fot. La Vuelta

Zaskakująco długo trzeba było czekać na kolarza, który powtórzy wyczyn Marco Pantaniego – udało się dopiero po 26 latach (tym razem obyło się bez literówki). Symboliczne jest to, że dokonał tego kolarz, który urodził się właśnie w 1998 roku.

W kolarskim świecie dublet Giro-Tour od przynajmniej dekady uchodził za coś w rodzaju Świętego Graala. Coś mitycznego, legendarnego – nieosiągalnego dla zwykłego człowieka, a jedynie dla prawdziwych herosów. Historia kolejnych nieudanych wypraw po to złote runo zakończyła się w ubiegłą niedzielę, w sposób, który tylko sprzyja budowaniu kolejnych legend. 

Spójrzcie na tę niesamowitą sekwencję zdarzeń. Gdy w 1998 roku Marco Pantani wygrywał Tour de France, jego wyczyn owszem – wzbudzał emocje, także ze względu na styl, w jakim go osiągnął i ogólną aurę, którą cieszył się uwielbiany przez włoskich kibiców “Pirat”. Jednak prawdę powiedziawszy, jego wyczyn nie był wcale niczym niezwykłym. W samych tylko latach 90. tego samego dwa razy dokonał Miguel Indurain. Sztuki tej trzykrotnie dokonywano również w latach 80. i 70. Dublet, choć wymagający wielkich umiejętności i zarezerwowany dla największych, zdążył się opatrzeć. 

A później, we wrześniu na świat przyszedł Tadej Pogačar. I choć od tego czasu swoich sił w tym niegdyś zwyczajnym, a dziś niezwykłym wyzwaniu próbowali najwięksi, z Chrisem Froomem i Alberto Contadorem na czele, nikomu nie udało się tego dokonać. Spośród 25 edycji Tour de France poprzedzających narodziny Słoweńca, aż 7 padało łupem wcześniejszych zwycięzców Giro d’Italia. W ciągu 25 kolejnych, nie wydarzyło się to ani razu. Trzeba było czekać na 26, którą wygrał on sam.

Zwycięstwa, które się nie nudzą (przynajmniej zwycięzcy)

Pogačar nie jest jednak żadnym herosem, w dosłownym znaczeniu tego słowa, nawet jeśli regularnie można odnieść wrażenie, że Hera zsyła na niego szaleństwo, tak jak kiedyś na Heraklesa. Mimo wszystko skłaniałbym się jednak ku opinii że to człowiek, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Także dlatego, że jest bardzo podatny na emocje. Widać je u niego, jak u żadnego innego kolarza. Także na szosie.

Rywale i kibice nie wiedzą kiedy zaatakuje – nie znają dnia, ani godziny. A on to wykorzystuje płatając im figle, np. markując atak na jednym z nieistotnych wzniesień. “Pogačar atakuje?!” – można było usłyszeć w radio INEOS Grenadiers podczas płaskiego 5. etapu. Nie widać u niego znudzenia po kolejnych zwycięstwach – nie jest tak cyborgopodobny, jak choćby Primož Roglič, który rok temu po wygraniu etapu Volta a Catalunya nie wzniósł rąk do góry, a jedynie wyłączył swojego Garmina. On za każdym razem stara się wymyślić jakąś nową cieszynkę, choć kolarze możliwości mają pod tym względem zdecydowanie bardziej ograniczone możliwości niż choćby piłkarze, więc efekty nie są szczególnie zachwycające.

W zasadzie brak emocji po wygranych byłby u niego zrozumiały – zwłaszcza w tym roku. Ma ich już 21 – to tyle samo co całe Visma | Lease a Bike. Ba! W całym zeszłym roku tylko 9 ekip w całym międzynarodowym peletonie (nie tylko worldtourowym) uzbierało ich więcej niż on teraz! Tak, to prawda, Eddy Merckx, do którego tak często jest porównywany, wielokrotnie wygrywał ponad 30 razy w roku (szanse na to, że Słoweńcowi uda się taka sztuka, jest marginalna), ale było mu zdecydowanie łatwiej. Kolarze startowali wtedy dużo częściej niż dziś – regularnie ponad 100 razy w roku!

W najlepszych pod względem liczby zwycięstw sezonach 1970-71 Merckx wygrywał po 36 razy (wyliczenia PCS). Dokonał tego odpowiednio w 80 i ponad 104 startach*, co daje odpowiednio 45% i 35%. Pogačar natomiast swoje 21 triumfów zanotował w 55 startach – 38%. To musi robić gigantyczne wrażenie, nawet jeśli najlepszy występ Belga będzie na koniec roku trudny do powtórzenia. Żeby go przebić, musiałby wystartować jeszcze w przynajmniej czterech wyścigach i wygrać każdy z nich (albo np. 4 z 5), ale w dzisiejszych czasach jego wynik i tak robi kolosalne wrażenie. 

Startował w wyścigach niemal każdego rodzaju – wygrał prawie wszystkie, zabrakło jedynie Mediolan-San Remo, gdzie był “dopiero” trzeci. Po Liege-Bastogne-Liege mógł się też pochwalić 7 zwycięstwami w 11 dniach startowych. Skuteczność obniżyły mu dopiero wielkie toury, gdzie i tak wykręcił kapitalne liczby. Łącznie 12 wygranych etapów i dwie klasyfikacje generalne w Giro d’Italia oraz Tour de France to wynik lepszy, niż kiedykolwiek miał Merckx (on dwa razy miał 11 wygranych, raz 9).

*Dane PCS są niekompletne, bo przy niektórych wyścigach brakuje części wyników. Być może przy nazwisku Merckxa brakuje kilku mniej istotnych zwycięstw i niższych miejsc w wyścigach o średnim znaczeniu (wyniki części wygranych przez Merckxa imprez zawierają np. wyłącznie pierwszą “10”). Wiemy na pewno, że brakuje pełnych wyników kilku pojedynczych etapów niektórych wyścigów, które Merckx ukończył, ale na dalszym miejscu  – oczywiście uwzględniłem je w wyliczeniach. Dodatkowo, warto zaznaczyć, że “starty” to nie to samo, co “dni startowe” – nie za czasów Merckxa, gdy niekiedy jednego dnia odbywało się kilka podetapów.
I zdarzył się cud – wyścig bez kryzysu

Drugą z oznak pogačarowego człowieczeństwa była podatność na kryzysy. Podczas tegorocznego Tour de France wspominałem o tym już dwa razy, więc nie będę się powtarzał. Najważniejsze jest to, że tym razem żaden poważny kryzys mu się już nie przytrafił. Trudno przecież nazwać nim to, co wydarzyło się w końcówce 11. etapu. Słoweniec włączył tam tryb “Kanibala” już 31 km przed metą. Trzy wzniesienia przed metą zaatakował i rozpoczął ucieczkę przed pozostałymi ogniwami “wielkiej trójki”. Nieudaną – dogonił go w końcu Jonas Vingegaard, który następnie pokonał go podczas decydującego o zwycięstwie sprintu.

Z dzisiejszej perspektywy to, co wtedy się wydarzyło w głowach większości kibiców (i bukmacherskich kursach) brzmi śmiesznie. Owszem, przegranie przez Pogačara sprintu z na co dzień wolniejszym Duńczykiem było czymś niecodziennym, ale w tamtych konkretnych okolicznościach w pełni zrozumiałe. “Pogi” musiał być bardzo zmęczony – także psychicznie, po nieudanej, kilkudziesięciokilometrowej szarży. Czym innym jest jednak krótkofalowa słabość od długotrwałego kryzysu

Jeśli tamten etap, na którym łącznie z bonifikatami Słoweniec stracił dosłownie 1 sekundę do swojego największego rywala, można nazwać jego najgorszym momentem podczas całego wyścigu, to znaczy, że poszło mu naprawdę dobrze. Odrobił lekcję, w końcu zaczął jeździć mądrzej, nie angażując się w bezsensowne akcje? Niezupełnie. To podczas  tegorocznej edycji Tour de France powiedział: – Nie wiem, dlaczego zaatakowałem, czasami sam siebie nie rozumiem. – I nie, nie było to wcale po wspomnianym 11. etapie.

Zrobił to sześć dni później, po tym, jak na kilkanaście kilometrów przed metą przeprowadził brawurowy atak. Nie walczył o zwycięstwo – uciekinierzy byli daleko z przodu. Nie mógł wiele zyskać – nawet w optymalnym wariancie dorzuciłby do swojej olbrzymiej przewagi kilkanaście, może 20 sekund. A jednak skoczył, tracąc w ten sposób siły, tak potrzebne w kolejnych dniach, na trzech ostatnich etapach i ostatecznie nie zyskując nic, bo Vingegaard w końcu i tak do niego dojechał.

Łatwiej było wytłumaczyć jego wcześniejsze ataki w okolicach Troyes – na szutrach czuje się lepiej niż rywal i po prostu chciał to (bezskutecznie) wykorzystać, zaś na drugim etapie wciąż jeszcze walczył o koszulkę lidera. Wciąż jednak były to ruchy, które trudno było nazwać standardowymi dla kolarza chcącego walczyć o zwycięstwo w trzytygodniowym wyścigu.

To prawda – nie wszystko było tak samo, jak rok i dwa lata temu. Wtedy takie obrazki, jak ten z 20. i 15. etapu, gdy widzieliśmy Vingegaarda przeprowadzającego atak za atakiem, właściwie się nie zdarzały. Wtedy stroną atakującą częściej i mniej efektywnie na decydujących wzniesieniach był Pogačar. Duńczyk kontrował dopiero wtedy, gdy widział, że rywal jest zmęczony, a w tym roku role się odwróciły, jednak wynika to wyłącznie z sytuacji w  “generalce”. Teraz to “Pogi” był liderem i po prostu korzystał z tego na tyle, na ile pozwalało mu jego kolarskie ADHD.

“Pogi” trypletowi mówi nie. Nie teraz

Nie, to nie zmiana taktyki uratowała Pogačara przed kolejnym kryzysem – wciąż jest, ku uciesze kibiców, tym samym postrzelonym kolarzem, co wcześniej. Jeśli wierzyć słynnemu już “mou” – internaucie, który prawdopodobnie jest osobą z otoczenia Słoweńca, wyjaśnieniem jego fenomenu jest zmiana trenera. Inni mogą powiedzieć, że rozwój to przecież naturalny proces u 25-letniego wciąż kolarza. Niezależnie jednak od powodu – Pogačar jest po prostu mocniejszy niż kiedykolwiek – gotów wygrywać zawsze i wszędzie. I aż szkoda, że w tym sezonie zobaczymy go już tak niewiele razy. 

Z informacji podanych do publicznej wiadomości do tej pory wynika, że prawdopodobnie czekają go jeszcze tylko starty w wyścigach jednodniowych, po których nastąpi zdecydowanie zasłużona przerwa. Znakomity sezon może ozdobić więc już tylko pierwszym mistrzostwem świata w karierze i czwartym z rzędu zwycięstwem w Il Lombardia. Nawet jeśli się nie uda – jego sezon przejdzie do historii, ale mogło być nawet lepiej.

W końcu gdyby wystartował w Vuelta a Espana, mógłby wreszcie dokonać czegoś po raz pierwszy w ponad 100-letniej historii kolarstwa – wygrać trzy wielkie toury w jednym sezonie. Patrząc na jego obecną formę i nieobecność Vingegaarda trudno sobie wyobrazić, by ktokolwiek miał go tam pokonać – nawet wracający po kontuzji Primož Roglič. 

To prawda, że zmęczonemu sezonem Pogačarowi mogłoby być trudno utrzymać obecną dyspozycję, ale nie byłby pod tym względem wyjątkiem – Vuelta a Espana to wyścig, do którego z reguły przystępują kolarze zmęczeni sezonem. I także dlatego da się ją wygrać, mając wcześniej w nogach dwa wielkotourowe wyścigi, co doskonale pokazał w zeszłym roku Sepp Kuss.

Dlaczego nie?

W całej historii kolarstwa trzech wielkich tourów w jednym sezonie nikt nie wygrał nie dlatego, że jest to w ogóle niemożliwe. Trzech wielkich tourów nikt nie wygrał dlatego, że jest to niemożliwe, nieustrzeliwszy przed Vueltą dubletu. A tak się składa, że odkąd Vuelta została przeniesiona z przełomu kwietnia i maja na przełom sierpnia i września, dublet ustrzelił wyłącznie Marco Pantani – kolarz charyzmatyczny i momentami wielki, ale błyszczący wyjątkowo krótko.

Dlatego jestem pewien, że szanse Pogačara na wygranie Vuelta a Espana byłyby nieporównywalnie większe niż na zdobycie mistrzostwa świata. Wprawdzie w ostatnich latach słynna przypadkowość, którą rządzą się klasyki, stała się mniej widoczna niż kiedyś, ale w Zurychu będzie musiał się zmierzyć z Mathieu van der Poelem. A ten będzie groźnym rywalem, nawet jeśli to Słoweniec przystąpi do nich w sprzyjających mu warunkach terenowych.

