fot. Lidl-Trek / Tim de Waele / Getty Images
Mads Pedersen drugi raz z rzędu wygrywa Gandawa Wevelgem. Tym razem zrobił to po 56-kilometrowym odjeździe.
Choć jeszcze w ostatni wtorek można było liczyć na to, że tegoroczne Gandawa-Wevelgem stanie się kolejną okazją do obejrzenia rywalizacji Mathieu van der Poela z Tadejem Pogačarem w nowym środowisku, to ostatecznie na liście startowej nie stanął żaden z nich. Oznaczało to, że dzisiejszy wyścig mógł być dla wielu klasykowców najlepszą w tym roku okazją na zdobycie prestiżowego zwycięstwa.

Zabójczy cień Pedersena

O sukcesie w Gandawa-Wevelgem marzyli jednak nie tylko topowi specjaliści od północnych klasyków. Swoje marzenia mieli uciekinierzy – tym razem w składzie: Rui Oliveira (UAE Team), Max Walker (EF Education-EasyPost), Sam Maisonobe (Cofidis), Jascha Sutterlin (Jayco-Alula), Emils Liepins (Israel-Premier Tech), Victor Vercouillie (Flanders-Baloise), Samuel Leroux, Alexys Brunel (obaj TotalEnergies), Victor Campenaerts (Visma-Lease a Bike) oraz Marco Haller (Tudor).

Swoje marzenia mieli także sprinterzy. Dla nich ten wyścig często jest najlepszą, poza całkowicie płaskim Brugge-De Panne, szansą na odniesienie sukcesu we flandryjskim klasyku. Wiedzą wszakże, że edycje takie jak ta zakończona płaczem Elii Vivianiego, który w 2018 roku minimalnie przegrał z Peterem Saganem, należą do rzadkości. Pomimo trasy pozbawionej wielu trudności, wyścig rzadko kończy się finiszem z peletonu. To oznacz, że nawet kolarze dysponujący sporą szybkością, nie mogą się bać ataków. W przeciwnym wypadku ryzykują podzielenie losu Jordiego Meeusa, Jaspera Philipsena i Jonathana Milana, którym udany finisz zapewnił przed rokiem jedynie 3,4 i 5. miejsce.

Zdecydowanie bardziej opłacalna bywa strategia, którą przyjął wówczas niemal tak samo dynamiczny jak wymienieni sprinterzy Mads Pedersen. On rok temu zabrał się w odjazd z Mathieu van der Poelem, a potem pokonał go na finiszu zgarniając końcowy triumf. Teraz postanowił powtórzyć tamten sukces. Na 72 kilometry przed metą, gdy ucieczka miała niespełna minutę przewagi, zaatakował i zabrał za sobą jedynie dwóch sprinterów – Olava Kooija i Jaspera Philipsena.

Niestety, współpraca tej trójki nie okazała się zbyt długa. Trwała zaledwie… kilkaset metrów. Zaczęło się od problemów sprzętowych Philipsena. Belg złapał gumę, więc przez kilkanaście kolejnych sekund oglądaliśmy już tylko kolejne wyprzedzające go grupki zawodników. Gdy znów znaleźliśmy się przed peletonem, okazało się, że nie tam już również Kooija. Dlaczego? Odpowiedź poznaliśmy po kilku kolejnych sekundach, gdy kamery pokazały siedzącego na poboczu obolałego Holendra.

Pedersen chce być jak Van der Poel

Problemy rywali nie zniechęciły Pedersena, który najwyraźniej uznał, że nawet bez ich pomocy jest w stanie oddalić się od peletonu i dogonić ucieczkę. Miał rację – już po czterech kilometrach dołączył do kolarzy, którzy z niej odpadli, a po upływie czterech kolejnych z powrotem doprowadził ich do czołówki. Choć tempo ucieczki było wystarczająco wysokie, by utrzymywać przewagę nad główną grupą, Pedersen nie zamierzał długo trzymać się ze swoimi towarzyszami.

Gdy na drugim podjeździe pod Kemmelberg (56 km przed metą) zaatakował Victor Campenaerts, Pedersen był dla niego bezlitosny. Najpierw utrzymał jego koło, potem zostawił z tyłu.

W piątek przegrał w E3 Saxo Classic tylko z Mathieu van der Poelem – teraz stanął przed szansą odniesienia równie prestiżowego zwycięstwa. I jeszcze bardziej spektakularnego, ponieważ swój samotny rajd rozpoczął 17 km wcześniej, niż wówczas Holender. Jego szanse na osiągnięcie sukcesu zwiększały się z każdym kilometrem, podobnie jak przewaga nad peletonem, który w końcu połknął pozostałych uciekinierów.

W szczytowym momencie różnica wynosiła blisko dwie minuty, a przez większość czasu utrzymywała się w granicach 1:30. Duńczykowi sprzyjał wiejący w plecy wiatr, a peleton jadący za nim nie był duży – liczył około 40 kolarzy. To wszystko powodowało, że na długo przed metą mógł bardzo optymistycznie podchodzić do swoich szans na zwycięstwo. Rzeczywiście – wygrał po raz trzeci. W efekcie dziś jest jednym z siedmiu rekordzistów – oprócz niego wyścig trzykrotnie wygrali tylko: Peter Sagan, Rik Van Looy, Eddy Merckx, Tom Boonen, Mario Cipollini i Robert Van Eenaeme.

Lidl-Trek mógł świętować – nawet mimo tego, że w peletonie, który dojechał do mety 52 sekundy później, Jonathan Milan przegrał sprinterski pojedynek z Timem Merlierem.

Results powered by FirstCycling.com

Poprzedni artykułVolta a Catalunya 2025: Primož Roglič królem Katalonii!
Następny artykułGandawa-Wevelgem kobiet 2025: Setna wygrana Loreny Wiebes! Kaja Rysz w TOP10
Bartek Kozyra
Magister politologii, ale bardziej niż polityka pasjonuje go sport. Trenował kolarstwo w Krakusie Swoszowice i biegi średnie w Wawelu Kraków, ale ulubionego sportowego wspomnienia dorobił się startując na 60 metrów w Brzeszczach. W 2017 roku na oczach biegnącej chwilę wcześniej Ewy Swobody wystartował sekundę po wystrzale startera, gdy rywale byli daleko z przodu. W pisaniu refleks również nie jest jego mocną stroną, ale stara się nadrabiać jakością. W liceum wygrał finał międzyklasowego turnieju z drużyną Kacpra Krawczyka.
guest
3 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze
Lecram
Lecram

Zdjęcie chyba nie jest zgodne z tytułem (Gandawa-Wevelgem 2025)… Warto podpisać 🙂

Ricky
Ricky

MvDP to jednak kozak, nie startował a i tak stanął na drugim miejscu podium i to jeszcze w koszulce miszcza świata ;).

Ricky
Ricky

Heh, zmienili zdjęcie i teraz wychodzę na pajaca z poprzednim komentarzem ;).