Kultowy, ikoniczny, nieprzewidywalny… Ronde Van Vlaanderen mógłbym opisać wieloma przymiotnikami, ale i one nie w pełni oddają unikalny charakter wyścigu. Ten klimat, tą niepowtarzalną atmosferę trzeba poczuć na sobie, by wiedzieć, czym to pachnie. Trzeba przejechać Oude Kwaremont w tłumie kibiców, wrzeszczących bez opamiętania nasze imiona, wypisane na tabliczkach przymocowanych do kierownic amatorów, by poczuć się choć przez chwilę jak zawodowiec.
Do dwóch wyścigów w kalendarzu mam wyjątkową słabość – do Paris Roubaix i do Ronde właśnie. Oba z tych wyścigów – ich wersje amatorskie oczywiście – przejechałem po dwa razy. Mam nadzieję wrócić na te trasy w przyszłości; tak niesamowite wrażenie na mnie wywarły.
Amatorzy ścigają się dzień przed zawodowcami. W Ronde miejsc startowych jest 15 000 – z oczywiście startami sektorowymi.
I, choć jak cały kolarski świat, czekam z niecierpliwością na wyścig, czekam na starcie dwóch gigantów kolarstwa – Mathieu Van der Poela i Tadeja Pogacara, to jednak dziś w tej, wyczekującej niczym na pęknięcie tamy atmosferze wyczekiwania pojawił się smutny wyłom.
Dziś, na trasie Ronde van Vlaanderen Challenge, zginęło dwóch amatorów kolarstwa.
Nikt, kto uprawia kolarstwo – sam przecież jeżdżę na rowerze, ile się tylko da – nie chce czytać, ani tym bardziej pisać o śmierci zawodników. Tym razem ta zła passa dotknęła właśnie kultowego monumentu – Ronde van Vlaanderen.
Na uwielbianym przez Toma Boonena Taaienbergu w Maarkedal zasłabł i w efekcie zmarł zawodnik z Holandii (niewydolność serca), a zawodnik z Francji zginął na Kwaremoncie w Kluisbergen. Mimo podjętej reanimacji żadnemu z nich nie udało się przywrócić funkcji życiowych.
Radosne święto kolarstwa, rozpoczynające się jak co roku w Oudenaarde, przyćmiła popołudniowa tragedia.
Na trasie doszło do jeszcze jednego poważnego zasłabnięcia zawodniczki, ale bez poważniejszych konsekwencji, doszło też do kilku mniejszych kontuzji, które są nierozerwalnie związane z kolarstwem.
Jednak śmierć w czasie jazdy na rowerze jest czymś, o czym nie chciałbym nigdy pisać.
Zwłaszcza na jednym z dwóch moich ulubionych wyścigów.










Jednak „śmierć” w czasie jazdy, nie „śmieć”.
Przedostatni akapit.
No to w sumie nic nie napisałeś….
Sławomirze Niciński zajmij się lepiej tym na czym się znasz („Z wykształcenia operator saturatora”), pisaniem tutaj raczej się nie zajmuj, no może pamiętników.
Ceniłem Naszosie za jakość, styl, język. No może pewną niespełnioną potomkinią Elizy Orzeszkowej. Dziś mam kolejny powód, by przemyśleć swoją ocenę.
Emocje emocjami, ale może ktoś by usiadł na chłodno i napisał to po polsku?! Naszosie robi ostatnio taki zjazd, poza może dwójką autorów. Grafomania!
Mówią że sport to zdrowie.W kolarstwie się nie sprawdza.Podobnie w podnoszeniu ciężarów i kulturystyce.
Czytanie okropnie utrudnia błędna interpunkcja. Przecinki stawiamy nielosowo
Tak jak wcześniej w Maratonach o złote gacie. Trzy miesiące przygotowań od zera, parę kilo wagi w dół i tyle samo pochloniętych dopalaczy.
Pseudo profesjonaliści dobrali się do kolarstwa.
Jednak najlepszy sport to ten od EA – na kanapie przed telewizorem.