fot. Human Powered Health

Po trzech latach na szczeblu kontynentalnym, spędzonym w drużynie HRE Mazowsze Serce Polski, Alan Banaszek wrócił do drugiej dywizji, a konkretnie do zespołu Human Powered Health, gdzie głównie będzie pełnił rolę rozprowadzającego innego Polaka – Stanisława Aniołkowskiego. Banaszek liczy jednak również na swoje szanse – o tym, a także o pomaganiu, finiszowaniu i ubiegłym sezonie porozmawialiśmy z nim przed jego pierwszym startem w nowych barwach.

Jak niegdyś w BORA-hansgrohe, Team Sky a wcześniej w Liquigasie, w amerykańskim zespole Human Powered Health zawiązała się mała „polska mafia”, tworzona przez Stanisława Aniołkowskiego, Darię Pikulik i Alana Banaszka. Ostatni z zawodników wrócił do drugiej dywizji po trzyletniej przerwie, w czasie której z sukcesami ścigał się w ekipie HRE Mazowsze Serce Polski. Wcześniej rywalizował w barwach hiszpańskiej Caja Rural – Seguros RGA i CCC Sprandi Polkowice.

Alan Banaszek sam przyznaje, że będzie tęsknił za mazowiecką formacją i podkreśla, ile ta mu dała.

– Stworzyliśmy naprawdę super ekipę, ze świetną atmosferą. Z tego miejsca kieruję też podziękowania do mojego wujka Darka (Banaszka), który też poświęcił się temu w 100%. Mogę spokojnie powiedzieć, że mieliśmy najlepszy pociąg sprinterski na świecie, jeśli chodzi o ekipy kontynentalne – mówię to z czystym sumieniem. Dobrze się rozumieliśmy i każdy z nas się bardzo rozwinął – nie ma takiego zawodnika, który by się nie rozwinął. Na pewno będę tęsknił, ale czas taki, że trzeba iść do przodu i zaryzykować

– przyznał Polak.

– Rok spędzony w Caja Rural był bardzo ciężki – tak po prostu, bo kolarstwo jest ciężkie, ale też psychicznie. Wiele się wtedy zmieniło. Jakby ten projekt nie powstał, to nie wiem, szczerze mówiąc, czy dalej jeździłbym na rowerze. Trenowałem dalej, ale bez oczekiwań, z luźną głową – co będzie, to będzie – no i po prostu z roku na roku moja pewność siebie rosła i zacząłem czuć, że jednak mogę coś jeszcze zrobić w tym kolarstwie. Przestałem się oglądać za siebie, sumiennie trenowałem i się udało z powrotem wejść na wyższy poziom, a co będzie dalej – zobaczymy. Nie ukrywam, że dobrze się czuję w tym momencie, więc zobaczymy, jak będzie dalej

– dodał.

Za Alanem Banaszkiem kolejny rok, w którym udowodnił, że jest jednym z najlepszych, najbardziej regularnych kolarzy w zespołach kontynentalnych. W pierwszej części sezonu odniósł zwycięstwo na etapie Belgrad – Banja Luka (oraz w drużynowej jeździe na czas i w klasyfikacji punktowej), a także na odcinku i w „generalce” Tour of Thailand.

– Myślę, że to był najfajniejszy punkt sezonu, że udało mi się wygrać ten wyścig pierwszej kategorii, bo dużo mam zwycięstw w życiu, a to była dopiero moja druga wygrana etapówka

– mówił Alan Banaszek, mający w swoim palmares triumf w klasyfikacji generalnej Tour of Szeklerland (2.2).

– Pierwszy etap był bardziej płaski, rozprowadzaliśmy Marcelego, który wygrał. Ja skończyłem 5., więc wiedzieliśmy, że mamy naprawdę mocne działa i się nie baliśmy. Na drugim, cięższym etapie, peleton się podzielił – wszyscy byli podmęczeni i kto skoczył, to odjechał. Z przodu się zrobiła 30-osobowa grupa, w tym ja, Norbert i Tobiasz. Chłopaki mnie rozprowadzili, ja wygrałem i przejąłem wtedy koszulkę lidera. Później były finisze z grupy, tam mi się nie udawało zbierać bonifikat i postanowiliśmy z chłopakami, że na 5. etapie robimy mocny wyścig – nikt nie chciał nas odpuścić, bo byliśmy najmocniejszą ekipą. Chłopaki cały czas skokami starali się robić mocne tempo, żeby ten peleton był cały czas w ruchu i zrobić wyścig na wymęczeniu, co się udało. Oderwaliśmy się w 15, potem znowu były skoki i zostaliśmy chyba w pięciu. Ciągnąłem ich przez 30 kilometrów, w pewnym momencie nikomu nie chciałem dawać zmian, bo tylko mnie zwalniali (śmiech) i udało się dojechać z 10 sekund przed peletonem. To zapewniło mi zwycięstwo w generalce. Oczywiście był też ostatni etap, który kończył się ciężkim podjazdem, więc tam się musiałem mocno zagiąć, ale jeszcze powiększyłem przewagę

– szczegółowo relacjonował tajlandzką etapówkę.

fot. Thai Cycling Association

Podobnie jak Norbert Banaszek, jego kuzyn Alan zwracał uwagę na charakterystykę kolarstwa azjatyckiego, jakże różniącego się od tego, którego kojarzymy z europejskich szos.

– Na kilku etapach skoki były przez 100 kilometrów, żadna ucieczka się nie klarowała. Wydaje mi się, że to taka charakterystyka, bo Azjaci są mali i dynamiczni. My, jako ekipa, byliśmy wysocy – Norbert, Tobiasz, Adrian mają po 190 cm, więc też specyficznie było nadążać za tymi skokami z każdej strony

– wyjaśniał.

Wspomniane triumfy były dla Alana Banaszka jedynymi w ubiegłym sezonie, lecz bynajmniej nie znaczy to, że w pozostałych imprezach nie miał powodów do radości. Było to spowodowane między innymi regularnością, którą demonstrował między innymi w Turul Romaniei, Wyścigu „Solidarności” i Olimpijczyków czy Dookoła Mazowsza, wygranym przez Marcelego Bogusławskiego. Oprócz tego miał okazję zmierzyć się z kolarzami ekip WorldTeams w takich wyścigach, jak mistrzostwa Europy, CRO Race czy Tour of Denmark.

– W Danii nie miałem dobrej nogi – wystartowałem tam po mistrzostwach Europy, gdzie miałem chyba najgorszy dzień w roku, nogi mi się totalnie nie kręciły. Dookoła Mazowsza pojechałem na naszego lidera, Marcelego. Moim zadaniem było rozprowadzanie go i pilnowanie, żeby rywale nie zabierali nam sekund. Tak naprawdę wyciągnęliśmy z tego wyścigu bardzo dużo, bo Marceli wygrał, ja skończyłem na podium. Później miałem chwilę przerwy, trochę potrenowałem i na Turul Romaniei już było dobrze

– opisywał.

W rumuńskim wyścigu Polak zaprezentował się bardzo dobrze, kończąc wszystkie (!) etapy ze startu wspólnego w czołowej piątce. Ostatecznie zajął czwarte miejsce w klasyfikacji generalnej, lecz – jak sam przyznaje – otarł się w niej o zwycięstwo, bowiem na kluczowym dla jej losów etapie zmagał się z defektem na początku wymagającego, ponad 20-kilometrowego wzniesienia.

– Złapałem gumę na piątym kilometrze długiego, godzinnego podjazdu. Jechałem wtedy w ucieczce i zostało nas tam trzech. Przez defekt straciłem rytm, tempo, bo długo jechałem na tym flaku. Naprawdę myślę, że gdyby nie ta guma, to mógłbym przejechać to z tymi chłopakami – jeden z nich (Mark Stewart) wygrał cały wyścig. Myślę, że on by mnie nie zostawił pod górę, więc naprawdę otarłem się o wygraną w klasyfikacji generalnej. Może i nie ma zwycięstwa, ale, patrząc z mojej strony, jestem bardzo zadowolony z tego, jak ten wyścig wyglądał

– przyznał Alan Banaszek.

„Nie powiedziałbym, że jestem sprinterem”

Teraz przed Alanem Banaszkiem nowy sezon, nowa ekipa i nowe wyzwania. Przygotowania do 2023 roku rozpoczął wcześnie i ze spokojną głową, bowiem kontrakt z nową ekipą podpisał pod koniec września. Polak zwraca jednak uwagę, że w tym roku będzie musiał walczyć o umowę na kolejne lata, kwitując to krótkim „trzeba robić swoje”.

– Skupiłem się przede wszystkim na tym, żeby dobrze odpocząć po sezonie, poświęcić trochę czasu dla mojej dziewczyny. Dosyć szybko się zaczęły moje przygotowanie, bo w drugiej połowie listopada. Wiedziałem, że będę miał wcześniej wyścigi z nową ekipą, a po drugie, że mistrzostwa Europy są w lutym, więc to tak się trochę nałożyło na siebie. Też im szybciej będę gotowy, tym lepiej

– mówił Alan Banaszek.

