fot. Israel - Premier Tech

Świadkami dość specyficznego ścigania mogliśmy być podczas 1. edycji Maryland Cycling Classic. O wygranej w tej nowej na kolarskiej mapie świata jednodniówce zadecydował finisz z 5-osobowej akcji, która dojechała do mety na długo przed peletonem – ten zresztą przekroczył limit czasu. Po wygraną, jakże wyczekiwaną, sięgnął Sep Vanmarcke.

Pech, defekt czy guma – to te słowa najczęściej pojawiają się przy nazwisku 34-letniego Belga. Kolarz Israel-Premier Tech był już nawet przechrzczony na największego pechowca peletonu i trudno się temu dziwić – różne losowe zdarzenia od lat trapiły specjalistę od wiosennych klasyków. Wszystko poukładało się jednak po myśli Sepa Vanmarcke za oceanem, gdzie wreszcie można napisać przy jego nazwisku jedno, jakże cenne słowo – zwycięzca.

Czuję ulgę. Minęło dużo czasu, odkąd wygrałem jakikolwiek wyścig, ponieważ byłem a to chory, a to kontuzjowany. To zwycięstwo wiele dla mnie znaczy. Ciężko było wrócić do dobrego poziomu w ciągu ostatnich kilku miesięcy, a jeszcze dwa tygodnie temu miałem mocno poobijane i posiniaczone żebra, więc musiałem zrobić sobie przerwę i przegapić kilka kluczowych wyścigów. Byłem bardzo rozczarowany, więc to dobry sposób na powrót

— opowiadał po wyścigu Maryland Cycling Classic jego zwycięzca.

Sep Vanmarcke nie jest kolarzem często wygrywającym i wie o tym każdy bardziej śledzący kolarstwo kibic. Pierwsze 6 sukcesów odniósł w latach 2012-16, później przyszły 3 lata posuchy i dość owocny sezon 2019 – dwa triumfy, z czego ten drugi to jedyny wyścig World Tour w karierze Belga – Bretagne Classic – Ouest-France. Od 1 września 2019 minęło jednak znów dość sporo czasu, zatem wygrana w Maryland Cycling Classic, presented by UnitedHealthcare musiała smakować naprawdę dobrze.

Miałem nadzieję, że dzisiaj wygramy jako zespół. Mieliśmy plan, aby czekać na sprint, ale Giacomo nie dostał się do ucieczki, więc myślę, że razem zagraliśmy dobrą grę taktyczną. Jestem bardzo dumny, że wygrałem tutaj w Ameryce. Minęło trochę czasu, odkąd ścigaliśmy się w tej części świata, więc powrót z wygraną jest bardzo miły

— kontynuował Sep Vanmarcke.

Sam wyścig rozstrzygnął się dość specyficznie, bo za sprawą długiej ucieczki. Gdy różnica wzrosła do ponad czterech minut po 75 kilometrach 197-kilometrowego, pofałdowanego wyścigu, stało się jasne, że zwycięzca będzie pochodził właśnie z czołowej grupy. Ucieczka podzieliła się na jednym z podjazdów i wówczas z przodu pozostało już tylko 12 zawodników. Po kolejnych skokach ostatecznie o wygranej zadecydował finisz 5 kolarzy.

Trasa była trudniejsza, niż się spodziewaliśmy. Pierwsze 120 kilometrów było super ciężkie, z powodu upału, a po całym dniu w ucieczce finał również był naprawdę trudny. Po 10 kilometrach uciekliśmy z 25 kolarzami, co sprawiło, że był to naprawdę trudny wyścig. EF utrudniło go po 60 czy 70 kilometrach i nastąpiły jeszcze większe podziały, byliśmy we 12 z przodu. Jeden po drugim odpadali kolejni rywale, ale wiedziałem, że muszę być z przodu, bo mogę wygrać

— dodał na temat przebiegu ścigania Sep Vanmarcke.

Większość worldtourowych kolarzy uda się teraz na dwa kanadyjskie klasyki zaliczane do World Touru. W piątek na zawodników czeka Grand Prix Cycliste de Québec, a w niedzielę zmierzą się z Grand Prix Cycliste de Montréal. Sep Vanmarcke następnie wróci do swojej ojczyzny, gdzie będzie wspierał swój zespół w walce o utrzymanie w World Tourze.

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments