Medal Darii Pikulik przyćmił wczorajszy występ Mateusza Rudyka, który na 10. pozycji zakończył rywalizację w keirinie. − Nogi były już troszkę puste. Nie było tego paliwa, więc bardziej cwaniactwem chciałem się wbić do tego półfinału − mówił Polak.
Po bardzo dobrym występie w sprincie indywidualnym, Mateusz Rudyk chciał powalczyć w keirinie. Mimo że jest „świeżakiem” w tej konkurencji, odnosił już sukcesy, jak chociażby srebrny medal tegorocznych mistrzostw Europy. Na igrzyskach olimpijski poziom był oczywiście zdecydowanie lepszy, ale Polak bez kompleksów podszedł do pierwszej rundy, w której z drugiej pozycji awansował do ćwierćfinału.
W rozmowie z naszym portalem Mateusz Rudyk przyznał, że liczy na to, że w niedzielę nogi będą lepsze. Tak się jednak nie stało, a w półfinale i finale B polski sprinter musiał uznać wyższość rywali. Ostatecznie zakończył rywalizację na 10. pozycji. Co ciekawe, za każdym razem Mateuszowi Rudykowi w losowaniu wypadało ostatnie miejsce w sznureczku zawodników. Sam mówił, że jest to „przegrana pozycja”, ale starał się wyciągnąć z niej 100%, pilnując najsilniejszych rywali bądź samemu atakując z daleka.
− Nogi były już troszkę puste. Nie było tego paliwa, więc bardziej cwaniactwem chciałem się wbić do tego półfinału. Zobaczyłem, że wszyscy czekają na tę ostatnią połówkę, na ostatnie sto metrów. Każdy jechał tym piętrem, wysoko, i pojawiło się miejsce na dole. Ja to wykorzystałem, zjechałem, wcisnąłem się i dzięki temu awansowałem do półfinału. Tam już oddałem życie i widzieliśmy, że w półfinale nie miałem szans. Nie będę ukrywać. Nie miałem szans na podjęcie rękawicy. Nogi były puste, potem chciałem wygrać finał 7-12, ale nie było sił w nogach. Nie miałem argumentów, żeby powalczyć o to 7. miejsce
− dodał Mateusz Rudyk, który dopiero niedawno zaczął regularnie startować w keirinie.
− Ja się przed nim broniłem, bo tak naprawdę dopiero w tym roku zacząłem jeździć keirin na imprezach mistrzowskich. Zacząłem mocnym przytupem, bo od razu byłem wicemistrzem Europy w tej konkurencji. Szalony wyścig, ale fajny. Chciałem się szykować pod keirin, bo to była kolejna szansa na medal. Po 5. miejscu w sprincie uwierzyłem, że jestem w stanie powalczyć o ten finał w keirinie. Nie udało się, miałem finał B, pocieszenia, i dałem z siebie wszystko. Dzisiaj było mnie stać na 10. miejsce, ale z igrzysk jestem zadowolony, bo jestem piątym zawodnikiem na świecie w sprincie i mimo wszystkich problemów, które były na mojej drodze, czy każdego polskiego kolarza, to pokazałem, że jeśli się chce i się wierzy, to można daleko zajść. Niestety, jeśli mówimy o walce o medale, to tu musi być wszystko dopięte na ostatni guzik, a u nas niestety ktoś o tym guziku zapomniał
− mówił Mateusz Rudyk, który nieraz podnosił już w mediach kwestię problemów polskich kolarzy.
On sam mierzył się z wieloma trudnościami, w tym brakiem certyfikatu TUE i w konsekwencji tymczasowym zawieszeniem, przez które nie wiadomo było, czy weźmie udział w igrzyskach olimpijskich. Polak wystartował na welodromie w Saint-Quentin-en-Yvelines, ale w konkurencjach sprinterskich był osamotniony. Do najważniejszej imprezy 4-lecia nie awansowała bowiem drużyna sprinterska, która wywalczyła w tym roku brązowy medal kontynentalnego czempionatu.
− Po powrocie z mistrzostw Europy, skąd przywiozłem 3 medale, dostałem informację, że nie ma finansowania kolarstwa przez problemy PZKol, kończymy wszystkie akcje i tak naprawdę lecimy do Australii dowiadując się o wylocie parę dni wcześniej. Potem do Hongkongu nie lecimy, gdyż nie ma pieniędzy. Do Kanady na ostatni Puchar Świata, gdzie były w ogóle kwalifikacje, żeby tutaj się znaleźć, ja z trenerem biegam za pieniędzmi, organizujemy i prosimy, żeby ktoś nam zagwarantował ten start. Tak nie powinno być. Dzięki mojemu klubowi, wsparciu sponsorów jestem tutaj, bo jestem tu jedynym sprinterem. Drużynie się nie udało, bo nie mieli takiego wsparcia, jakie ja mam od ludzi, którzy we mnie wierzą, ale niestety nikt mi nie da paręset tysięcy na przygotowania, bo prywatnych ludzi na to nie stać. Ratowałem się jak mogłem. Klub opłacił trenerowi zgrupowanie, żeby ze mną mógł polecieć. Kombinowaliśmy jak mogliśmy, ale zabrakło tej kropki nad „i”. Nie przeskoczymy wszystkich rzeczy. Bez pomocy ludzi wyżej, którzy rządzą i obracają tymi pieniędzmi, to się po prostu nie uda
− opisywał problemy Mateusz Rudyk, jednak przyznaje, że nie zamierza się poddawać, a w głowie ma już igrzyska olimpijskie w 2028 roku. Odbędą się one w Los Angeles w Stanach Zjednoczonych.
− Jestem walczakiem, walczę do końca. Pokazałem na tych igrzyskach, że mimo wszystkich problemów walczę i chcę walczyć o Los Angeles. Mam bardzo mądrych ludzi w sztabie − super trenera, fizjoterapeutów, mechaników. Naprawdę ludzi, którzy się poświęcają, ale jeżeli oni przez parę miesięcy nie dostają pensji, nie ma w ogóle szkolenia, to się po prostu nie da. Często chciałbym powiedzieć sobie dość, ale z drugiej strony chcę pokazywać, że mimo tych wszystkich przeciwności losu, bo też mam cukrzycę, da się to wszystko zrobić. Chcę być inspiracją dla tych młodych, bo niestety, jeśli będziemy tylko narzekać, to żaden rodzic nie wyśle swoich dzieci do sportu. To widzimy też na przykładzie poziomu sportowego w Polsce, bo z tego co wiem, to dość nieciekawie stoimy z klasyfikacją medalową. Szkoda, bo mamy naprawdę wyśmienitych zawodników, wiele talentów i ludzi, którzy mogliby tu stawać na podiach, ale jeżeli nie będziemy mieli tego wsparcia, programów szkolenia młodzieży i dofinansowywania, to nie będziemy cieszyć się z medali, tylko z takich miejsc, jak moje albo jak komuś się uda
− dodał Mateusz Rudyk. Krótko po wypowiedzeniu tych słów Daria Pikulik stanęła na starcie wyścigu punktowego, wieńczącego omnium kobiet. Polka − mimo wszystko − zdobyła upragniony medal i stanęła na drugim stopniu podium.
Z welodromu w Saint-Quentin-en-Yvelines dla Naszosie.pl, Kacper Krawczyk








