Tegoroczna edycja Paryż-Nicea ponownie będzie zawierała etap drużynowej jazdy na czas. Na tym jednak nie kończą się podobieństwa z zeszłym rokiem, bowiem organizatorzy powtórzą manewr z zaliczaniem czasu nie czwartego, a pierwszego zawodnika na mecie.
Jednym z najważniejszych elementów odróżniających drużynową jazdę na czas od indywidualnej jest fakt, że na starcie jednocześnie staje cały zespół, który wspiera się jadąc po zmianach. Istotne było także to, że na metę musiała docierać dość liczna ekipa, a zatem należało ją odpowiednio skomponować i dobrze współpracować tak, by zwyczajowo 3-4 kolarzy (zależnie od liczebności drużyn w danym wyścigu) razem kończyło zmagania. Paryż-Nicea łamie jednak te przyzwyczajenia i drugi rok z rzędu proponuje by liczył się czas każdego z zawodników osobno.
Artykuł 2.5.014 Regulaminu UCI wskazuje, że ta metoda pomiaru czasu jest dozwolona w drużynowej jeździe na czas w szczególnych przypadkach, czyli za zgodą Komisarza UCI i pod warunkiem, że z góry i wyraźnie zostanie wskazane, któremu zawodnikowi będzie liczony czas. Organizatorzy Paryż-Nicea spełnili ponownie wszystkie te warunki.
Na mecie niespełna 27-kilometrowej jazdy drużynowej na czas wokół Auxerre ponownie będziemy mogli zatem oglądać porównanie różnych taktyk, na jakie zdecydują się drużyny. W zeszłym roku ASO po raz pierwszy eksperymentowało z tymi zasadami w Paryż-Nicea. Jumbo-Visma wygrała o sekundę przed EF Education – EasyPost, ale co ciekawe holenderski zespół dotarł na metę w 3-osobowym składzie – u boku Jonasa Vingegaarda do końca byli Jan Tratnik i Nathan Van Hooydonck. Magnus Cort z kolei przeciął kreskę sam, na taki sam manewr zdecydowało się też m.in. UAE Team Emirates, gdzie Tadej Pogačar musiał samotnie pokonywać ostatni kilometr.









