fot. Intermarche-Wanty Gobert Materiaux

Wszystkie belgijskie jednodniówki, pełniące rolę przystawki przed Ronde van Vlaanderen, za nami. Kilka dni, w których rozegrano E3 Saxo Bank Classic, Gandawa-Wevelgem i Dwars door Vlaanderen, dostarczyły nam sporej dawki emocji i zaostrzyły apetyt przed daniem głównym, „Flandryjską Pięknością”.

Historyczny triumf Biniama Girmaya

Erytrejczyk na ustach kibiców i dziennikarzy był już po E3 Saxo Bank Classic – tam odważnie, nie kalkulując, kasował kolejne akcje głównych faworytów, a po sprincie z okrojonej grupy zajął bardzo wysokie, piąte miejsce – najlepsze w historii afrykańskiego kolarstwa w tak prestiżowym wyścigu jednodniowym. Szybko można było zapomnieć o tym wyniku po tym, co Biniam Girmay zaprezentował zaledwie dwa dni później. Był obecny w kluczowej akcji, z Driesem Van Gestelem, Jasperem Stuyvenem i Christophe’em Laporte’em. Erytrejczyk był najszybszy z czteroosobowej grupki, sięgając tym samym po największy triumf w swojej zawodowej karierze. Pod wieloma względami był to sukces wyjątkowy – rzadko kiedy mamy okazję oglądać afrykańskich zawodników walczących o czołowe lokaty w wyścigach najwyższej rangi, nie mówiąc o zdobywaniu zwycięstw. Warto też zwrócić uwagę na fakt, iż spośród wszystkich triumfatorów, w młodszym wieku wyścig Gandawa-Wevelgem wygrywali tylko: Rolf Graf, Eddy Merckx i Edvald Boasson Hagen. To tylko pokazuje, że narodziła się nowa gwiazda, która ma nie tylko potencjał, by walczyć o wiktorie w najbardziej prestiżowych imprezach, ale też ma szanse pociągnąć za sobą afrykańskie kolarstwo i wyrwać je z cienia, w którym obecnie się znajduje.

Żółto-czarny dream team

Jumbo-Visma wyróżnia się w peletonie nie tylko ze względu na charakterystyczne, żółte koszulki, ale też imponujący styl jazdy. Kolarze Richarda Plugge weszli w sezon klasyków z imponującą formą, którą starają się wykorzystać w każdym wyścigu, na starcie którego stają. W E3 Saxo Bank Classic przeszli jednak sami siebie. Rozegrali ten wyścig dokładnie tak, jak chcieli – narzucili mordercze tempo, rozrywając peleton, a gdy grupa była wystarczająco mała i dostatecznie zmęczona, decydujący atak, będący gwoździem do trumny rywali, przypuścił Wout van Aert. Do jego koła zdołał doskoczyć tylko Christophe Laporte, a dalsza część wyścigu i fenomenalny dublet kolarzy Jumbo-Visma… to już tylko historia. Kolejne belgijskie klasyki – Gandawa-Wevelgem i Dwars door Vlaanderen – nie do końca poszły po myśli holenderskiej formacji, ale tylko dlatego, że nie udało im się postawić kropki nad „i”. W obu wyścigach, po aktywnej jeździe, finiszowali na drugiej pozycji (odpowiednio – Christophe Laporte i Tiesj Benoot), nie zostawiając złudzeń rywalom, że to właśnie oni będą największą siłą w niedzielnym Ronde van Vlaanderen.

Niesamowita Elisa Balsamo

Mistrzyni świata ze startu wspólnego chyba nie słyszała o zjawisku zwanym „klątwą tęczowej koszulki”. W ostatnich startach prezentowała niezwykłą formę, triumfując w trzech wyścigach rangi World Tour z rzędu. Duża w tym zasługa koleżanek z ekipy Trek-Segafredo, które zarówno w Trofeo Alfredo Binda, jak i Brugia-De Panne czy Gandawa-Wevelgem robiły wszystko, by do mety dojechał peleton z kolarką w tęczowej koszulce. Ktoś musiał jednak wykończyć ich pracę, a tym kimś była właśnie Elisa Balsamo – niezwykle skuteczna Włoszka trzykrotnie nie dała szans rywalkom, pokazując, że w sprintach z okrojonego peletonu, z tak mocną drużyną u boku, nie ma sobie równych.

Problemy Quick-Step Alpha Vinyl

Dotychczas to właśnie belgijska formacja dominowała w północnych klasykach – miało to miejsce dzięki jakości poszczególnych zawodników, ale także przewadze liczebnej w kluczowych momentach wyścigów. W składzie ekipy Patricka Lefevere’a na najważniejsze belgijskie wyścigu znajdowało się kilku kolarzy, wśród których można było upatrywać faworytów do końcowego zwycięstwa. W tym roku jest inaczej – osłabiona przez różnego rodzaju kontuzje i problemy zdrowotne ekipa, jak dotąd, nie jest w stanie znaleźć dobrego rytmu i formy w belgijskich wyścigach jednodniowych. Wyniki mówią same za siebie – poza zwycięstwem Fabio Jakobsena w Kuurne-Bruksela-Kuurne, zespół w klasykach prezentuje się wyjątkowo słabo: w E3 Saxo Bank Classic najwyżej finiszował Kasper Asgreen, na 10. miejscu (drugim kolarzem Quick-Step Alpha Vinyl był Davide Ballerini, 53. miejsce), w Gandawa-Wevelgem ponownie najlepiej poradził sobie Duńczyk (32. pozycja), a w Dwars door Vlaanderen pierwszym kolarzem ekipy, który przeciął linię mety w Waregem, był Jannik Steimle (14. lokata).

Należy jednak pamiętać – it ain’t over till it’s over – największe brukowane cele są jeszcze przed nimi, a zwycięstwo w którymś z wiosennych monumentów spokojnie wystarczy do uratowania tegorocznej kampanii klasyków. Na razie nie wygląda to jednak kolorowo i ewentualny triumf zawodnika Quick-Step Alpha Vinyl w Ronde van Vlaanderen czy Paryż-Roubaix będzie można nazwać sporym zaskoczeniem, co wydaje się abstrakcyjne, jeśli przypomnimy sobie, co w ostatnich sezonach pokazywali kolarze Patricka Lefevere’a.

Tadej Pogačar na brukach

Słoweniec pojawił się na belgijskich szosach, pokazał wielką moc, ale tym razem nie wygrał. Za Tadejem Pogačarem debiut w, nieznanych dotąd dla niego, północnych klasykach. Kolarz UAE Team Emirates może uznać go za całkiem przyzwoity – w końcu ukończył Dwars door Vlaanderen na wysokiej, dziesiątej pozycji. Do czołowej akcji nie załapał się nie ze względu na problemy na bruku, a złe ustawienie, spowodowane chaosem panującym w peletonie na wąskich i krętych drogach. Pokazał tym samym, że jeśli w kolejnych wyścigach pojedzie czujniej – a z pewnością tak będzie, ponieważ z kilometra na kilometr będzie nabierał coraz więcej doświadczenia – może liczyć się w walce nawet w takim terenie.

Świetna jazda Polek

Rozgrywany w niedzielę wyścig Gandawa-Wevegem kobiet był istnym festiwalem ataków. Utrudniona trasa zdała egzamin i zachęcała zawodniczki do odrywania się od peletonu, który jednak ostatecznie był silniejszy. Niemniej jednak warto pamiętać o wielu odważnych akcjach, w których główne role odgrywały Polki – Katarzyna Niewiadoma (Canyon//SRAM Racing) oraz Marta Lach (Ceratizit-WNT Pro Cycling). Jechały one bardzo uważnie i aktywnie, zabierając się w mocne odjazdy, a także inicjując groźne ataki. To bardzo dobry znak przed kolejnymi wyścigami, w których, ponownie, możemy spodziewać się po nich pięknej walki, być może zakończonej sukcesem.

ON wrócił

Po kontuzjach Mathieu van der Poela, jak na razie, nie ma ani śladu. Dość zaskakująco wrócił do rywalizacji na szosie półtora tygodnia temu, w Mediolan-San Remo. Rozpoczął sezon z wysokiego „C”, jadąc niezwykle czujnie i finalnie kończąc wyścig na wysokiej, trzeciej pozycji. Pierwsze zwycięstwo Holendra przyszło zaledwie kilka dni później – na czwartym etapie Settimana Internazionale Coppi e Bartali. Jak zwykle agresywnie jeżdżący Mathieu van der Poel, zaatakował z peletonu na ponad 50 kilometrów do mety i szybko doskoczył do ucieczki – po kilkudziesięciu minutach spędzonych na czele wyścigu, odjazd został doścignięty. Do kreski dojechał okrojony peleton, z którego finisz wygrał… właśnie Van der Poel. Po tak niesamowitych występach nadszedł czas na pierwszy brukowany wyścig – Dwars door Vlaanderen. Holender zabrał się w kluczowy odjazd, z którego nie wychylał nosa – współpracował z współuciekinierami, a w końcówce nie był jedynym kolarzem, kasującym ataki, lecz dawał też popracować innym zawodnikom. Pognał jedynie za Tiesjem Benootem, na 1600 metrów do mety, co okazało się strzałem w dziesiątkę. W grupie doszło wtedy do zawahania i przestoju, a duet dojechał do ostatniej prostej, gdzie formalności dopełnił Mathieu van der Poel, pokonując zdecydowanie mniej dynamicznego Belga. Holender udowodnił, że na szosę wrócił nie tylko on, ale i jego forma, która była sporą niewiadomą. Biorąc pod uwagę jego ostatnie występy, będzie jednym z głównych faworytów do zwycięstwa w Ronde van Vlaanderen, choć tam przeszkodzić może mu długi dystans połączony z wymagającym, pagórkowatym profilem trasy, będący zupełnie innym doświadczeniem niż marcowy Mediolan-San Remo.

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments