Co składa się na kolarski monument? Nie wystarczy wyróżniająca się stopniem trudności czy walorami krajobrazowymi trasa. Zazwyczaj konieczne jest piętno historii, wprowadzające nutkę romantyzmu i pozwalające choć na chwilę przenieść się do okresów, w których rywalizacja na tych samych szosach i wśród tych samych wzgórz, choć równie heroiczna, wyglądała zupełnie inaczej. Mimo to, z amatorskich marzeń i białego pyłu udało się przed 20 laty ulepić wyścig, który wbrew wszystkim regułom wtopił się w pejzaż, jakby od zawsze był jego częścią, obok ekscytującej sportowej rywalizacji kreując poruszający rodzaj piękna. Przez dwie dekady Strade Bianche budowało tę tożsamość cierpliwie, sezon po sezonie dodając kolejne warstwy do płótna, które dziś uznajemy za jedno z najdoskonalszych w kolarskim kalendarzu.
W poranek poprzedzający rozegranie 20. edycji toskańskiego klasyku trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że wzbudzane przez niego uczucia – do niedawna równie rozedrgane jak tumany pyłu nad sterrati – nieco poblakły. Zwykłe zmęczenie materiału? A może efekt uboczny niezwykłości ery, w której środku się znajdujemy? Trzykrotny triumfator Strade Bianche stał się większy od wyścigu, który przez dwie dekady budował swoją tożsamość na tym, że nie potrzebuje wielkich nazwisk, by poruszać. Kolarska publika, jeszcze niedawno bezwarunkowo zakochana w tym, co Tadej Pogačar wyprawia na trasach największych klasyków, weszła w fazę przyzwyczajenia – tę, w której przestaje się dostrzegać piękno tam, gdzie jest ono najbardziej oczywiste. Doceniać skalę wysiłku i poświęcenia. Doświadczać wielkości tak daleko przerastającej oczekiwania, że sama czynność stała się obiegowym żartem, podczas gdy zegar w tle tyka coraz głośniej. Pytanie o to, czy ktokolwiek zdoła pokonać Słoweńca, przesłania dziś sam wyścig i do pewnego stopnia zaciera jego indywidualny charakter. Wycofanie się Mathieu van der Poela pogłębia to wrażenie, media szukają nowego arcyrywala, a 19-letni Paul Seixas – być może słusznie, być może przedwcześnie – obsadzany jest w roli, na której ciężar nie miał jeszcze okazji się przygotować.
Historia kolarstwa w tej dekadzie jest w przeważającej mierze historią Tadeja Pogačara i nic nie wskazuje na to, by Strade Bianche miało się od tej reguły wymknąć – niezależnie od tego, jak bardzo spragnieni jesteśmy alternatywnego scenariusza i jak wiele nadziei pokładamy w tych, którzy mogliby go napisać. Patrząc na to zupełnie obiektywnie, nawet nie powinno, bo spośród wielu wyścigu należących do Słoweńca, ten konkretny jest bardzo jego. Zaakceptowanie takiego stanu rzeczy może wymagać pewnego mentalnego i emocjonalnego wysiłku, ale znacząco poprawi odbiór całego widowiska, a każde wydarzenie spoza utartego schematu będzie wówczas dużym bonusem. Przyjemną niespodzianką, których w sporcie się szuka, ale nie wymaga z góry. Porażka generacyjnego talentu w jakiejkolwiek dyscyplinie to nie rozwodniona whisky na all excuse me.
Czy skrócona i odciążona pod kątem wspinaczki trasa tegorocznej odsłony Strade Bianche zdoła cokolwiek w tej kwestii zmienić? Dać kibicom nadzieję na mniej przewidywalny sezon? Wątpliwe, choć nie takie rzeczy widuje się na największych sportowych arenach.
Trasa
Zważywszy na niemowlęcy w stosunku do największych wyścigów jednodniowych kolarskiego kalendarza wiek toskańskiego klasyku, jego trasa charakteryzuje się już bardzo dobrze ugruntowanym formatem, a tegoroczne zmiany – choć nagłaśniane jako odpowiedź na postulaty dotyczące zbyt ekstremalnej trudności ostatnich edycji – niewiele zmieniają w ogólnym obrazie rywalizacji. 20. edycja Strade Bianche rozpocznie się i znajdzie swój kres w Sienie, w międzyczasie zakreślając wśród toskańskich wzgórz trasę o długości nieco ponad 202 kilometrów i przewyższeniu sięgającym 3500 metrów.
Poza scenerią, wobec której obojętnymi nie pozostają nawet uczestniczący w wyścigu kolarze, klasyk ten definiują przede wszystkim białe drogi, wieki temu poprowadzone przez Etrusków wśród gliniastych wzgórz Crete Senesi. To im Strade Bianche zawdzięcza swoją nazwę i unikalny charakter. Na trasie tegorocznej edycji znajduje się 14 sektorów sterrati o łącznej długości 64 kilometry, co stanowi zauważalny spadek w stosunku do ponad 80 kilometrów szutru, z jakimi mierzyli się zawodnicy w ubiegłym roku. Organizatorzy skoncentrowali zmiany w pierwszej połowie rywalizacji, usuwając dwa z dłuższych sektorów i skracając otwierającą wyścig Vidrittę. Tam, gdzie wyścig tradycyjnie się rozstrzyga, trasa pozostała nietknięta.
Jako odcinki kluczowe dla losów rywalizacji wymieniane są San Martino in Grania (9.4 km) i noszący imię Fabiana Cancellary Monte Sante Marie (11.5 km), przy czym to właśnie ten drugi sektor w ostatnich edycjach stawał się miejscem, w którym wyścig eksplodował – najczęściej za sprawą ataku Pogačara, przeprowadzanego ponad 70 kilometrów przed metą. Pokonywane w ramach finałowej pętli Colle Pinzuto (2.4 km, max. 15%) i Le Tolfe (1.1 km, max. 18%) pojawiają się na trasie dwukrotnie i stanowią ostatnie okazje do przepuszczenia skutecznego ataku. Po drugim przejeździe przez Le Tolfe do mety w Sienie pozostaje 11.7 kilometra asfaltu.
Od tego roku Colle Pinzuto nosi imię Tadeja Pogačara – wyróżnienie będące lustrzanym odbiciem tego, które wcześniej przypadło w udziale Cancellarze. Wybór wydaje się o tyle nieoczywisty, że jeśli cokolwiek definiuje Słoweńca w kontekście Strade Bianche, to pozornie pozbawione wysiłku rozstrzyganie wyścigu w środkowej części trasy, a nie kadry z kolejnych kilometrów triumfalnego pochodu pod samą Sieną.
Jeśli zaś o zwycięzcy 20. edycji Strade Bianche nie zadecydują zmagania na szutrach, z całą pewnością zrobi to brutalny podjazd pod Via Santa Caterina (500 m, śr. 12%, max. 16%) – finał tak perfekcyjny, jakby był dziełem samych mistrzów włoskiego renesansu.
Pogoda
Prognozy na sobotę nie pozostawiają wiele miejsca na dramaturgię: słonecznie, temperatura sięgająca 18 stopni Celsjusza i wiatr nieprzekraczający 10 km/h. Deszczu nie będzie, podobnie jak charakterystycznych obłoków pyłu, bo Toskania w ostatnich dniach otrzymała wystarczająco dużo opadów, by mocno związać szutrową nawierzchnię. Czeka nas zatem edycja pozbawiona wizualnych fajerwerków, ale za to szybka i pod względem warunków atmosferycznych neutralna – o losach rywalizacji zadecydują wyłącznie nogi.
Faworyci wyścigu mężczyzn
Każdego roku, kiedy na horyzoncie pojawia się Strade Bianche, w rozmowach o wyścigu przewija się przede wszystkim tęsknota: za białymi drogami, za pyłem, za perfekcyjnym finałem w Sienie. W tym roku jest inaczej. W mediach społecznościowych i na kolarskich forach dominuje jedno pytanie, które z samym wyścigiem ma niewiele wspólnego, a z sezonem, na jaki się właśnie zapisujemy — wszystko: czy ktokolwiek jest w stanie pokonać Tadeja Pogačara? Trzykrotny triumfator Strade Bianche, kolarz, w którego imieniu nazwano jeden z szutrowych sektorów trasy, stał się większy od wyścigu, który na przestrzeni dwóch dekad perfekcyjnie budował swoją tożsamość właśnie na tym, że nie potrzebuje wielkich nazwisk, by poruszać. Wycofanie się Mathieu van der Poela pogłębia to wrażenie, medialna machina na siłę szuka nowego archrivala Słoweńca, a romantyczna mgiełka, która zwykle otulała kolejne edycje toskańskiego klasyku, ustępuje miejsca chłodniejszemu, bardziej wyrachowanemu spojrzeniu. Nie zmienia to doskonałości samego płótna. Strade Bianche pozostaje Strade Bianche i ci, którzy jutro zasiądą przed telewizorami, dostrzegą to niezależnie od wyniku. Ale fakt, że patrząc na białe drogi, coraz częściej widzimy wyłącznie jednego człowieka, coś jednak mówi o momencie, w którym się znajdujemy.
Tadej Pogačar (UAE Team Emirates-XRG) stanie na starcie w Sienie jako trzykrotny triumfator wyścigu i kolarz, którego imieniem nazwano jeden z szutrowych sektorów trasy – wyróżnienie, na jakie w przeszłości zasłużył jedynie Fabian Cancellara. Będzie to jego debiut sezonu 2026, co pozostawia aktualną formę lidera UAE Team Emirates-XRG w sferze niewielkich domysłów, ale bynajmniej nie usypia niczyjej czujności, biorąc pod uwagę niedawne doniesienia o pobitym przez Słoweńca własnym rekordzie na Coll de Rates. Jemu amatorzy nie przeszkodzili w przygotowaniach. Pogačar, którego w najbliższą sobotę zobaczymy na białych drogach, nie jest już jednak rozczochranym chłopakiem robiącym niewyobrażalne rzeczy w urzekających okolicznościach przyrody. Jest kolarzem w fizycznym szczycie kariery, świadomym tego, że cena pozostania na nieosiągalnym dla wielu pułapie będzie wyłącznie rosła, a w związku z tym coraz bardziej skłonnym do zarządzania wyścigami z chirurgiczną precyzją zamiast pompującej ego brawury. Skrócona w stosunku do ubiegłego roku trasa bliższa jest tej, na której w 2022 odniósł on swoje pierwsze zwycięstwo w Strade Bianche, a Monte Sante Marie – sektor, na którym w dwóch ostatnich edycjach przeprowadzał decydujące ataki – pojawia się na trasie wystarczająco daleko od mety, by wczesna selekcja dokonała się w sposób możliwie najbardziej naturalny. Kontuzja Tima Wellensa, trzeciego w ubiegłorocznej edycji, pozbawia ekipę ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich cennego pomocnika, ale w składzie nie brakuje kart o równie wszechstronnym zastosowaniu.
Wyliczenie pretendentów do miejsc na podium rozpocząć bowiem należy od drużynowego kolegi bezwzględnego faworyta, a mianowicie Isaaca del Toro (UAE Team Emirates-XRG). 22-letni Meksykanin stanął na starcie ubiegłorocznego Strade Bianche w roli pomocnika i niewielu zwróciło wówczas uwagę na jego 33. miejsce. To był jednak inny Del Toro – ten, którego ogromny talent miał lada chwila wybuchnąć. Przełomowe Giro d’Italia, następnie jesień 2025 roku, podczas której stał się Kanibalem włoskich jednodniówek, a wreszcie równie obiecujący początek tego sezonu – wszystko to skłania do myślenia, że głównym czynnikiem ograniczającym w tej chwili dalszy rozwój kariery Meksykanina jest klarowna hierarchia panująca wewnątrz jego ekipy. Byłoby to jednak pewnym uproszczeniem, ponieważ na drodze 22-latka ku jeszcze większym sukcesom stoi nie tylko Pogačar, ale również konsekwentnie ujawniana słabość związana z rywalizacją na dystansach znacząco przekraczających 200 kilometrów. Na pytanie, czy upływ czasu i solidnie przepracowana zima pozwoliły ją zniwelować, skrócone Strade Bianche jeszcze nie odpowie, ale posłuży za najwłaściwszy punkt odniesienia dla formy Del Toro względem jego wyczynów z końca poprzedniego sezonu. Z perspektywy drużyny UAE Team Emirates-XRG, wywodzący się z MTB i kolarstwa przełajowego Meksykanin jest natomiast idealnym planem B na wypadek, gdyby szarżujący Słoweniec tym razem nie zdołał wrócić na trasę.
Trzecim ogniwem UAE wartym osobnej wzmianki jest Jan Christen, zwycięzca AlUla Tour i drugi w Faun-Ardèche, którego forma – w razie sprzyjającego splotu okoliczności – pozwala myśleć o czołowej piątce. Znacznie trudniej osobiście trzymać za taki scenariusz kciuki, bo pierwsze tygodnie sezonu przyniosły młodemu Szwajcarowi miano enfant terrible peletonu: najpierw za sprawą agresywnego zachowania na AlUla Tour, ale przede wszystkim dyskwalifikacji w Clásica Jaén za spowodowanie kraksy, która skazała Maxima Van Gilsa na kilka miesięcy rehabilitacji. Wraz z trzecim w Omloop Florianem Vermeershem, skład UAE na toskański klasyk rysuje się imponująco i stanowi główny argument za tym, że nawet jeśli Pogačar nie będzie miał nóg na solowy rajd (wątpliwe?), kontrola wyścigu przez jego ekipę wyeliminuje większość przeszkód na drodze do kolejnego sukcesu.
Nazwiskiem, które w ostatnich tygodniach najczęściej przewija się w kontekście możliwości stworzenia realnego zagrożenia dla dominacji Słoweńca, jest Paul Seixas (Decathlon CMA CGM). 19-letni Francuz wygrał górski etap Volta ao Algarve, pokonując na szczycie Fóii Juana Ayuso i João Almeidę, po czym samotnie triumfował w Faun-Ardèche Classic, atakując niemal 40 kilometrów przed metą w stylu, który natychmiast przywołał skojarzenia z wczesnymi rajdami Pogačara. Kolarstwo naturalnie grawituje w kierunku dwójkowych pojedynków, nie ma więc nic dziwnego w tym, że związane z dyscypliną media szybko zaczęły bić w ten bęben – tym głośniej teraz, kiedy zainteresowania rywalizacją na trasie Strade Bianche nie wykazał Mathieu van der Poel. Pompowanie balonika? Na pewno. Co nie zmienia faktu, że pytanie, na które Strade Bianche może, lecz wcale nie musi dać odpowiedź, jest fundamentalne: czy patrzymy na kolejnego kolarza, który widowiskowo spłonie zbliżając się do słońca, czy na nowo narodzoną gwiazdę zdolną w perspektywie najbliższych sezonów wchłonąć poprzednią? Nie, chyba nikt nie wierzy w pierwszą z wymienionych opcji. 13. miejsce na ekstremalnie trudnej trasie ubiegłorocznych Mistrzostw Świata, podium Mistrzostw Europy i siódma pozycja w Il Lombardii jasno sugerują drugą odpowiedź, tak jak Seixas z każdym kolejnym występem potwierdza przynależność do ścisłej elity. W Strade Bianche po raz pierwszy stanie jednak na starcie klasyku tej rangi nie jako obiecujący młodzieniec zbierający doświadczenie, lecz jako jeden z najpoważniejszych pretendentów do zwycięstwa, a ta zmiana roli niesie ze sobą nowy ciężar odpowiedzialności. I 19-latek musi zacząć ją dźwigać, biorąc pod uwagę to, co czeka go latem na francuskich szosach.
Tom Pidcock (Pinarello-Q36.5) to jedyny kolarz w stawce, który w bezpośredniej konfrontacji z Pogačarem na białych drogach zmusił go do czegoś więcej niż nonszalanckiego przyspieszenia w siodełku. Ubiegłoroczna edycja Strade Bianche przyniosła jeden z najbardziej pamiętnych pojedynków w historii wyścigu: Pidcock jechał odważnie i agresywnie, przez długie kilometry dyktował warunki wspólnej ucieczki, ostatecznie ulegając dopiero na ostatnim szutrowym sektorze przed Sieną. Tamten wyścig pokazał, że Brytyjczyk na białych drogach czuje się jak u siebie – ale to wiedzieliśmy już wcześniej. Właściwe pytanie brzmi, czy jest w stanie ponownie wspiąć się na najwyższy stopień podium w obecności Słoweńca i pukających do drzwi młodszych gwiazd.
Wout van Aert (Visma | Lease a Bike) wraca do Strade Bianche po pięciu latach nieobecności, co samo w sobie jest wydarzeniem wartym odnotowania. Toskański klasyk pełnił niegdyś w jego karierze rolę rytuału przejścia: to właśnie na białych drogach Belg przechodził z przełajowego świata do walki o największe szosowe klasyki, stając na podium już w swoim debiucie, a dwa lata później triumfując. Droga do sobotniej rywalizacji była tym razem wyboista, naznaczona złamaną kostką, grypą tuż przed weekendem otwarcia i defektem w Le Samyn, a mimo to sam fakt, że zdecydował się włączyć Strade Bianche do kalendarza na własną prośbę, świadczy o silnej motywacji. Jego wygrana na gravelowym etapie ubiegłorocznego Giro d’Italia z metą na Piazza del Campo potwierdziła, że na szutrach nadal czuje się wyśmienicie, a skrócona trasa tegorocznej edycji może w teorii przesunąć punkt ciężkości rywalizacji bliżej finału, który lepiej odpowiada jego możliwościom. Pokonanie Pogačara w tym wyścigu wymaga jednak formy absolutnie szczytowej, a Van Aert po serii kłopotów zdrowotnych na zbudowanie takiej najprawdopodobniej nie miał czasu.
Choć Van Aert pozostanie nominalnym i duchowym liderem Vismy tak długo, aż sam na trasie nie zdecyduje inaczej, holenderska ekipa ma w odwodzie Matteo Jorgensona, który w wyścigach jednodniowych dotąd zyskiwał najwięcej wtedy, kiedy uwaga rywali kierowała się na kogoś innego. Powrót Van Aerta może paradoksalnie okazać się dla niego korzystną konfiguracją.
Ben Healy (EF Education-EasyPost), czwarty w ubiegłym roku, należy do kolarzy, którzy potrafią idealnie trafić z dyspozycją na najbardziej spektakularne dni, a zróżnicowana nawierzchnia, pagórkowaty charakter trasy i włoska sceneria od lat wydobywają z niego to, co najlepsze. Nie powinno się go lekceważyć mimo nieprzekonującego weekendu otwarcia.
Z młodszej generacji na dobry wynik powinno być stać Lennerta Van Eetvelta (Lotto-Intermarché), dziewiątego i jedenastego w dwóch poprzednich edycjach, który wyróżnia się agresywnym nastawieniem do rywalizacji, skłonnością do wyprzedzania ruchów głównych faworytów i naturalnym instynktem do znajdowania się po ofensywnej stronie każdego pęknięcia w głównej grupie. Romain Grégoire (Groupama-FDJ United) najlepiej spisywał się na krótszej trasie sprzed 2024 roku, lepiej odpowiadającej jego eksplozywności, ale dojrzewa fizycznie sezon po sezonie, a zwycięstwo w Faun Drome Classic i drugie miejsce w Trofeo Laigueglia potwierdzają, że wchodzi w tegoroczną wiosnę z dobrą nogą. Ścigający się w tych samych barwach Valentin Madouas świetnie czuje się wśród toskańskich pagórków, czego dowodem było drugie miejsce w Strade Bianche 2023, ale jego dyspozycja dnia należy do trudniejszych do przewidzenia.
Z weteranów, Pello Bilbao (Bahrain Victorious) może pochwalić się czterema startami i czterema miejscami w najlepszej dziesiątce – powtarzalność, która w wyścigu o tak szerokim spektrum pretendentów zasługuje na głęboki szacunek. Obok niego w barwach Bahrain Victorious zobaczymy Mateja Mohoričia, którego dotychczasowe wyniki w tym sezonie były przyzwoite, ale niewystarczające, by rozstrzygnąć pytanie nurtujące go samego: czy gorszy ubiegły rok był skutkiem przetrenowania i towarzyszących mu infekcji, czy po prostu naturalną konsekwencją upływającego czasu. Quinn Simmons (Lidl-Trek) kocha ten wyścig i niemal każdego roku jest mu blisko, by przekuć to w wielki wynik, podczas gdy Julian Alaphilippe, niegdyś triumfator, dodaje liście startowej nutę nostalgii, nawet jeśli jego obecna dyspozycja nie pozwala stawiać go w gronie realnych pretendentów do zwycięstwa.
Osobną kategorię stanowią kolarze, których debiut lub wczesny występ w Strade Bianche może przynieść niespodziankę. Giulio Pellizzari (Red Bull-Bora-hansgrohe) to ogromny talent, dotąd potwierdzony przede wszystkim na kanwie wyścigów wieloetapowych, dla którego będzie to pierwszy start w toskańskim klasyku. Alan Hatherly (Jayco-AlUla) wnosi pedigree zdobyte w kolarstwie górskim, a Albert Withen Philipsen (Lidl-Trek) i Jenno Berckmoes (Lotto-Intermarché) to nazwiska, które po obiecujących ubiegłorocznych występach warto mieć na radarze.
W 20. edycji Strade Bianche zobaczymy dwóch Polaków: Filipa Maciejuka (Movistar) i Marcina Budzińskiego (MBH Bank CSB Telecom Fort).
Harmonogram Strade Bianche 2026
📍 Start honorowy: ok. 11:40 (Siena, Fortezza Medicea)
🚩 Start ostry: ok. 11:45
🏁 Finisz: Siena, Piazza del Campo – ok. 16:00
📺 Transmisja: Eurosport / HBO Max – od 14:15




Pogoda








Znajomość kolarstwa, analityczny umysł na najwyższym poziomie. I wszystko pisane w tym niepowtarzalnym stylu, skrzącym się dowcipem i inteligencją. Mniam mniam. Dziękuję, Pani Olu.
„Zazwyczaj konieczne jest piętno historii, wprowadzające nutkę romantyzmu i pozwalające choć na chwilę przenieść się do okresów, w których rywalizacja na tych samych szosach i wśród tych samych wzgórz, choć równie heroiczna, wyglądała zupełnie inaczej.” Przeczytałem to zdanie i w myślach obstawiłem autora , cofnąłem się do tytułu i … a jakże , bingo Ola Górska ! Ręce opadają , kobieto to nie powieść , nie potrafisz inaczej ?
Pięknie!
Dziękuję Pani Olu 🙂
@Don-ww
Może cofnij się do przodu?
(Daruj sobie pisanie napastliwych komentarzy…)
Ciężko strawny tekst. Swoją drogą tak pisał mark2802 na niezapomnianym forum Onetu 20 lat temu. Jest naśladowca.
Mieliśmy dziś rzadki przypadek, gdzie ten sam wyścig (co prawda lasek i facetów) miał dwie różne zapowiedzi dwóch różnych autorów. Moim zdaniem wyścig babek miał lepszą zapowiedź, ale nie zgodzę się, że kierunek Pani Aleksandry jest zły – po stokroć lepiej gdy mamy takie ciekawe teksty, niż wyłącznie suche dukanie i wyliczanki. Jedni to lubią, inni nie, taki mamy klimat.
Do PK62
„Może cofnij się do przodu?” – gdzie tu logika ? Dlaczego uznałeś mój komantarz za napastliwy ? Zarzuciłem tylko zbyt kwiecisty , moim zadniem styl tak jak wszystkie artykuły tej autorki , to wszystko . Krytyka kojarzy ci sie z napastliwością ???
do Dona
nie jesteś zbyt lotny, prawda?
Do Jan Wielki Patriota
Nie mnie oceniać , jestem lotny czy nie , ty jak sądzę masz wysokie mniemanie o sobie . Jeśli dla ciebie opis trasy ma być na miarę Dostowskiego albo greckiej tragedii to fakt , jesteś we właściwym miejscu . Ja potrafię oddzielić rozterki duchowe od od zapowiedzi czekających nas sportowych emocji . Ty jak widzę zadęcie kojarzysz z lotnością … ciekawe czego ?
PK62 – może spróbujesz dokonać wykładni logicznej tych kwiecistych farmazonów? Teksty Pani Oli to barokowy wytrysk świadomości.
Po stokroć wolę teksty Pani Aleksandry niż wpisy osób, które mają problem z podstawową interpunkcją (tak, Panie Don, do Pana to mówię ;).
Tom
„z podstawową interpunkcją”? A jest jakaś pondpodstawowa ? Chciałeś błysnąć , a tu klops .