fot. La Vuelta

To była długa droga, ale Sam Bennett, po wielu kłopotach zdrowotnych i nie tylko, w końcu wrócił na szczyt. Nawet mimo tego, że gdy dwa tygodnie temu jeździł w Polsce, niewiele na to wskazywało.

Dwa zwycięstwa etapowe odniesione przez niego na trasie tegorocznej odsłony Vuelta a Espana to w końcu jego największy sukces odkąd na początku roku został zawodnikiem BORA-hansgrohe. Wcześniej nie mógł pokazać pełni możliwości ze względu na problemy zdrowotne, które zaczęły się, gdy jeszcze był zawodnikiem Deceuninck-Quick Step. Najpierw miał problem z prawym kolanem, który spowodował, że swoje ostatnie kilka miesięcy w raju dla sprinterów mógł spisać na straty, a na domiar złego na kilka tygodni stał się negatywnym bohaterem felietonów Patricka Lefevere’a dla Het Nieuwsblad.

Gdy kilka godzin po zakończeniu Tour de Pologne zapytałem o tamten okres odpowiedział: – Nie chciałbym o tym mówić. To już przeszłość. Skupiam się na tym, co jest teraz – mówił. Problem w tym, że ta teraźniejszość również nie wyglądała kolorowo. Po problemach z prawym kolanem zaczęły się kłopoty z lewym. I choć miały one miejsce na początku sezonu 2022, a od Irlandczyk już w maju zdążył wygrać Eschborn-Frankfurt, to później nie był w stanie ustabilizować formy na wysokim poziomie. Długo pozostawało ono jego jedynym zwycięstwem w tym sezonie. Zresztą – po nim nie był w stanie choćby raz zająć miejsca w czołowej trójce.

Pechowe Tour de Pologne

W Polsce również nie przypominał samego siebie sprzed kilkunastu miesięcy. Na pięciu sprinterskich etapach tylko raz znalazł się w czołowej “10” – był 5. na finiszu w Zamościu. Nic dziwnego, że nie był zadowolony ze swojego występu. – Cóż, z pewnością nie było zbyt dobrze. Mam jednak poczucie, że moja dyspozycja była lepsza od tego, na co wskazują wyniki – mówił.

Niestety, wykorzystanie czystej mocy nie było możliwe, ponieważ Irlandczyk, a to źle się ustawił (jak na finiszu ostatniego etapu, gdy jego taktyczny błąd sprawił, że na ostatnich metrach został zablokowany przez Pascala Ackermanna), a to nie wytrzymywał trudniejszych podjazdów przed sprintem (jak w Sanoku), a jeśli już wszystko szło dobrze, to swoje trzy grosze dorzucał pech.

Gdy spojrzymy na wyniki kolarzy BORA-hansgrohe na finiszach, to możemy dojść do wniosku, że wcale nie było tragicznie – nawet pomimo kłopotów Irlandczyka. Dwukrotnie w czołowej “10” finiszował Jordi Meeus (raz był trzeci, raz drugi), a raz Ryan Mullen (zajął 8. miejsce na finiszu w Rzeszowie). W dwóch z trzech przypadków wymienieni  zawodnicy mieli rozprowadzać Sama Bennetta, ale 32-latka w ostatniej chwili zatrzymały czynniki zewnętrzne.

– Chcieliśmy pracować na Sama. Tuż przed rozpoczęciem finiszu byliśmy na niemal idealnej pozycji, ale niestety wtedy doszło do kraksy. Mnie udało się jej uniknąć – chyba wykorzystałem jedno ze swoich dziewięciu żyć. Szkoda, że Sam miał mniej szczęścia 

– taka wypowiedź Ryana Mullena pojawiła się na stronie BORA-hansgrohe po jego finiszu. Mullen, z kilkoma zmianami, właściwie powtórzył to, co po pierwszym etapie powiedział Meeus. Tam też Bennett był rozprowadzany i wszystko szło dobrze, aż w końcu…

– Na kilometr przed metą miałem problem spowodowany ułożeniem barierek. Nastąpiło nagłe zwężenie, straciłem przez to prędkość i parę pozycji… Tak, może miałem trochę pecha, ale gdybym był wystarczająco dobry, nie obeszłoby mnie to aż tak bardzo – ot, drobna przeszkoda, którą trzeba pokonać na drodze do zwycięstwa

– relacjonował niedoszły uczestnik finiszu. Pytany o to, jak organizatorzy Tour de Pologne wypadają na tle pozostałych odpowiada:

– Na pewno nie jest tak, że inni organizatorzy mają czyste kapcie. Ustalają jakieś reguły, a później ich nie przestrzegają – niestety takie coś zdarza się bardzo często. Naprawdę, muszą zrozumieć, że potrzebujemy bezpiecznego środowiska, by ścigać się na odpowiednim poziomie. Tour de Pologne rzeczywiście jest na świeczniku z powodu tego, co działo się na tym wyścigu w poprzednich latach, a w tym roku mieliśmy mnóstwo kraks, którym naprawdę dało się zapobiec.

Powolny progres

Gdy zapytałem go o to, ile czasu potrzebuje, by wrócić do formy sprzed kontuzji, odpowiedział:

Kibice chcieliby, żebym wrócił bardzo szybko – niestety to tak nie działa. Kolarstwo to sport, w którym trudno jest wrócić do najwyższy poziom. To nie jest jak pstryknięcie palcami. Nawet gdy wydaje się, że wszystko idzie w dobrą stronę, może przyjść kolejny kryzys. Jestem tylko człowiekiem. Jedyne co mogę zrobić, to po prostu ciężko i mądrze trenować z myślą o tym, że oczekiwane efekty w końcu przyjdą. 

Na końcu zastrzegł jednak –  Myślę że już za kilkanaście dni powinniśmy zobaczyć poprawę – i poniekąd dotrzymał słowa. W bardzo dobrze obsadzonych mistrzostwach Europy zajął 5. miejsce, przegrywając jedynie z Fabio Jakobsenem, Timem Merlierem, Arnaud Demarem oraz Dannym Van Poppelem. Każdy z nich, no może poza Holendrem, który na co dzień, w BORA-hansgrohe, pełni funkcję jego rozprowadzającego, to ścisły światowy top. 

Mimo tego, po starcie i tak czuł niedosyt. – Powinienem usiąść na kole Jakobsena, nie Demare’a. Na ostatnich 600 metrach po prostu popełniłem błąd – gdyby nie on, mógłbym być o 1-2 pozycje wyżej – mówił później w rozmowie z irlandzkim Independent. Zresztą nic dziwnego – w końcu sam bardzo chciał wrócić na sprinterski szczyt.

Tym bardziej, że kiedyś podnosił się już z większych dołków. Jego długą drogę na szczyt już kiedyś opisywaliśmy, ale przypomnijmy – zanim jego kariera na dobre się rozpoczęła, podczas jednego z treningów doznał poważnego upadku, który odsunął w czasie jego marzenia o wejściu na wyższy poziom. Z kolei później długo tułał się po niższych dywizjach. Gdy w 2013 roku jego rówieśnik – Peter Sagan wygrywał po raz drugi z rzędu klasyfikację punktową Tour de France, on myślał o zakończeniu kariery. A mimo to już kilka lat później był w stanie zostać jednym z najlepszych sprinterów globu.

Doświadczenia z przeszłości bardzo mi pomagają. Przekonałem się na własnej skórze, że można podnieść się po najgorszych kontuzjach. Najważniejsze jest jednak, że już kiedyś byłem na topowym poziomie, a skoro tak, to wiem, że można się na niego wdrapać także drugi raz. To bardzo pomaga.

– mówił, gdy kończyliśmy naszą rozmowę.

Powrót na szczyt

Na tym szczycie był, gdy w 2020 roku odbierał zieloną koszulkę na podium ustawionym na Polach Elizejskich, jako pierwszy kolarz, który pokonał Petera Sagana w walce o zwycięstwo w klasyfikacji punktowej Tour de France. W ogóle jego pobyt w ekipie Patricka Lefevere’a długo był drogą usłaną różami. Odkąd peleton wrócił do ścigania po przerwie pandemicznej (lipiec 2020) do Volta ao Algarve, po którym ogłosił swoje odejście z belgijskiej ekipy, wygrywał przynajmniej etap każdego wyścigu wielodniowego, w którym startował. 

– Tak właściwie, to w lepszej dyspozycji fizycznej byłem, jeszcze przed przejściem do Deceuninck-Quick Step, podczas swojego pobytu w BORA-hansgrohe. W belgijskiej ekipie po prostu coś nagle zaskoczyło, kliknęło i stąd te wyniki – mówił mi. O kliknięciu mówił też później w rozmowie z CyclingNews, tuż po swoim obiecującym występie w Mistrzostwach Europy. – Już naprawdę niedużo brakuje. Potrzebuję po prostu jakiegoś “kliknięcia”. Wszystko musi zatrybić i będzie dobrze.

Wygląda na to, że w zespole również wszyscy w niego uwierzyli – taki przynajmniej wniosek można wysnuć patrząc na skład ekipy. Są w nim znani ze skutecznej walki o zwycięstwo w klasyfikacji generalnej wielkich tourów Wilco Kelderman i Jai Hindley, a także Sergio Higuita, przyzwyczajony do tego, że w większości wyścigów pełni rolę lidera zespołu. Towarzyszy im tylko jeden zawodnik nawykły do ciężkiej pracy dla zespołu – Matteo Fabbro. 

Podczas Giro d’Italia podobny układ się sprawdził – Jai Hindley wygrał cały wyścig. Tyle że o to, by tak się stało, oprócz Keldermana i Buchmanna, którzy poświęcili swoje indywidualne ambicje na rzecz z kolegi drużyny, zatroszczyli się także inni nieco mniej rozpoznawalni, a również mocni w górach koledzy z drużyny. Teraz ich nie ma – zamiast nich do zespołu dołączono Bennetta i jego pociąg. 

Było to dość zaskakujące, biorąc pod uwagę fakt, że gdy rozmawialiśmy z Irlandczykiem po etapie w Krakowie, powiedział że jego występ w Hiszpanii wciąż jest pewną niewiadomą. Tymczasem udał się tam nie tylko on, ale także jego trzyosobowa świta – Jonas Koch, Ryan Mullen oraz Danny Van Poppel. W poprzednich miesiącach Bennett regularnie chwalił swój pociąg, kilka razy dodając, że na razie to on jest jego najsłabszym ogniwem. 

Teraz w końcu zaczął być jego lokomotywą z prawdziwego zdarzenia. Nawet jeśli na trasie tegorocznej Vuelty nie ma ani Philipsena, ani Demare’a, ani Jakobsena, to dwa zwycięstwa etapowe na dwóch pierwszych etapach wielkiego touru prowadzonych ze startu wspólnego muszą robić wrażenie. I jednocześnie zapowiadają, że na przyszłoroczne Tour de France BORA-hansgrohe nie będzie musiała wysyłać w roli sprintera ostatniego rozprowadzającego Bennetta – Danny’ego Van Poppela! 

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments