Fot. Andrzej Gucwa

Drugi dzień Media Day’s BMC rozpoczął się od zapoznania się z agresywnym, sztywnym, zwartym i gotowym do boju Teammachine R01 Three. W tej maszynie nie ma kompromisów; lekki, aerodynamiczny i stworzony po to, by pokazać zęby.

I znów, co mi sprzyja przy zjazdach, to moja masa, więc odcinek od hotelu do drogi z pierwszeństwem pokonałem błyskawicznie, również sprawdzając skuteczność hamulców tego modelu. Już na tym pierwszym zjeździe czuć różnicę między eleganckimi ukłonami, wykonywanymi przez SLR01 One, a koniecznością zaciskania zębów na R01 Three, który wychwytuje każdą nierówność na drodze, ale za to jak się prowadzi…

Od lat nawykłem do sztywnych rowerów, takich, które w pierwszej kolejności testują nerki, a w drugiej sprawdzają wytrzymałość nadgarstków. Takie rowery najlepiej “czuję” i nawet gdy wybierałem się dwa razy na Paris Roubaix Challenge i dwa razy na Ronde van Vlaanderen Challenge, jechałem na tych samych ustawieniach roweru, na których jeździłem i ścigałem się na co dzień.

I na tym właśnie rowerze, Teammachine R01 Three, poczułem się od razu jak na swoim, dobrze ułożonym pode mnie rowerze. Pewność w zakrętach, przyspieszenie, zrywność, dobrze rozumiana “nerwowość” roweru, jego pełna i bezwzględna responsywność… To chyba najlepiej czuć na krótkich, podkrakowskich ściankach (krótkich, bo na długich moje płuca rzężąc, wykrztuszają rozpaczliwe “help, help”), zaś na tych krótkich – po wstaniu z siodełka dół ramy roweru pozostaje niewzruszony. Niezależnie, ile mocy włożę, pozostaje sztywny, zwarty i gotowy do kolejnego podjazdu (w przeciwieństwie do mnie, czekającego w końcu na zjazdy), tu nie marnuje się żaden wat, żadne depnięcie.

A zjazdy… ech, to mógłby być zupełnie inny wpis, o wietrze we włosach (gdyby te były dłuższe i nie przykrywał ich kask), o adrenalinie i pędzie, o płynnym przekładaniu się ze strony na stronę, o wyprzedzaniu samochodów… to poezja, gdy słyszysz tylko szum, pęd wiatru i chęć, by ten podjazd trwał jak najdłużej. Na tym rowerze zjeżdżało mi się tak dobrze, że gdy zjechałem – po bardzo długim odcinku zjazdowym – na wypłaszczenie, za mną był tylko jeden zawodnik i długo, długo nikogo w zasięgu wzroku. Fantastyczne uczucie, móc wykorzystać aerodynamikę roweru, własną masę i umiejętności zjazdowe oraz fakt bycia odrobinę na bakier z rozsądkiem, gdy pędzi się w dół z prędkością, przekraczającą… cóż, tego wolę już nie ujawniać.

O ile SLR 01 One może być bardziej uniwersalnym rowerem, także bardziej wskazanym dla początkujących, o tyle R01 Three jest już rowerem dla “dorosłych”. Tu nie ma zabawy, nie ma szukania dróg na skróty i nie ma poszukiwania przesadnej wygody, kosztem ekonomii jazdy. Wsiadając na ten rower od razu czujesz, że osiodłałeś błyskawicę, to rower dla fanatyków urywania sekund, od brylowania na ustawkach i wyścigach, to rower dla tych, którzy w cierpieniu widzą istotę samorozwoju sportowego.
Sztywność kokpitu nie bierze jeńców, nadgarstki czują każdą nierówność, pod siodłem nic się nie ugina, to sprzęt dla wymagających największej pewności w prowadzeniu roweru w szaleńczych pogoniach za KOM’em. To nie jest rower dla szukających wygody i komfortu na dłuższe przejażdżki. To rower dla mających świadomość, które KOMy są w ich zasięgu, a dzięki R01 Three są w stanie je “złapać”. Za dowód niech służą pobite rekordy koleżanek, które też ten rower testowały.

W czasie jazdy na tym sprzęcie z prezentacji kojarzyłem, że w tworzeniu tego roweru palce maczali inżynierowie z BMC, wspierani przez Red Bull Advanced Technologies, co sprawiło, że światło dzienne ujrzał nie ot, kolejny rower szosowy “najszybszy, najleoszy, najbardziej aero…”, ale prawdziwie lekki i aerodynamiczny monolit, który przesunął granicę wydajności o kolejny krok.

Jeśli dostałbym zadanie, by szukać odpowiednich paralel, obrazujących jazdę na tych rowerach, to spieszę z pierwszą. O ile SLR 01 One daje jakąś płaszczyznę dialogu z drogą, o tyle R01 Three dialog ten ucina, i wprowadza brutalny monolog czystej prędkości. To nie jest ot, zwykła sztywność karbonu, to wrażenie, że twoje ciało stało się brakującym elementem sztywnego na wskroś roweru i ma go tylko uzupełnić o podaż właściwej mocy. Mało paralel? To strzelam kolejną – mocne naciśnięcie na pedały nie przekłada się na zwykłe przyspieszenie, to natychmiastowa teleportacja o kilka metrów w przód. Im szybciej jedziesz, tym rower prowadzi się stabilniej, a na zjeździe (szybkim…) pojawiło się to fantastyczne uczucie, odbierające mi odrobinę decyzyjności i przekazującą ją rowerowi, który w łukach trzyma się ziemi jak przyspawany. Czujesz prędkość, czujesz pewność i czujesz wiatr, smagający twarz. Jak rzadko, na zjeździe, pozwoliłem sobie na chwilę odpłynięcia myślami, i – jak dziecko – uśmiechnąłem się. Rzadko mi się to zdarza – a to już o czymś świadczy.

Podsumowanie? Cały powyższy opis jest podsumowaniem tego roweru i basta. Fantastyczna maszyna do ścigania, ale – co niech będzie dla was największym zaproszeniem do przeczytania części trzeciej Media Day’s BMC – to wcale nie ten rower wygrał w klasyfikacji największych zaskoczeń.

Dystrybutor: BMC Polska

Poprzedni artykułWatersley Ladies Challenge 2026: Maria Okrucińska 2. na otwarcie!
Następny artykułDookoła Mazowsza 2026: Julian Vergouw z etapem, Michał Pomorski nadal liderem
Sławomir Niciński
"Master of disaster" Z wykształcenia operator saturatora; brak możliwości pracy w wyuczonym zawodzie rekompensuję jeżdżąc rowerem i amatorsko się ścigając, bardzo lubię też o tym pisać. Rytm tygodnia, miesiąca i roku wyznacza mi rower. Lubię się ścigać, i gdy jakiś wyścig mi nie wyjdzie, to wśród kolegów-kolarzy mówię, że jestem redaktorem sportowym, a gdy jakiś tekst mi nie wyjdzie, wśród redaktorów mówię, że jestem kolarzem-amatorem. I tylko do teraz nie rozgryzłem, czy bardziej lubię się ścigać, czy też pisać o tym, dlatego nadal zamierzam czynić i jedno i drugie, póki starczy sił.
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze