fot. Team Visma Lease a Bike

Zastosowanie dwóch pełnych kół w rowerze czasowym Wouta van Aerta było ryzykowną zagrywką, ale − jak się okazało − dającą medal. Belg po raz drugi stanął na olimpijskim podium, jednak podkreślał, że był tym faktem zaskoczony i cieszy się, że wrócił do światowej czołówki czasowców.

W stolicy Francji radowali się wczoraj wszyscy Belgowie. Ich dwaj rodacy − Remco Evenepoel i Wout van Aert − wywalczyli bowiem pierwsze medale olimpijskie dla swojego kraju. Na szyi wybitnych czasowców zawisł złoty i brązowy krążek. Przed rywalizacją wielu ekspertów upatrywało w Remco Evenepoelu faworyta do wygrania, natomiast brąz Wouta van Aerta można uznać za niewielką niespodziankę.

Drugi z Belgów skorzystał na upadku Joshuy Tarlinga i, wyprzedzając go o 2 sekundy, stanął na najniższym stopniu podium. Van Aertowi nie można umniejszać sukcesu − wrócił do ścigania po koszmarnej kraksie w marcowym Dwars door Vlaanderen, w której złamał obojczyk, kilka żeber i mostek. 

Wypadek pokrzyżował jego plany związane z Giro d’Italia i spokojnym przygotowaniem do igrzysk olimpijskich. Zamiast tego Belg odpuścił La Corsa Rosa i wziął udział w Tour de France, w którym − mimo kilku czołowych miejsc na etapach − nie przypominał siebie z poprzednich lat. Do indywidualnej jazdy na czas w Paryżu podszedł z niepewnością. Choć zabrzmi to paradoksalnie, biorąc pod uwagę dorobek Van Aerta zarówno w igrzyskach olimpijskich, jak i mistrzostwach świata w czasówce, można było potraktować go jako czarnego konia. 

− Ten medal znaczy dla mnie wiele nie tylko ze względu na moją wiosenną kraksę. To największa sportowa impreza na świecie. W kolarstwie igrzyska są trochę niedoceniane, bo jest to część sezonu, ale gdy się tu jest, to widzi się, że ta impreza jest większa niż wszystkie, w których się ścigamy. Jestem dumny z kolejnego medalu. To dla mnie trochę niespodzianka, bo w ostatnich latach ciężej było mi walczyć z prawdziwymi czasowcami, więc cieszę się, że znów mogę być wśród nich

− mówił Wout van Aert, dla którego jest to drugi medal olimpijski. W Tokio w wyścigu ze startu wspólnego zajął drugie miejsce. Świat w erze koronawirusa wyglądał jednak zupełnie inaczej, na co także zwrócił uwagę. Różniło się również nastawienie, z którym przystępował do tej imprezy.

To inne doświadczenie niż w Tokio. Tam była specyficzna atmosfera, bez kibiców i rodziny. Teraz jest inaczej. Moje odczucia też są inne, bo teraz nie liczyłem na medal, nie wierzyłem, że to realne. Miałem swoje ambicje, ale byłem przekonany, że jest przynajmniej trzech silniejszych chłopaków. W Tokio liczyłem na zwycięstwo, więc tam osiągnąłem sukces, którego się spodziewałem, tu jestem zaskoczony

− dodał.

Przed sobotnim startem Belg zdecydował się na podjęcie ryzyka. Już podczas rekonesansu można było zauważyć dwa pełne koła w jego rowerze czasowym − takie rozwiązanie jest na co dzień zakazane, jednak w przepisy obowiązujące w igrzyskach olimpijskich umożliwiają jego zastosowanie. 

Pomimo deszczu, który towarzyszył całym zmaganiom we wczorajszej czasówce, podmuchy wiatru nie były mocne, a osłonięta trasa również sprzyjała tego rodzaju rozwiązaniu. Ostatecznie Wout van Aert zdecydował się na skorzystanie z dwóch pełnych kół, jednak nie zrobił tego pod wpływem impulsu − wszystko zostało wcześniej przetestowane. 

Testowaliśmy to rozwiązanie w tunelu aerodynamicznym z różnymi kątami i prędkościami, wyszło nam 17 watów więcej, więc jest to dużo

− tłumaczył.

Historia Wouta van Aerta i jego powrót do zdrowia oraz najwyższej dyspozycji jest inspirująca. Tym bardziej, że nie była to jego pierwsza poważna kontuzja − w 2019 roku podczas indywidualnej jazdy na czas w Pau zahaczył o barierki na jednym z zakrętów i doznał urazu nogi, który zakończył jego sezon. Za każdym razem wracał jednak bardzo silny.

− To kwestia mojego charakteru. Miewam chwile zwątpienia, ale kolejnego dnia cały czas ciężko pracuję. Dodatkowo moim jedynym talentem jest jazda na rowerze, więc muszę go jakoś wykorzystać. Często czułem, że mam zbyt wiele celów i nigdy nie byłem w stanie przygotować się tylko do czasówki. Jak w ubiegłym roku z mistrzostwami świata, tracisz czas, bo nie miałeś go na pracę nad detalami. Dlatego nie byłem pewny siebie podchodząc do igrzysk, bo mój plan przygotowań mocno się zmienił, wystartowałem w Tourze i znowu nie mogłem właściwie przygotować się do czasówki

− zakończył.

Z Paryża dla Naszosie.pl, Kacper Krawczyk

Poprzedni artykułRemco Evenepoel po Tour de France imprezował całą noc. W Paryżu nie ryzykował i… wygrał ze sporą przewagą
Następny artykułKorespondencja z Paryża: Podróż do innego świata z szermierką w Grand Palais
Kacper Krawczyk
Szukam ciekawych historii w wyścigach, które większość uważa za nieciekawe.
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze