fot. Grzegorz Trzpil

Nowy rok niesie za sobą liczne zmiany – zmieniamy cyferkę w dacie, kalendarze… Kolarze zmieniają stroje, ekipy, ale nie Norbert Banaszek, który wciąż będzie ścigał się w tej samej drużynie i tym samym trykocie – z orzełkiem i flagą Polski. Co ciekawe, wywalczenie tytułu mistrza Polski również nie spowodowało w życiu Norberta wielu zmian. Nie znaczy to jednak, że u kolarza HRE Mazowsze Serce Polski nic się nie zmienia – w tym roku zmieni się bowiem jego rola w drużynie. O tym, a także o mistrzostwie Polski czy azjatyckich wyścigach porozmawialiśmy z Norbertem Banaszkiem.

Rok 2022 był wyjątkowy dla Norberta Banaszka, kolarza drużyny HRE Mazowsze Serce Polski. Oprócz tego, że został on mistrzem Polski ze startu wspólnego, wielokrotnie pomagał swoim kolegom z ekipy w odnoszeniu zwycięstw – z Norbertem Banaszkiem w składzie, mazowiecki zespół odniósł w tym roku 14 z 16 wygranych w wyścigach UCI.

– Ten sezon był stabilny – bardzo, bardzo dobry. Zmieniłem na początku roku trenera i solidnie przepracowałem okres przygotowawczy, chociaż nie wszystko szło po mojej myśli, bo złapała mnie choroba i musiałem odpuścić fajny i ważny wyścig Olympia’s Tour. Musiałem zmienić plany i rozpocząłem sezon od startu w Słowenii, ale z wyścigu na wyścig nabierałem formy i te ostatnie były naprawdę dobre. Same mistrzostwa, potem Wyścig „Solidarności” poszły po naszej myśli, bo, jako drużyna, byliśmy tam mocni, a potem do końca sezonu naprawdę miałem przyzwoitą formę

– mówił nam Norbert Banaszek.

– Z trenerem ustaliliśmy, w czym chcę się poprawić. Wiadomo, że nie będę jeździł po górach, nigdy nie jeździłem po nich dobrze, ale takie podjazdy do pięciu minut  w tym sezonie szły mi lepiej. Same końcówki też wychodziły mi dużo lepiej, więc w aspektach, w których jestem mocny, też się poprawiłem

– przyznał.

Mieliśmy okazję zobaczyć to chociażby we wspomnianych mistrzostwach Polski, gdzie w dwuosobowym finiszu pokonał Szymona Rekitę. Jak widać po wynikach sprinterów ekipy HRE Mazowsze Serce Polski, ale także po samej jeździe Norberta Banaszka w wyścigach transmitowanych w telewizji bądź internecie, wywiązywał się ze swojej roli podręcznikowo. Szczególnie było to widoczne w jego ostatnim starcie sezonu – CRO Race – gdzie prezentował białą koszulkę z orłem wśród barw ekip najwyższej dywizji, dyktując tempo na czele peletonu w końcówkach etapów.

– Po zdobyciu mistrzostwa na pewno wzrosła moja pewność siebie, ale myślę, że CRO Race niczym nie odbiegał od polskich czy zagranicznych, bo jeżdżę tak przez cały sezon i na mniejszych wyścigach jestem widoczny bliżej mety. Nie ukrywam, że w CRO Race, patrząc pod względem taktycznym, wypadłem bardzo dobrze, bo w kluczowych momentach byłem z przodu. W sumie podobnie było na wyścigu Tour of Denmark czy Około Slovenska. Żałuję, że rozmawiamy o zachodnich wyścigach, a jako polska ekipa nie możemy wystartować w Tour de Pologne, ale tamtym krajom zależy na rozwoju kolarstwa  

– powiedział aktualny mistrz Polski.

Bez zmian po zdobyciu tytułu

– Nie patrzę na to, jak na punkt zwrotny. Znam swoje miejsce w szeregu w polskim kolarstwie i wiem, na co mnie stać. Ja nie będę innym kolarzem od jutra i naprawdę będę starał się pomagać naszym liderom – mówił nam Norbert Banaszek w czerwcu ubiegłego roku, kilkadziesiąt minut po zdobyciu tytułu mistrza Polski w Nowym Dworze Mazowieckim. Po ponad sześciu miesiącach od tamtego wydarzenia, kolarz HRE Mazowsze Serce Polski wciąż przyznaje, że samo zwycięstwo w wyścigu o biało-czerwony trykot nic w jego życiu nie zmieniło.

Choć sama zmiana koszulki na nieco jaśniejszą nie zrewolucjonizowała życia Norberta Banaszka, to w nadchodzącym sezonie jego rola ulegnie zmianie – z innych powodów.

– Szczerze mówiąc, po zdobyciu tytułu nic się nie zmieniło. Polska nie jest takim krajem, jak Hiszpania czy Włochy. Tam, będąc mistrzem kraju, człowiek może stać się kimś innym. W Polsce tak nie jest i sam tego doświadczyłem, więc jestem starym Norbertem i dalej taki będę. Zostaję w tej samej drużynie. Następny sezon może być troszkę inny, bo odchodzi od nas dwóch liderów, więc może zmieni się tylko moja rola w zespole, bo, z moją głową, w tym roku to ja mogę sprintować i może być to dla mnie trochę inny sezon. Ale w życiu prywatnym, jak i sportowym, nie zmieniło się nic. Szczerze powiem, że myślałem, że będzie inaczej i wiele osób pomoże mi oraz drużynie, a nie jest tak kolorowo, jak mogłoby się wydawać. Chłodna głowa i do przodu

– przyznał.

fot. HRE Mazowsze Serce Polski / Mario Stiehl
Kolejny sezon – ta sama ekipa

Przed Norbertem Banaszkiem kolejny, czwarty już sezon w ekipie HRE Mazowsze Serce Polski, w której czuje się jak w domu. Pozostanie w drużynie zarządzanej przez jego ojca, Dariusza Banaszka, nie było jednak pewne – trykot mistrza kraju nierzadko otwiera ciężkie do sforsowania drzwi do ekip wyższych dywizji i podobnie było w przypadku Norberta, choć, ostatecznie, negocjacje spełzły na niczym.

– Wierzyłem mocno do samego końca – jeszcze miesiąc temu nie wiedziałem, czy zostanę w Polsce, czy pójdę za granicę, ale zostałem i, z perspektywy czasu, nie żałuję. Moja charakterystyka jest taka, że nie odnalazłbym się w ekipach z Włoch czy Hiszpanii. Doskonale o tym wiem, więc nawet nie chciałem tam aspirować i dołączać do nawet do drużyn drugiej dywizji, bo ścigają się one w bardzo trudnym terenie. Patrząc na Alana (Banaszka), jak wyglądało to u niego w Caja Rural, wiedziałem, że to nie dla mnie. Były rozmowy z ekipami z wyższej dywizji, które mi się podobają, ale summa summarum nic z tego nie wyszło

– opisywał Norbert Banaszek.

Mistrz Polski pozostał w szeregach HRE Mazowsze Serce Polski, ale z drużyną pożegnali się między innymi Alan Banaszek i Marceli Bogusławski – dwaj liderzy mazowieckiej formacji na płaskie wyścigi. Pierwszy z nich od wczoraj reprezentuje barwy Human Powered Health, a nowy pracodawca Bogusławskiego nie jest jeszcze znany.

– Jeśli chodzi o pion starszych zawodników – był kolejny sezon, w którym rozumieliśmy się bez słów. To wszystko było tak poukładane, że z kim by się nie pojechało na wyścig, to dogadywaliśmy się bardzo dobrze. Jestem zadowolony, że doszedł do nas Michał Pomorski miał bardzo fajny sezon i mam nadzieję, że kolejny będzie jeszcze bardziej udany.  Podczas etapu sprinterskiego wymienialiśmy może 5 słów odnośnie końcówki i każdy wiedział, co ma robić. To była czysta przyjemność ścigać się z chłopakami. Mam nadzieję, że w tym roku będzie podobnie, chociaż wiadomo, że nie może być nigdy coraz lepiej. Tego życzę sobie i chłopakom, żeby kolejny sezon był chociaż tak dobry jak ten, a jak będzie trochę gorzej, to też się nic nie stanie. Mamy fajnych górali, trochę nam uciekł pociąg sprinterski, ale mam nadzieję, że będziemy czerpać radość z wyścigów. Będziemy mieć mniejszy skład, ale liczę na to, że dobrze to poukładamy, będziemy jednością i poziom sportowy na tym nie straci

– mówi z nadzieją mistrz Polski.

fot. HRE Mazowsze Serce Polski

Jako że drużyna HRE Mazowsze Serce Polski nie ściągnęła do swojego składu żadnego sprintera, naturalnymi następcami Alana Banaszka i Marcelego Bogusławskiego wydają się Tobiasz Pawlak – który w ubiegłym roku miał okazję finiszować na etapach bułgarskiego In the footsteps of the Romans, oraz właśnie Norbert Banaszek.

– Mamy teraz 3 miesiące na to, żeby się poukładać i zająć sprintami. Myślę, że czeka nas dużo pracy i te pierwsze wyścigi będą ciężkie, bo zobaczymy, jak się zachowujemy, będziemy się testować. Ale myślę, że ja z Tobiaszem musimy przejąć pałeczkę. Mamy zapas wiedzy, teorii, jak to ma wyglądać – teraz tylko musimy wzmocnić się fizycznie i złapać trochę eksplozywnej mocy. Zaczęliśmy przygotowania pod tym kątem w grudniu i listopadzie, więc wiemy o tym i będziemy musieli się do tego dostosować, a to, czy to będę ja, czy Tobiasz, to zobaczymy na wyścigach. Jestem spokojny o to, że damy sobie radę

– przyznał Norbert Banaszek.

Kluczem do kolejnego udanego sezonu będzie zaadaptowanie się do nowych warunków. Kolarze jednej z trzech polskich drużyn kontynentalnych nie będą liczyli tylko na szybkość sprintera, lecz będą starali się rozgrywać wyścigi na różne sposoby – podobnie jak w tym roku.

– Nigdy nie jeździliśmy pasywnie na wyścigach. Przykładowo na mistrzostwach Polski – mieliśmy bardzo dużo możliwości, ja z Tobiaszem szliśmy w akcje, czy nawet Alan. W tym kierunku się nic nie zmieni, zmieni się tylko ten lider, który będzie czekał i nie wychyli nosa. Ja tak naprawdę też nie wiem, jak zareagowałbym na sprint, gdybym dostał chociaż jedną szansę – moja rola była inna. Do momentu, w którym pójdzie akcja, musiałem być czujny, bo zawsze chcieliśmy mieć zawodnika w odjeździe, nigdy nie jechaliśmy na zero – może poza wyścigiem Dookoła Mazowsza, gdzie mieliśmy najlepszego sprintera i jechaliśmy tylko na sprint. Ale większość wyścigów jeździliśmy bardzo agresywnie i myślę, że pod tym względem nic się nie zmieni – jeśli na odprawie powiemy, że jedziemy na mnie, to myślę, że Tobiasz Pawlak czy inni zawodnicy będą atakowali, a ten jeden sprinter będzie czekał na finisz

– tłumaczył aktualny mistrz Polski.

– To będzie coś nowego, jestem też ciekaw, jak się sprintuje bez oddania skoku, bo nigdy takiej okazji nie miałem. Zawsze noga była zmęczona akcjami –  jest inaczej, gdy się startuje i nie interesuje cię żaden skok, bo wiesz, że twoi kumple będą atakować i będą w każdym odjeździe, niż w przypadku, w którym jedziesz z myślą, że to ty masz obstawiać każdy atak i nie wiesz, czy będziesz atakował przez 10, czy przez 100 kilometrów. Zmienią się tylko nazwiska finiszujące na ostatnich metrach

– dodał.

Worldtourowe doświadczenie

Wzmiankowany wyżej wyścig CRO Race nie był jedyną potyczką z kolarzami z najwyższej dywizji, w której mógł rywalizować Norbert Banaszek. Znalazł się on bowiem w reprezentacji Polski na wyścig ze startu wspólnego o mistrzostwo Europy w Monachium, w którym – wraz z kolegami z zespołu – pomagał Stanisławowi Aniołkowskiemu w osiągnięciu jak najlepszego rezultatu. Ostatecznie lider reprezentacji zamknął czołową „15”.

– Pojechaliśmy przyzwoity wyścig jako kadra, bo byliśmy widoczni na ostatnich rundach. Naprawdę szedł tam spory gaz. Ja też nie miałem takich nóg, jak na przykład na CRO Race czy mistrzostwach Polski. Tam wchodziła w grę przerwa i zmiana roweru, ale był to wyścig jednodniowy i chciałem oddać jak najwięcej serducha dla Staśka, bo znamy się od dzieciaka i on był liderem na ten wyścig. Takie były zadania, że Filip Maciejuk z Czarkiem i Kubą Kaczmarkiem będą nas osłaniać, a my z Bodim (Maciejem Bodnarem) i Staśkiem, chcieliśmy zostawić go w jak najbardziej komfortowej pozycji, żeby stracił jak najmniej energii. Trochę żałuję, że nie było z nami Alana, bo gdyby był, to myślę, że na ostatnich kilometrach by go jeszcze ładniej wyprowadził. Ja skończyłem pracę na 6-8 kilometrów do mety, więc tyle miałem tego dnia w nogach, ale myślę, że swoją robotę zrobiłem dobrze, choć – jak mówię – gdybym miał formę z mistrzostw Polski czy Wyścigu „Solidarności”, to myślę, że dojechałbym do ostatnich kilometrów

– relacjonował tamten wyścig Norbert Banaszek.

Śledząc zmagania reprezentacji Polski w imprezach mistrzowskich bądź kolarzy drużyn kontynentalnych w wyścigach wyższych kategorii, warto mieć na uwadze, że startują oni z nieco niższej pozycji, niż najmocniejsze ekipy w stawce. Jednak jak mówi Norbert Banaszek – nie można mieć kompleksów i obawiać się takich startów.

– Role polskiej kadry w mistrzostwach Europy, czy mojej drużyny w takich wyścigach, jak CRO Race czy Tour of Denmark są podobne, bo jako kadra Polski nie jesteśmy postrzegani jak Belgowie czy Holendrzy. Ale nie ma co stać na starcie i myśleć, że tutaj cię zamkną, tu cię przepchną, tylko jak twardo stajesz na swoim, wciskasz łokcie i nie odpuszczasz, to drugi zawodnik prędzej czy później odpuści. Ale muszę zwrócić uwagę na to, że po mistrzostwie Polski zauważyłem, że jednak, gdy jedziesz w koszulce mistrza kraju, zawodnicy patrzą na ciebie inaczej. Myślę, że jakbym miał normalny, klubowy trykot, to czasem bym gdzieś nie wjechał, a w koszulce z orzełkiem na piersi często zawodnicy mnie wpuszczają. Wiadomo, nie na 5 kilometrów do mety, ale czuję się luźniej, co dla mnie też jest lepsze. W samej końcówce nikt na nikogo nie patrzy – czy jesteś z Quick-Stepu, czy z mniejszej grupy HRE. Jak się ma siłę, to można przejść i nikt nikogo nie hamuje, nie ciągnie za siodełko

– opisywał mistrz Polski.

fot. HRE Mazowsze Serce Polski / Mario Stiehl
Sztuka sprintu i rozprowadzania

W wyścigach niższych kategorii jest zgoła inaczej – oczy rywali bardzo często zwrócone są na zawodników HRE Mazowsze Serce Polski, którzy muszą animować ściganie.

– Niestety wypracowaliśmy sobie taką pozycję, że mniejsze ekipy na nas patrzą i nie ma w tym nic dziwnego. Ale, jak widać, odpieramy to wszystko i dalej robimy swoje, więc jest tak, ale nie można o tym myśleć. Trzeba robić swoje – to jest klucz do sukcesu

– przyznaje Norbert Banaszek.

Sezon 2022 był dla polskiej ekipy niewątpliwie udany – zgromadziła ona na swoim koncie 16 triumfów w wyścigach z kalendarza Międzynarodowej Unii Kolarskiej. Duża w tym zasługa sprawnie działającego pociągu sprinterskiego i komunikacji między zawodnikami.

– Wszystko zależy od sprintera, więc myślę, że pociąg trzeba ułożyć pod konkretnego zawodnika – jeden lubi dojechać tylko do ostatniego kilometra i on sobie poradzi, a drugi – jak Marceli Bogusławski – któremu przepychanie zabiera bardzo dużo energii. Alan ma to z toru, że jak puści się go samego, to on sobie poradzi, bo przejdzie lewą, prawą stroną. Marceli jest taki, że jak się go dowiezie do 200 metrów przed metą, to na tym naszym poziomie kontynentalnym nie ma takiego zawodnika na świecie, który by mu wyszedł z koła. Ma taką typową siłę. Dlatego pod każdego sprintera trzeba się podporządkować i każdym odpowiednio zarządzać – to jest taka złota rada, ale wiadomo, że zawodnicy jadący przed sprinterem muszą być bardzo mądrzy, muszą zamykać strony, czuć wiatr, czasem też się schować. Trzeba być mobilnym i słuchać sprinterów

– wyjaśniał mistrz Polski.

Dużą rolę w sprinterskich końcówkach odgrywa też znajomość trasy i innych, nieco mniej oczywistych detali, jak na przykład podmuchy wiatru.

– Jeśli wyścig jest na rundach, jak często na polskich wyścigach, to wiemy, co się dzieje i jak te rundy wyglądają. Ale jak jesteśmy na Zachodzie, to analizujemy trasę. Bardzo fajnie nam to w ubiegłym roku przedstawiał nasz dyrektor, Marek Rutkiewicz. Muszę powiedzieć, że w ostatnich dwóch sezonach mieliśmy rozpracowanych wiele końcówek i dużo na tym zyskaliśmy, bo wiedzieliśmy, jak wieje wiatr, gdzie jest jakaś wysepka… Możesz mieć bardzo dużo siły, a nie wygrasz, bo spotka cię z zakrętu jakaś nieoczekiwana wysepka, tak że końcówki sprinterskie staramy się sprawdzać, analizować i wyciągać wnioski

– dodał.

Pamiętna wygrana w Tour of Thailand

Istotnym punktem w kalendarzu HRE Mazowsze Serce Polski w sezonie 2022 był wyścig Tour of Thailand, należący do grona imprez pierwszej kategorii. Mimo trudnych warunków, które kolarzom postawiła zarówna pogoda, jak i waleczni, azjatyccy zawodnicy, polska ekipa wróciła z tego wyścigu z tarczą – Alan Banaszek i Marceli Bogusławski zanotowali po jednym etapowym skalpie, a dodatkowo pierwszy z nich triumfował w klasyfikacji generalnej.

Tego typu wyścig, to nie tylko nowe, wartościowe doświadczenie kolarskie, ale i kulturowe.

– Dużo osób krytykuje naszą ekipę w social mediach krytykuje naszą ekipę za ściganie się na tak zwanych  „ogórkowych” wyścigach w Azji. Nie wiem czemu, ale przy tych temperaturach i sposobie ścigania są to naprawdę bardzo ciężkie wyścigi. Miałem już przyjemność ścigać się w Azji, w amatorskich wyścigach w Chinach czy Wyścigu Dookoła Malezji w 2019 roku. To jest coś wyjątkowego – ta kultura, cała otoczka wyścigu, to są naprawdę chwile, które każdy z naszych kolarzy zapamięta do końca życia. Możemy przejechać 100 wyścigów w Europie, ale o jednym wyścigu w Tajlandii na pewno każdy będzie opowiadał za 30 lat wnukom czy dzieciom, więc niech hejterzy nas hejtują, ale kolarstwo to też etap życiu, a nasza ekipa daje możliwość, że zapamiętamy takie wyścigi do końca życia, więc czerpiemy garściami, szanujemy takie starty i bardzo chętnie tam wracamy

– mówił Norbert Banaszek.

fot. Tour of Thailand

Sukcesów w azjatyckich wyścigach nie ma co dewaluować – są to zmagania w zupełnie innych warunkach atmosferycznych. Sama specyfika kolarstwa w Azji znacznie różni się od tego, co widuje się na wyścigach w Europie.

– Kultura ścigania jest tam zupełnie inna. W tym roku mieliśmy takie etapy, że przez 120 kilometrów nie chodziła ucieczka. Zawodnicy ważą tam po 55, 60 kilogramów, są niscy, więc ciężko się za nimi schować, a każdy z nich oddaje po 40-50 skoków na etapie i za każdym skokiem musisz pójść, bo nie wiesz, czy nie dojedzie do mety. Oni są bardzo agresywni, nie kumulują sił na końcówki, tylko szastają nimi na lewo i prawo. To, że wygraliśmy ten wyścig, to był naprawdę nasz wielki sukces i zapamiętamy to bardzo pozytywnie

– wspomina mistrz Polski.

Mimo ciężkich warunków postawionych przez lokalsów, Alan Banaszek dowiózł prowadzenie w klasyfikacji generalnej do mety wyścigu, ulokowanej na wymagającej ściance w Mukdahan.

– Chyba każda ekipa chciała nam dogryźć na ostatnim etapie, ale jakoś się obroniliśmy. Ostatnia góra miała kilometr i 10%, ja w takiej temperaturze nigdy nie jechałem, bo było wtedy około 40 stopni, a ten asfalt był tak ciepły, wokół były drzewa i tam w ogóle nie było tlenu. Zapamiętam ten podjazd do końca życia

– dodał.

Zdrowie najważniejsze

Okres okołonoworoczny to czas życzeń na nadchodzące 12 miesięcy. Czego w 2023 roku życzy sobie zatem Norbert Banaszek?

– Życzę sobie zdrowia, bo właśnie trochę przeciążyłem kolano i muszę zrobić kilka dni przerwy od treningów. Wszedłem w okres przygotowawczy i trochę zaniedbałem aspekt regeneracyjny. Życzę sobie też jak najmniej kraks, żeby jeden skład przejechał cały sezon bez żadnych kontuzji, bo dla sportowca to najgorsza rzecz, dla głowy i psychiki. Jak będzie zdrowie, to wszystko inne przyjdzie z czasem, a w wyścigach – prędzej czy później – jakiś dobry wynik się wywalczy.

 

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments