiczenia i dłuższe treningi Zobaczymy, co będzie później. Z ekipą postaramy się zorganizować badania w Szwajcarii, żeby zbadać czy z moim sercem jest już w porządku, czy też leki rzeczywiście będę musiał brać przez trzy miesiące od momentu ablacji [która miała miejsce 10 lipca – przyp. red.], tak jak zalecano pierwotnie. Jeśli to drugie, to z pewnością nie wrócę do ścigania w tym roku.
Jak do tego wszystkiego podchodzi twoja ekipa?
Są dla mnie bardzo wyrozumiali, za co mogę im tylko podziękować. Ja też nie wiedziałem że coś takiego może się wydarzyć. To wszystko jest niesamowicie przykre, bo czułem, że wracam do takiej formy, jak byłem na początku sezonu. Przejechałem Tour de Suisse, potem mistrzostwa Polski, gdzie byłem mega mocny, ale ciężko było mi walczyć o wysoką lokatę. Ale zbliżało się Tour de Pologne, mój najważniejszy start. Nogi były dobre, miałem już tylko chwilę posiedzieć na zgrupowaniu w Livigno. Forma była super, ale niestety – wydarzyło się TO i muszę to jakoś przetrawić, poczekać aż wydobrzeję.
Mam szczęście, bo ekipa jest dla mnie fantastyczna. Rozumieją mnie, rozumieją moje decyzje. Bo ja naprawdę mogłem poczekać z zabiegiem do końca sezonu – była duża szansa, że nic by się nie wydarzyło. Tylko ja nie chciałem ryzykować takiej sytuacji, o której mówiłem już wcześniej – że będę sam, bez zasięgu i nikt mi nie pomoże. Mogę się tylko cieszyć, że jestem w tej ekipie, że mnie wspierają, że pytają “co tam?”, “czy jest poprawa?”. Lekarze, dyrektorzy, koledzy z drużyny – wszyscy.
A jak wygląda sprawa z twoim kontraktem? Jest szansa, że nie zostaniesz po tym sezonie na lodzie?
Kontrakt kończy mi się po tym sezonie. Na szczęście z Q36.5 jesteśmy już na etapie rozmów i zobaczymy, co z tego wszystkiego wyniknie. Mam nadzieję, że wszystko dobrze się skończy. Wierzę w to głęboko, bo wydaje mi się, że wszystko jest na dobrej drodze.
Rozmawiał Bartek Kozyra





![Tour de Pologne 2026: Polacy zapowiadają walkę od początku [wypowiedzi]](https://naszosie.pl/wp-content/uploads/2026/08/https___www.tourdepologne.pl_wp-content_uploads_2026_08_SG1_0024-218x150.jpg)




och Kamil jak mi Cię szkoda, zawsze mocno Ci kibicowałem.
mam szczerą nadzieję, że jeszcze nie raz pokażesz w peletonie na co Cię stać.
tylko już więcej nie daj żadnemu gnojkowi Mało Rozumiejącemu Nasz Arcysport zniszczyć swego serca.
pozdrawiam
no nie klei się, ale mało komu tak kibicuje jak jemu…