W wywiadzie dla Wieler Reuve, Jonas Vingegaard (Team Visma | Lease a Bike) zabrał głos w sprawie protestów podczas tegorocznego wyścigu Vuelta a Espana. Duńczyk przyznał, że niewiele brakowało, a wyścig nie dotarłby do Madrytu.
Przypomnijmy, że podczas tegorocznej Vuelty propalestyńskie protesty sparaliżowały wyścig, gdzie kilka etapów kończono przedwcześnie. Swego rodzaju symbolem trudności podczas wyścigu było odwołanie ceremonii dekoracji w Madrycie. Ponad miesiąc po tamtych wydarzeniach nowe światło na całą sprawę rzucił Jonas Vingegaard w rozmowie z Wieler Reuve. Przyznał on, że fakt jazdy w czerwonej koszulce nie pozwalał wycofać się z wyścigu:
Jako zespół chcieliśmy jechać dalej, ale część ekip chciała przerwać jazdę i odwołać cały wyścig. Jednak to ja jechałem w czerwonej koszulce i byłem szczęśliwy, że wyścig był kontunuowany.
Duńczyk w rozmowie opowiedział nieco, na czym polegało porozumienie pomiędzy ekipami.
Dużo dyskutowaliśmy nad tym co UCI jak i organizatorzy mogą zrobić w tej sytuacji. My zawodnicy byliśmy zgodni co do tego, że jeżeli coś się wydarzy na etapie, przerywamy jazdę i próbujemy następnego dnia. W pierwszej fazie wyścigu zawsze był przynajmniej jeden zespół, który chciał kontynuować walkę na etapach, ale później panowała całkowita jedność w tym względzie.
28-latek dał do zrozumienia, że wyścig powinien być lekcją dla wielu jak wygląda kolarstwo od środka i jego zdaniem taką rzeczywiście był:
Nasz sport jest narażony na takie działania. Bardzo łatwo jest zablokować drogę i przerwać wyścig. Sądzę, że wielu ludzi po zneutralizowanym etapie do Bilbao zrozumiało jak bardzo my kolarze jesteśmy bezbronni. Mam nadzieję, że w przyszłości nie będziemy się mierzyć z tego rodzaju problemami.
— zakończył Jonas Vingegaard.








Zapewne będziecie. Vuelta pokazała, że każdy bardzo łatwo może przerwać każdy jeden wyścig. W dodatku całkiem bezkarnie.
Oj będzie się działo, przecież w tej Barcelonie to tylko turyści i imigranci o wiadomej karnacji.