fot. Giro d'Italia

Jest marzec 2021 roku, Valdebrore la Colmiane na moment staje się centrum kolarskiego świata. Choć nieopodal znajdują się trasy narciarskie, dookoła praktycznie nie widać śniegu. Temperatura wynosi kilka, może kilkanaście stopni Celsjusza, a mimo to na ekranach telewizora co chwila widzimy kolejnych spoconych mężczyzn. Ci nie walczą jednak z pogodą – ta jest właściwie idealna na rower – a z samym sobą i rywalami…

Być może najbardziej zmęczonym człowiekiem w promieniu 200 kilometrów jest Gino Mäder, ostatkiem sił walczący o swoje pierwsze zwycięstwo w karierze. Do końca zostaje kilometr, a on wciąż jest na prowadzeniu. Od pogoni dzieli go około 20 sekund. Jednak jego przewaga topnieje, a pomiar wyznaczający odległość pomiędzy nim, a metą porusza się bardzo ospale 900 metrów… 850 metrów… 750 metrów. Linia kończąca trwający już tak długo trud wciąż jest coraz bliżej, ale rywale także – od Szwajcara dzieli ich już tylko siedem sekund.

Ten jednak wciąż walczy, tym samym podtrzymując swoje szanse na spełnienie wielkiego marzenia. 500 metrów, faworyci zwalniają, prawdopodobieństwo triumfu Mädera rośnie. 200 metrów – z tyłu rusza Primož Roglič, największa gwiazda wyścigu, akcje Mädera znów spadają. On jednak robi to samo, co przez ostatnie 5 kilometrów – od momentu gdy oderwał się od Neilsona Powlessa – po prostu mknie przed siebie licząc na odrobinę szczęścia w końcówce. 150 metrów… 100 metrów… meta coraz bliżej, ale wściekle goniący go Słoweniec również. 50 metrów, Mäder chce obejrzeć się za siebie, by zobaczyć, jak duża jest jego przewaga nad rywalem. Niestety nim dokończył ruch głową, Roglič dosłownie przemknął obok niego. Marzenia o dużym zwycięstwie prysły… przynajmniej na jakiś czas.

Tamtego dnia to właśnie ta historia okazała się głównym tematem dyskusji fanów kolarstwa, nieco przyćmiewając emocjonujący etap Tirreno-Adriatico, kończący się na Prati di Tivo. Tamtego dnia więcej niż o kolejnych dowodach na wszechstronność Wouta Van Aerta i geniusz Tadeja Pogacara mówiło się o zachowaniu Primoza Roglica. Swoje zdanie wyrażali nie tylko internauci czy kolarscy dziennikarze, ale także osoby z wnętrza peletonu. Z jednej strony kolegi z zespołu mocno bronił Jos van Emden, z drugiej, postawę Słoweńca mocno skomentował na swojej stronie internetowej Sylwester Szmyd. 

Natomiast sam Mäder niemal od samego początku głośno wspierał rywala, który odebrał mu szansę na pierwsze zwycięstwo w World Tourze. Wyraźnie stawał w obronie swojego pogromcy nie tylko w obligatoryjnych rozmówkach powyścigowych, ale i później, w dyskusjach na Twitterze.

Pisał, że “zwycięstwo jest naprawdę fajne tylko wtedy, gdy jesteś najsilniejszy” i mówił, że “cechą mistrzów jest potrzeba zwyciężania”. Wszystko działo się bardzo krótko po wydarzeniach z La Colmiane. To, jak szybko ochłonął, było imponujące. Bo przecież z pewnością nie było tak, że świadomość zwycięstwa, które uciekło mu sprzed nosa, w ogóle go nie ruszyła. Świadczyła o tym między innymi jego mowa ciała tuż po tym, jak Słoweniec go wyprzedził – gwałtowny ruch ręką, pokazujący, że nie podoba mu się albo zachowanie Roglica, albo po prostu sama sytuacja. Jak czuł się w tamtym momencie?

Właściwie, to nie byłem bardzo zaskoczony. Odkąd zacząłem ostatni podjazd, wiedziałem, że wszystko rozstrzygnie się w samej końcówce. Że albo mi zabraknie kilkuset metrów do wygranej, albo faworytom, żeby mnie dogonić. I to jest jasne, że w momencie, gdy mnie mijał, czułem ogromne rozczarowanie. To chyba oczywiste. Jeśli prowadzisz na 200 metrów przed metą, musisz myśleć, że jesteś naprawdę blisko. Nawet mimo faktu, że w rzeczywistości wciąż jesteś bardzo daleko. Myślałem więc, że oto nadchodzi moje pierwsze zwycięstwo na poziomie World Touru, ale się zawiodłem. Najważniejsze jednak, że wygrał najlepszy kolarz

– odpowiedział kilka miesięcy po tym wydarzeniu w rozmowie z Naszosie.pl.

Słuchając go, trudno nie zadać innego pytania. Dziś Mäder wciąż jest kolarzem na dorobku. Jednak już w minionym sezonie pokazał, że ma ogromny potencjał. Nie można więc wykluczać, że kiedyś znajdzie się w takiej sytuacji, jak wtedy Roglič. Jak wtedy się zachowa? Niby wie już, jak bolesna potrafi być utrata zwycięstwa na 50 metrów przed metą. Tyle że jego postawa zdaje się mówić: “to jest sport – wygrywać powinni najsilniejsi”. W takiej sytuacji jego odpowiedź powinna być dość prosta. Jednak Szwajcar nie zwykł udzielać prostych odpowiedzi.

To trudne pytanie, ale myślę, że wszystko zależy od sytuacji, w której bym się znalazł. W tym przypadku na przykład, w stu procentach rozumiem decyzję Roglica. Musisz grać fair, musisz okazywać innym zawodnikom szacunek i on to robi. Natomiast w tej sytuacji… wydaje mi się, że ludzie zapominają o jednej rzeczy. 

On nie tylko gonił mnie… On uciekał przed Schachmannem. Jasne, na poprzednich etapach był dominatorem, ale akurat tamtego dnia jego przewaga nad Schachmannem była bardzo niewielka. Parł przed siebie, nie patrzył na to, co za nim. Nie wiedział, czy Max jest na jego kole. A jakby był, to przecież on też nie musiał dać mi wygrać. Mogłoby się więc zdarzyć tak, że Primož by odpuścił, a ja i tak nie wygrałbym etapu, bo zamiast niego wyprzedziłby mnie Max. Dlatego gdybym był na jego miejscu – zrobiłbym to samo. Nie narażałbym się na to, że Schachmann mnie wyprzedzi, zgarnie bonifikatę i spowoduje zamieszanie w “generalce”

– mówi nam zawodnik, na którego spostrzeżenia z pewnością jakiś wpływ miała rozmowa z Roglicem: 

Gdy spotkaliśmy się po etapie, powiedziałem mu, że następnym razem nie dam mu się pokonać. On odpowiedział: “I dobrze, ale pamiętaj – zwycięstwo trzeba sobie wywalczyć!”. Miał rację.

 

Czasem warto poczekać

Być może Mäder niedługo po tamtej sytuacji powinien Roglicowi… podziękować. Odniesienie pierwszego worldtourowego zwycięstwa na trasie Paryż-Nicea z pewnością jest czymś bardzo przyjemnym. Ale wyżej na niestworzonej nigdy kolarskiej liście przyjemnych sytuacji z pewnością znajduje się sięgnięcie po premierowe zwycięstwo podczas Giro d’Italia. 

Jednak w marcu Mäder z całą pewnością nie myślał o tym w ten sposób. Nawet jeśli wiedział, że jazda w Paryż-Nicea jest jedną z części przygotowań do wyścigu po Maglia Rosa. Nie mógł przecież spodziewać się, że to akurat we Włoszech sięgnie po wymarzony triumf.

Miałem być w stu procentach skupiony na pomocy Landzie, tak samo, jak później, podczas Vuelty byłem skupiony na pomocy Jackowi. Nie miałem co myśleć o jakiejś walce na własny rachunek, o jakichś atakach. Naszym jedynym celem było wspieranie Landy tak długo, jak to tylko możliwe. No cóż, nasze plany błyskawicznie legły w gruzach

Już na 5. etapie Landa upadł, a Bahrainowi zawalił się wyścig. Nie tylko dlatego, że do upadku doszło tuż przed bezpieczną strefą, więc z jednej strony było zbyt daleko od mety, by Hiszpanowi zaliczono czas grupy, a z drugiej, zbyt blisko, by miał jakiekolwiek szanse na dogonienie reszty kolarzy. Hiszpan nie miał co liczyć nawet na zwycięstwa etapowe, gdyż w wyniku upadku złamał sobie obojczyk i kilka żeber.

Następnego dnia w ekipie panowała wyjątkowa mobilizacja – To był dla nas tak smutny dzień z powodu tego, co stało się z Mikelem. Powiedzieliśmy sobie, że dziś pojedziemy dla niego – mówił później Mäder. Najważniejsze, że było komu tę mobilizację wykorzystać. Oczywiście – w wyścigu nie było już Landy, ale za to w wyścigu wciąż pozostawali m.in.: Damiano Caruso, Pello Bilbao, Matej Mohorič i Jan Tratnik. Każdego z nich stać było na wielkie rzeczy, podobnie oczywiście jak Mädera.

Dla Szwajcara była to fantastyczna okazja, by zatrzeć złe wspomnienia z Nicei. Bo choć tamtą porażkę zniósł z imponującym spokojem, to w jego duszy z pewnością pozostawało poczucie straconej szansy. Na szczęście we Włoszech udało się je zatrzeć. Także dlatego, że wszystko potoczyło się tak samo, jak wtedy, w La Colmiane. 

Może i przebieg etapu nie był identyczny, inna była pogoda – tym razem mocno padało, inni byli bohaterowie – w peletonie nie było choćby Roglica. Znów zadziałał jednak schemat: ucieczka dnia-atak na kilka kilometrów przed metą-samotna jazda przed siebie. Mäder znów spędził też ostatnie minuty etapu ze świadomością, że tuż za jego plecami znajduje się grupa faworytów. Grupa, w której znajdują się kolarze o nastawieniu podobnym do Rogliča (np. Evenepoel czy Bernal) – zdolni w każdej chwili skoczyć do przodu i znów ukraść marzenia młodemu Szwajcarowi. 

Inna była jedynie końcówka. Nikt nie zaatakował, a 24-latek miał jeszcze czas, by tuż przed metą obrócić się za siebie i nieco zwolnić. Biorąc pod uwagę okoliczności, trochę może dziwić, że nie okazywał emocji zbyt mocno. Nie podnosił rąk w górę przed metą. Zrobił to dopiero po przejechaniu kreski – na tyle nieporadnie, że szybko stracił równowagę i musiał z powrotem chwycić za kierownicę.

To jednak nie było ważne dla oceny jego występu na etapie i w całym wyścigu, który zakończył się dla niego już tydzień później. Jedenasty i dwunasty dzień rywalizacji przyniósł mu bowiem dwie kraksy – po drugiej z nich zdecydował się wycofać z wyścigu.

I tu znów można być pod wrażeniem postawy Szwajcara. Dwudziestego maja wycofał się z Giro d’Italia po kraksie. Dwa tygodnie później wrócił do ścigania, a kolejny tydzień zajął mu powrót do zwyciężania. Triumf znów mógł smakować wyjątkowo, bo został odniesiony we własnym kraju, na ostatnim etapie Tour de Suisse. Tak szybki powrót musiał imponować, nawet jeśli Mäder stara się umniejszać swój sukces.

Tak naprawdę moje wycofanie się z Giro nie wynikało z tego, że moje obrażenia były bardzo poważne. Po prostu wszystko wydarzyło się w złym momencie. To było jakoś na początku wyścigu, peleton jechał bardzo szybko, a ja już byłem poza limitem czasu. Oczywiście czułem duży ból, ale gdyby wszystko wydarzyło się w innym momencie, jechałbym dalej.

Niby miałem złamane żebro, ale tak naprawdę to nie był duży problem, nie potrzebowałem żadnej operacji. Musiałem wstrzymać treningi na 3-4 dni, żeby wszystko się zagoiło, ale to wcale nie zmieniło zbyt wiele. Po Giro byłem w dobrej formie. A jeśli jesteś w dobrej formie, to nie stracisz jej tylko dlatego, że zrobiłeś sobie kilka dni przerwy

– mówił nam.

Talent (nie)naznaczony przez imię

Sukcesy takie jak te, odniesione późną wiosną to coś, na co Mäder czekał, odkąd zaczął przygodę z kolarstwem. Jego imię dość jednoznacznie kojarzy się ze słynnym rywalem Fausto Coppiego. Jednak, choć jego rodzice byli zapalonymi fanami kolarstwa, nie tym kierowali się przy wyborze imienia dla swojego syna. Młody Gino nie był więc skazany na kolarstwo, a swoją przygodę ze sportem zaczął od innej dyscypliny

Kiedy jesteś dzieckiem, chcesz robić to, co twoi koledzy. Dlatego przygodę ze sportem zacząłem od piłki nożnej – grałem w nią przez osiem lat. Jednak jazdę na rowerze też rozpocząłem stosunkowo wcześnie i przez dłuższy czas po prostu łączyłem obie dyscypliny sportu. Jednak, gdy miałem około 14 lat, musiałem wybrać. Decyzja była, mimo wszystko, dość łatwa, ponieważ nie byłem zbyt dobrym piłkarzem.

Od tego momentu trenowałem już tylko kolarstwo. Co jakiś czas jeździłem wprawdzie na narty, ale nigdy nie trenowałem tego sportu na wystarczająco wysokim poziomie, by móc rywalizować z innymi

– wspomina. 

Na stronie Bahrain-Victorious można przeczytać, że marzył o zostaniu zawodowym kolarzem odkąd skończył 10 lat. I już jego juniorskie wyniki wskazywały na to, że może zrealizować swoje marzenie. Może i nie wygrywał bardzo często, ale większość startów kończył na wysokich pozycjach. Pewną ciekawostką mogą być wyniki juniorskiego Grand Prix Rüebliland 2015, które Szwajcar zakończył na 2. pozycji. Aż roi się w nich od zawodników, którzy dziś znani są kibicom jako zawodowi kolarze.

fot. First Cycling

Tym, co dziś może być zaskakujące, jest fakt, że jednym z głównych atutów Mädera w juniorskich czasach, była… jazda indywidualna na czas. Był nawet 5. zawodnikiem mistrzostw świata juniorów w tej specjalności. 

Jako junior byłem w uprzywilejowanej sytuacji. Moje szczęście polegało na tym, że wspierał mnie Szwajcarski Związek Kolarski. Często ścigaliśmy się na torze [Mäder jest nawet dwukrotnym wicemistrzem Europy juniorów], wokół nas pracował świetny sztab. Generalnie mogłem liczyć na rzeczy, których nie mieli inni zawodnicy. Jeśli chcieli mieć to co my, musieli sobie to sami kupić, a przecież nikt nie ma nieograniczonych środków finansowych. W elicie różnice między możliwościami poszczególnych zespołów są zdecydowanie mniejsze. Liczy się więc przede wszystkim moc, którą jesteś w stanie wygenerować. A ja, no cóż, ważę 60 kilogramów, nie mam sylwetki czasowca, a także odpowiednich parametrów i cóż, pewnego poziomu, przynajmniej w tej konkurencji nie przeskoczę

– przyznaje Mäder.

Prawdopodobnie właśnie dlatego 24-latek nie załamuje rąk, gdy na czasówkach pokonuje go nie tylko fenomenalny w tej specjalności Primož Roglič, ale też inni, bardziej zbliżeni wagowo do niego zawodnicy, jak Adam Yates czy Egan Bernal.

Dobrze, że przynajmniej mam tę umiejętność “wyjechania się” – wypracowałem ją jako młody kolarz i ona mi pozostała, co bardzo pomaga mi w próbach czasowych. Myślę, że podczas Vuelty ostatnia czasówka poszła mi całkiem nieźle. Podobnie jak tej inaugurującej wyścig zmieściłem się w czołowej “40”. Nie uważam, że to słaby wynik, zdarzało mi się już kończyć niżej etapy górskie. Jeszcze bardziej zadowolony jestem ze swojego występu w czasówce na Tour de Suisse [Mäder zajął tam 3. miejsce, ale była to górska próba czasowa]. 

Czasem faktycznie myślę sobie, że można byłoby zrobić coś, żeby poprawić swoją jazdę na czas, ale na koniec dnia, każdy z nas dysponuje ograniczoną ilością czasu. Chciałbym poprawić swoje umiejętności techniczne, które przecież też są ważnym elementem czasówek. Jest mnóstwo rzeczy, nad którymi warto popracować. Niestety wszystkiego nie jestem w stanie poprawić, więc najlepiej jest skupić się na swoich mocnych stronach. Oczywiście chciałbym, żeby moja jazda na czas się poprawiła, ale myślę, że to może wydarzyć się przy okazji. Jeśli w górę pójdą moje parametry fizyczne, to skorzystają na tym i moje czasówki. 

Trudne początki w World Tourze

Jednym z ostatnich występów Mädera w młodszych kategoriach wiekowych było Tour de l’Avenir. Dziś to może wydawać się aż niewiarygodne, jak dużo talentu przetoczyło się w czasie tamtej imprezy po francuskich szosach.

Tak naprawdę, to już przed wyścigiem wiadomo było, że konkurencja będzie bardzo mocna. Kilka tygodni wcześniej Pogacar zajął 4. miejsce w Wyścigu Dookoła Słowenii [pokonali go tylko Primož Roglič, Rigoberto Uran i Matej Mohorič – za nim uplasowali się m.in. Rafał Majka i Michael Storer – przyp. red], a Ivan Ramiro Sosa wygrał Wyścig Dookoła Burgos [tu top 3 wyglądało tak: Sosa, Miguel Angel Lopez, David de la Cruz – przyp. red.]. Wiedzieliśmy też, że Własow jest niesamowitym kolarzem – przecież on już był w zawodowej grupie – Gazprom. Kurczę, wszystkie te nazwiska robiły wrażenie: Arensman, Champoussin, Almeida, który, tak jak Własow był już w drugiej dywizji z Hagens Berman Axeon. Kolarstwo młodzieżowe było tak mocne, że to aż absurdalne

Mieliśmy też przykład Bernala, który wygrał Tour de l’Avenir rok wcześniej, a w 2018 bił się z najlepszymi w największych wyścigach na świecie…  Tak, to faktycznie był wyścig przyszłości.

– wspomina Szwajcar.

I on w tak dobrze obsadzonym wyścigu zajął 3. miejsce, a później był czwarty w mistrzostwach świata orlików. Nic dziwnego, że do kolejnego sezonu przystąpił jako kolarz worldtourowego Dimension Data. Rozpoczął więc przygodę z najwyższą dywizją w tym samym momencie, co Pogacar. 

Słoweniec już w swoim pierwszym starcie w barwach UAE Team wygrał Volta ao Algarve. Mäder, choć również niesamowicie zdolny, nie był raczej talentem tego pokroju, co Słoweniec. Dlatego 11. miejsce w Vuelta a San Juan było dla niego świetnym wynikiem – czułem się tam naprawdę dobrze i zająłem miejsce tuż za czołową “10”, z kilkoma miejscami w czołówce na poszczególnych etapach – mówi. Niestety później szło mu już zdecydowanie gorzej. Spośród 19 wyścigów, w których uczestniczył w tamtym sezonie, udało mu się ukończyć ledwie połowę.

Miałem mnóstwo pecha. Jednym z ważniejszych momentów tamtego sezonu była Volta a Catalunya. Niestety złamałem tam nadgarstek i musiałem pauzować przez miesiąc. Poza tym, przez większą część sezonu chorowałem. Lepiej poczułem się dopiero podczas Tour de Suisse, ale chwilę później znów miałem problemy ze zdrowiem. Tak naprawdę wróciłem dopiero w okolicach sierpnia-września. Zdążyłem wystąpić w kilku włoskich klasykach, w Tour of Guangxi i już mieliśmy koniec sezonu.

Jednak nie tylko to było przyczyną niemrawego wejścia Mädera w świat zawodowego kolarstwa. Szwajcar po prostu zawsze bardzo powoli adaptuje się do nowej sytuacji. Zarówno w juniorach, jak i w orlikach, pierwszy sezon był dla niego trudny, a w następnych przeskakiwał kolejnych zawodników za swojego rocznika.

Potrzebuję więcej czasu, niż na przykład Marc Hirschi, który zawsze właściwie z miejsca staje się zdolny do walki o wysokie lokaty. Ja muszę zaprzyjaźnić się z nowym środowiskiem, zrozumieć, na czym polega ściganie się w nim. Jednak za każdym razem wierzyłem w siebie. Nie poddawałem się, wiedziałem, że każdy rozwija się w swoim tempie i że mam na tyle duży talent, że prędzej czy później wystrzelę. Patrzyłem na Pogacara, Hirschiego i Almeidę, którzy błyszczeli w swoich pierwszych sezonach i… nie martwiłem się, że ja tak nie mogę. Po prostu ciężko pracowałem, by znaleźć się tam, gdzie oni

– przekonuje.

Kojące hiszpańskie powietrze

Kolejny rok był już dla niego lepszy. Nawet jeśli nie widzieliśmy tego jeszcze podczas Tour de Pologne, które przejechał niezauważony. Zdecydowanie częściej niż w poprzednim sezonie udawało mu się ukończyć wyścigi, a także wreszcie zaczął dostawać szanse startu w najważniejszych wyścigach – monumentach i wielkim tourze, a konkretniej – Vuelta a Espana. Najlepiej spisał się na tym ostatnim. Był jednym z najbardziej aktywnych zawodników tamtego wyścigu, co mogło nawet zaowocować zwycięstwem etapowym.

Najbliżej byłem podczas 17. etapu, ponieważ przegrałem tam tylko z Davidem Gaudu. Być może tamten dzień ułożyłby się inaczej, gdyby nie to, że nie mogliśmy się dogadać z Ionem Izagirre, przez co straciliśmy trochę czasu. Mimo wszystko Gaudu był wtedy najsilniejszy, więc i tak trudno byłoby go pokonać. Dobrze czułem się także dwa dni wcześniej, kiedy próbowałem gonić Matteo Cattaneo. Na koniec okazało się jednak, że tak naprawdę nie było warto tego robić. Myślałem, że w momencie, w którym zaatakowałem, strata do Włocha jest o minutę mniejsza. Gdybym wiedział, po prostu bym nie próbował. Ciężko było odrobić taką stratę do Cattaneo. Poza tym z tyłu coraz mocniej naciskała BORA-hansgrohe, która pracowała na Pascala Ackermanna. To była straceńcza misja.

– przyznawał.

W ubiegłym roku znów pojawił się w Hiszpanii. W trochę innej roli. Po tym, jak w 2021 roku opuścił południowoafrykański Team NTT (wcześniej Dimension Data) na rzecz Bahrain-Victorious, ma nieco mniej okazji, by poszaleć w ucieczkach. Częściej dyrektorzy sportowi wysyłają go do pomocy liderom. W Giro miał pomagać Mikelowi Landzie, ale pech Hiszpana sprawił, że “mu się upiekło”. Natomiast podczas Vuelty jego rola nie zmieniła się nawet pomimo kolejnych kłopotów Hiszpana. W naturalny sposób zastąpił go Jack Haig, który zajął w klasyfikacji generalnej wyścigu 3. lokatę.

Przez cały czas jego głównym przybocznym był Mäder. Jednak jego start mógł przypomnieć nam Przemysława Niemca i jego 6. miejsce na trasie Giro d’Italia 2013. Polak zajął wtedy wysokie miejsce w “generalce” pomimo tego, że wystąpił w wyścigu z zadaniem wspierania Michele Scarponiego. W czasie tamtej kampanii kolarz Lampre kilkukrotnie musiał czekać na swojego lidera, ale i tak udało mu się utrzymać wysokie miejsce w “generalce”.

Lider Mädera Haig nie miał zbyt wielu kryzysowych momentów, a na dodatek pod koniec wyścigu dopisało mu szczęście. Na ostatnim górskim etapie z tyłu zostali m.in. Miguel Angel Lopez i Egan Bernal, dzięki czemu 24-latek awansował na 5. miejsce w klasyfikacji i jednocześnie został najlepszym młodzieżowcem wyścigu. Dziś przyznaje, że zrobił to trochę przez przypadek.

Miałem pomagać Jackowi, ale żeby to robić, wcale nie musiałem się poświęcać. Miałem być obok niego najdłużej, jak to możliwe. I dzięki temu, że późno odpadałem od grupy, traciłem mniej czasu. Po prostu robiłem swoje, chroniłem Jacka najdłużej, jak się dało, czasem pracowałem na czele grupy. Ani przez moment nie myślałem jednak o swoim miejscu w generalce. Po prostu celowaliśmy w podium dla Jacka i tyle, a podczas 20. etapu sytuacja ułożyła się tak, że otrzymałem szansę, by awansować o kilka miejsc i zgarnąć białą koszulkę.

 

Nie wykluczam, że dzięki swojej roli, łatwiej było mi walczyć o wysokie miejsce w “generalce”.  Nie musiałem się stresować. Po prostu jechałem w czołówce najdłużej, jak się da.

 

Sukces dla natury

Z sukcesów Szwajcara cieszyli się nie tylko jego kibice, ale też… ekolodzy. Wszystko dzięki temu, że po zakończeniu 1. etapu zapowiedział, że gdy wyścig dobiegnie końca, wpłaci pewną sumę na konto wybranej przez kibiców organizacji proekologicznej. Kwota miała zależeć od tego, jak pójdzie mu w wyścigu. Każdy zawodnik, którego udało mu się pokonać na trasie kolejnych etapów oznaczał jedno euro wpłacone na rzecz ochrony środowiska.

Inicjatywa spotkała się z gigantycznym zainteresowaniem i mnóstwem komentarzy. Jedni, zgodnie z życzeniem kolarza wybierali organizację, na rzecz której wpłacane mają być pieniądze, inni żartowali, pisząc o tym, że najlepiej wysłać je im, a jeszcze kolejni sami przyłączali się do akcji, deklarując mniejsze lub większe wsparcie pieniężne. Natomiast 24-latek codziennie aktualizował informację o kwocie, którą wyda po zakończeniu wyścigu – aż do ostatniego etapu, kiedy to licznik zatrzymał się na kwocie 3159 euro. Wciąż było mu jednak mało i po wszystkim zadeklarował, że oprócz tego, wpłaci jeszcze 10 euro za każdego kolarza, którego wyprzedził w “generalce”, co oznaczało dodatkowy wydatek wynoszący 1370 euro. Sugestie internautów spowodowały, że pieniądze powędrowały na konto organizacji Just Dig It. 

Jednym z powodów, dla których zdecydowałem się na tę całą akcję jest to, że, jak już wspominałem, jako młody chłopak często jeździłem na nartach. Często miałem wtedy okazję podziwiać Aletschgletscher – jeden z największych, jeśli nie największy lodowiec w Europie. Z jednej strony, podziwiałem go – był przepiękny. Ale z drugiej, smutno było patrzeć na to, jak z roku na rok staje się coraz mniejszy i mniejszy. Miałem 12-15 lat i zrobiło to na mnie ogromne wrażenie. Generalnie, wraz ze swoją rodziną staramy się regularnie obcować z naturą – czy to latem, czy to zimą. I zwłaszcza zimą widzę stopniowe zmiany, które zachodzą. Choćby to, że jest coraz mniej śniegu i znalezienie miejsca do jazdy na nartach nie jest już takie łatwe, jak kiedyś. Wiem, że część odpowiedzialności za to ponosi człowiek.

I gdy byłem młodszy, nie miałem środków finansowych, by robić takie rzeczy, ale dziś jest inaczej. Jako zawodowy kolarz zarabiam dobre pieniądze i nie widzę powodów, dla których nie miałbym wydawać części z nich na to by zminimalizować swój wpływ na naturę. Bo przecież jako zespół kolarski dużo podróżujemy, latamy po świecie, co nie jest przecież zbyt ekologiczne. Z drugiej strony, nie chciałem po prostu wybrać jakiejś kwoty i zapłacić ją jakiejś organizacji. Chciałem połączyć to ze sportowym wyzwaniem, dlatego wybrałem akurat taką drogę, która połączyła dwie bardzo ważne dla mnie rzeczy. Cieszę się też, że znalazło się wielu ludzi, którzy zareagowali na mój pomysł, albo wręcz przyłączyli się do niego.

Wszystkie drogi prowadzą do Paryża

Akcja na Twitterze i kilka ciekawych wydarzeń z ostatniego sezonu sprawiły, że dziś Mädera kojarzy zdecydowanie więcej kibiców, niż jeszcze rok temu. Jednak czy jego status w ekipie ulegnie zmianie? Pod pewnymi względami na pewno tak, jednak warto pamiętać, że ostatni rok pokazał, że w ekipie z Bahrajnu drzemie gigantyczny potencjał. Długa może być przede wszystkim kolejka do walki w klasyfikacjach generalnych wielkich tourów: Jack Haig, Damiano Caruso, Mikel Landa, Pello Bilbao – każdego z nich stać na duże rzeczy. 

To wszystko prawda, dlatego może być mi ciężko załapać się do roli lidera na któryś z wielkich tourów. Jednak nie przeszkadza mi to zbytnio. Naprawdę nie obraziłbym się na powtórkę z zeszłego sezonu. To naprawdę nie jest tak, że jadąc na kogoś, minimalizujesz swoje własne szanse na sukces. Mój występ na Vuelcie udowodnił, że czasem łatwiej jest coś osiągnąć pomagając, niż skupiając się tylko na własnym wyniku

– zapewnia.

A jak będzie w innych wyścigach? Tu wszystko zależy od charakterystyki imprezy, ale możemy spodziewać się, że Gino Mäder jeszcze wielokrotnie pokaże swój potencjał. Pierwsze szanse ku temu nadejdą już niedługo – w końcu Szwajcar jest, obok Pello Bilbao, liderem swojej ekipy na UAE Tour. Dziś, z racji na profil etapu, nie mógł być zbyt widoczny, ale możemy się spodziewać, że w kolejnych dniach pokaże swoją siłę.

Ten wyścig jest jednak dopiero początkiem drogi. Ta składa się z kilku przystanków, takich jak Paryż-Nicea, Tour de Romandie i Tour de Suisse, a prowadzi do startu w Tour de France. Debiut w Wielkiej Pętli jest kolejnym marzeniem 25-letniego Szwajcara. I jeśli w wymienionych wyścigach spisze się na miarę oczekiwań, spełni je – podobnie jak wiele poprzednich.

guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze
Inline Feedbacks
View all comments
Michal
Michal

Super wywiad, pozdrawiam!