Jednak może to dobrze, że Pogačar nie wystartuje na Półwyspie Iberyjskim? Hiszpański wielki tour – wygrany czy nie, z całą pewnością byłby, w połączeniu z dwoma poprzednimi, dużym wyzwaniem dla jego organizmu. Kto wie, czy za ewentualny sukces nie zapłaciłby w kolejnych latach (przypomnijmy, że wspomniany Kuss w tym roku wygląda zdecydowanie gorzej, niż w poprzednich latach). “Pogi” nie jechał wcześniej nawet dwóch wielkich tourów w jednym sezonie, a teraz miałby przejechać trzy? 

Tak, wygranie przez jednego kolarza wszystkich wielkich tourów w sezonie nigdy nie wydawało się tak namacalne, jak w tym, ale może nie warto się z tym spieszyć? Może trzeba poczekać i odpowiednio się do tego celu przygotować tak, by nie zapłacić za to przedwczesnym końcem wielkiej kariery? Pamiętajmy – wielkość nie jest wieczna i potrafi się zakończyć zaskakująco szybko. Sam Eddy Merckx przegrał Tour de France z Bernardem Thevenetem rok po być może najlepszym sezonie w karierze, gdy zdobył dublet i mistrzostwo świata. Wydaje się, że Pogačar nie chciałby powtórzyć tamtej historii.

Poprzedni artykułKrólewny na rowery – zapowiedź Princess Anna Vasa Tour 2024
Następny artykułCaleb Ewan: „Miło wracać do Hiszpanii”
Bartek Kozyra
Magister politologii, ale bardziej niż polityka pasjonuje go sport. Trenował kolarstwo w Krakusie Swoszowice i biegi średnie w Wawelu Kraków, ale ulubionego sportowego wspomnienia dorobił się startując na 60 metrów w Brzeszczach. W 2017 roku na oczach biegnącej chwilę wcześniej Ewy Swobody wystartował sekundę po wystrzale startera, gdy rywale byli daleko z przodu. W pisaniu refleks również nie jest jego mocną stroną, ale stara się nadrabiać jakością. W liceum wygrał finał międzyklasowego turnieju z drużyną Kacpra Krawczyka.
guest
15 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze
Radosław
Radosław

Zadziwiające dla mnie jest z jaką pewnością w kolejnym już artykule piszecie o tym ze Pogacar na pewno nie wystartuje w Vuela a Espana.
IO odpuścił, odpocznie, przemyśli i mam nadzieje że przemyśli w odpowiednią stronę. Argumentu że kolejny sezon może być przez to zły nie kupuje, nawet gdyby miał nie wygrać nic przez następne dwa sezony to zrobienie czegoś tak historycznego jak trzy wielkie toury w jednym sezonie, coś co nie zdażyło się w 100 letniej historii kolarstwa jest tego warte a on jest tego bardzo blisko.

Marcin
Marcin

Stawiam 50 zeta że Tadej pojedzie Vuelta

Tomasz
Tomasz

No nie udało się bez literówki. Chociaz brak slowa to chyba nie literówka. Juz w pierwszym zdaniu brakuje drugiego słowa. „Zaskakująco trzeba było czekać na kolarza,” Zaskakująco co? Zaskakująco długo?

Bogi
Bogi

Poczytajcie proszę co piszą na francuskich stronach internetowych, dlaczego Pogaczar nie startuje na IO w Paryżu

Grzesiek
Grzesiek

@Bogi
My czytamy tylko naszosie.pl i Twittera „mou”. Co tam wyskrobali? Pogacar przetacza teraz krew czy leczy kaca?

pio
pio

Uzupełnię cytat Autora:
że Pogačar to nie jest po prostu kapitalny kolarz – ktoś pokroju Vincenzo Nibalego, Alberto Contadora czy Chrisa Froome’a. To ktoś, kto ma szansę zostać najlepszym zawodnikiem w historii, przebijając wyniki Eddy’ego Merckxa.
„i Lance’a Armstronga”

S k
S k

Sepp Kuss w zeszłym roku przejechał 3 wielkie toury i wygrał vueltę.

Domel
Domel

Bla bla bla, pitu pitu. Lepiej powiedz co z podcastem, bo każdego dnia płaczę, że nie ma nowego odcinka. Co się dzieje chłopaki?

Domel
Domel

To najsmutniejsza wiadomość ze świata kolarskiego tego sezonu, Bartku. Robiliście dobry kontent i miło się was słuchało. Mam nadzieję, że wrócicie. Jest w końcu internet i możecie nagrywać odcinki bez spotykania się! Serio, tak się da!