– Czuję się pewnie, jestem w tym momencie mega spokojny o ten sezon i wszystko mi się jak na razie dobrze układa, ale też mam kontrakt tylko na rok, więc trzeba walczyć o kolejne lata. Trzeba robić swoje, jak się będzie dobrym w tym, co się robi, to można być spokojnym o kontrakt

– dodał.

W męskiej ekipie Human Powered Health oprócz Alana Banaszka będzie jeździł też Stanisław Aniołkowski. Rolą byłego zawodnika HRE Mazowsze Serce Polski będzie głównie rozprowadzanie swojego rodaka, ale jest również gotowy na walkę na własne konto.

– Po takich wstępnych rozmowach z dyrektorami, jestem człowiekiem od rozprowadzania, głównie będę rozprowadzał Staśka. Ale też, jak będę mocny, będę mógł też dostać szansę dla siebie. Teraz o tym nie myślę, bo chcę po prostu dobrze przygotować do pierwszych startów i dobrze wejść w sezon. Zobaczymy, jak to się wszystko będzie rozwijało

– wyjaśniał Banaszek.

– Oczywiście, że jest to super, że będę mógł rozprowadzać Staśka i zobaczymy, jak to się ułoży. Myślę, że to będzie dobra współpraca i coś razem wygramy

– powiedział.

fot. Human Powered Health

Były zawodnik HRE Mazowsze Serce Polski, choć często nazywany sprinterem, sam się nim nie czuje – swoje największe sukcesy w ostatnich latach odnosił po finiszach z okrojonej grupy. Gdy jednak musiał zafiniszować, brak „sprinterskiej mocy” nadrabiał umiejętnościami dobrego odnalezienia się w końcówkach.

– W ostatnich latach niewiele razy brałem udział w finiszach z dużej grupy, dlatego dla mnie nie będzie to jakaś ciężka zmiana, gdyż lubię też pomagać – od jakiegoś czasu bardziej wolę rozprowadzać niż finiszować. Na pewno chciałbym się rozwijać pod tym względem, a co za tym idzie, muszę być bardziej wszechstronny, przez co będę lepszym kolarzem i będę zdolny do walki w ciężkich klasykach. To wszystko się łączy

– przyznał.

– Nie powiedziałbym, że jestem sprinterem. Potrafię się odnaleźć, tak jak sprinter, ale nie mam wystarczającej mocy, żeby się nim nazwać. Mam jej wystarczająco, żeby szybko finiszować, dlatego czasami mogę przejąć tę rolę, ale to tak okazjonalnie i bardziej zastępczo, bo nie czuję się w niej dobrze. Wiem, że mogę robić inne rzeczy dużo lepiej

– dodał Polak.

Szczególnie dobrze działało to w ostatnim sezonie przygody Alana Banaszka, kiedy ciężar finiszowania z dużego peletonu w wielu wyścigach brał na siebie Marceli Bogusławski – jeden z najszybszych kontynentalnych sprinterów.

– To, że zaczęliśmy w tamtym roku stawiać na Marcelego w zeszłym roku, zaowocowało tym, że ja mogłem inaczej rozgrywać wyścigi. Bardzo mi się podobało, że mogę jemu pomagać, żeby on zdobywał wyniki, a ja mogę robić inne rzeczy, na przykład zabierać się w ucieczki

–  opisywał Alan Banaszek.

Rozprowadzanie od środka

Na zdjęciach udostępnionych przez ekipę Human Powered Health ze zgrupowania, widać zawodników trenujących rozprowadzenie. Alan Banaszek przyznaje jednak, że nie wszystko da się wyćwiczyć w warunkach pozawyścigowych.

– Ciężko jest to wytrenować na zgrupowaniu. Można coś tam potrenować, żeby wyczucie prędkości, dystansu było lepsze – czucie tego, czy do mety pozostało 600 czy 300 metrów, jest ważne. Takie rzeczy da się przetrenować, ale wyścig i tak pisze własne scenariusze i nie przygotujesz się dobrze na wyścig, jeśli chodzi o rozprowadzenie, bo po prostu musisz to czuć

– mówił nam kolarz amerykańskiej formacji.

– My możemy sobie mówić, że fajnie by było, jakbyśmy w ostatni kilometr wjechali w czterech i to jest najlepszy scenariusz, żeby czwarty zawodnik zaczął pracę na kilometr do mety, ale też ciężko jest doprowadzić do takiej sytuacji. Każdy czuje, że im później zacznie pracę, tym lepiej, bo będzie mógł lepiej oddać swoją zmianę na czele. Oczywiście, z tyłu widzimy trochę więcej, więc ja, jak jadę w pociągu, mogę przekazać coś na słuchawce czy krzyknąć do kolegi, żeby na przykład zaczął wcześniej, bo nas zajeżdżają, ale to wszystko jest bardzo intuicyjne

– dodał.

Obecnie w zawodowym peletonie można zaobserwować przypadki zawodników, którzy decydują się na rolę rozprowadzających, mimo że jeszcze niedawno regularnie brali udział w finiszach, jak Danny van Poppel czy Cees Bol. Doświadczenie ze sprinterskich końcówek sprawia, że tacy kolarze niemalże z marszu mogą odnaleźć się w nowej roli.

– Ja jestem w miarę szybkim kolarzem, ale potrafię się dobrze odnajdywać. Jestem też bardziej wytrzymały niż tacy typowi sprinterzy i dzięki temu myślę, że mam potencjał, by być dobrym rozprowadzającym. Na pewno dużą rolę (w odnajdywaniu) odgrywa doświadczenie, bo już trochę lat jeżdżę, ale pewne rzeczy są wrodzone – to jest takie wyczucie, ekonomia jazdy, wykorzystywanie koła rywali. Część rzeczy można zdobyć doświadczeniem, ale niektóre trzeba po prostu czuć

– tłumaczył Alan Banaszek.

– To, czy będziesz szybszy od sprintera, czy wolniejszy, nie ma żadnego znaczenia. Rozprowadzający musi być szybki tak czy siak. Przede wszystkim liczy się wyczucie, żeby zostawić tego sprintera na 200 czy 100 metrów do mety i go tym nie wymęczyć. Żeby go doprowadzić w taki sposób, że zostanie mu coś jeszcze w nogach, i żeby mógł wykonać dobry finisz.

Początek sezonu 2023

Wspomniane wyżej wczesne przygotowania Alana Banaszka do sezonu 2023 były motywowane tym, że rozpocznie go jeszcze w styczniu. Wraz ze Stanisławem Aniołkowskim, wystartuje on w dwóch jednodniówkach na Majorce, w Trofeo Port d’Alcudia (26.01) i Trofeo Palma (29.01). Następnie weźmie udział w swojej pierwszej etapówce – Volta a la Comunitat Valenciana, rozpoczynającej się 1 lutego.

Ważnym elementem sezonu dla Alana Banaszka, byłego mistrza Europy w omnium, mają być też starty na torze.

– Dużo zależy od tego, na ile pozwoli mi drużyna, ale są prowadzone rozmowy z PZKol-em, więc jestem dobrej myśli

– powiedział polski kolarz.

Już w lutym rozpoczną się kwalifikacje olimpijskie do igrzysk, które w przyszłym roku odbędą się w Paryżu. Alan Banaszek liczy na kwalifikację zarówno w omnium i madisonie, ale także w drużynowym wyścigu na dochodzenie (4 km).

– Mieliśmy zgrupowanie kadry. Będziemy próbować zakwalifikować się drużyną, co na pewno nie będzie łatwe, ale wiadomo, że madison i omnium pozostają na celowniku i będę robił wszystko, żeby się zakwalifikować na Igrzyska

– mówił.

– Zostały poczynione kroki, żebyśmy jeździli szybciej, ale zawsze nam czegoś brakowało. Nie mieliśmy pełnej drużyny, zawsze ktoś był wolniejszy, cały czas brakowało czegoś, żeby pojechać szybszy czas. Czuliśmy z chłopakami, że moglibyśmy, a jednak zawsze coś nie wychodziło. Nawet wtedy, gdy pobiliśmy rekord Polski, to też nie poszło nam to tak, jakbyśmy chcieli, bo mieliśmy tempo na to, żeby pojechać na 3:52. Pracujemy nad tym i zobaczymy, co z tego wyjdzie – myślę, że będzie lepiej, ale czy wystarczająco lepiej, to się okaże

– zakończył Alan Banaszek.

guest
2 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze
Inline Feedbacks
View all comments
Brembor
Brembor

wujek Frajerek, po pierwszym sezonie z powrotem do domu, to znaczy do wujka.

Brembor
Brembor

Wujek-Frajerek, po pierwszym sezonie z powrotem do domu, to znaczy do wujka.