fot. Michał Kapusta / naszosie.pl

Kilka miesięcy temu Adam Hansen oficjalnie ogłosił zakończenie kolarskiej kariery. W rozmowie z naszym portalem Australijczyk podsumował swoją 17-letnią przygodę z peletonem, a także opowiedział o swoich planach związanych z życiem po życiu.

Droga Australijczyka do kolarskiego peletonu była dosyć długa. Początkowo w ogóle nie planował zostać kolarzem. Zaczynał od triathlonu i kolarstwo wcale nie było jego najmocniejszą stroną.

– Tak właściwie, na początku to właśnie ten element był u mnie najsłabszy. Bardzo zależało mi na tym, żeby go poprawić, ciężko trenowałem, aż w końcu zostałem kolarzem

Nic dziwnego, że do Pro Touru – wówczas najwyższej dywizji, trafił stosunkowo późno. Gdy miał już 26 lat jego jazdę poważnie zaczął obserwować T-Mobile Team – niemiecki zespół z historią sięgającą 1989 roku, w którym w przeszłości jeździli tacy zawodnicy jak Erik Zabel, Olaf Ludwig czy Marc Madiot. Oczywiście było to tylko wstępne zainteresowanie, a Australijczyk musiał pokazać, że rzeczywiście zasługuje na zrobienie milowego kroku w swojej karierze.

– Wziąłem udział w zorganizowanych przez nich testach i zrobiłem na nich dobre wrażenie. Muszę przyznać, że wygooglowałem informacje na temat tego, jak te ich testy wyglądają, a później trenowałem skupiając się na tych elementach, które były dla nich najważniejsze. Opłaciło się. Trafiłem do świetnego zespołu. Widziałem u nich wielki profesjonalizm. Mieli wspaniały sztab i robili wszystko, by kolarze rozwijali się w każdym aspekcie, nie tylko czysto sportowym. Mieliśmy zajęcia z psychologii, a nawet z public relations. Poznałem też wielu świetnych kolarzy – największe wrażenie zrobił na mnie Mark Cavendish – prawdziwy mistrz

– wspomina Hansen, który nieoczekiwanie stał się świadkiem narodzin legendy i prawdopodobnie najlepszego sprintera w XX wieku.

Manxman, podobnie jak Australijczyk, dopiero wchodził do World Touru, jednak był od niego młodszy o cztery lata i zdecydowanie bardziej utalentowany. Już w pierwszym roku startów w niemieckim zespole odniósł pierwsze poważne zwycięstwa, a już w 2008 rozpoczął swoją dominację na etapach wielkich tourów. Przez cztery kolejne sezony wygrywał gdzie chciał i jak chciał, a Hansen był bardzo ważną częścią jego zespołu.

Przejść do historii

Każdy lubi widzieć, jak jego praca przynosi efekty, więc nic dziwnego, że Australijczykowi wspomaganie Brytyjczyka dawało dużo satysfakcji. Podobnie było po odejściu do Lotto, gdzie wspierany przez niego Greipel również często mógł wznosić ręce w geście triumfu, a jednak w pewnym momencie kolarz poczuł, że czegoś mu brakuje.

– Bycie pomocnikiem potrafi być bardzo monotonne. Przez cały czas robisz to samo – najpierw dla Marka Cavendisha, potem dla Andre Greipela, a ostatnio dla Caleba Ewana. Lubię to, ale potrzebowałem także innych wyzwań. Tak naprawdę początkowo chciałem tylko przejechać trzy wielkie toury w ciągu roku i bardzo to polubiłem. Po tym, jak miałem za sobą siedem wyścigów trzytygodniowych z rzędu, media zaczęły pisać o rekordzie, a ja wtedy pomyślałem sobie: “Dlaczego nie?”

– mówi.

Niestety nie wszystko zależało od niego. Na plan Australijczyka musiało wyrazić zgodę Lotto Soudal, a przecież belgijski zespół nie musiał wcale popierać pomysłu. Nie bez powodu mało który kolarz decyduje się na to, by choć raz w swojej karierze przejechać wszystkie trzy wielkie toury w jednym sezonie. Takie wyzwanie kosztuje masę energii – energii, którą można by było spożytkować inny sposób, bardziej korzystny dla zespołu. Ostatecznie jednak potencjalne plusy próby Hansena przeważyły nad minusami.

– Włodarze cieszyli się, że dzięki mnie zyskują dużo uwagi. Do tego ja wypełniałem swoje obowiązki, a oni to doceniali. Co prawda wydaje mi się, że trochę się też obawiali tego, że prędzej czy później wpłynie to źle na moją formę, jednak zawsze robiłem wszystko, by udowodnić im, że to nieprawda

– wspomina.

Pierwsze, mniej ambitne wyzwanie Hansena, dotyczące występu we wszystkich trzech wielkich tourach w jednym sezonie, rozpoczęło się na Półwyspie Apenińskim, od startu w Giro d’Italia. Jego zespół wrócił z tamtego wyścigu bez zwycięstwa, on sam też niczego specjalnego nie pokazał, ale gdyby nie tamten wyścig, nie zaliczyłby pierwszego sezonu z wszystkimi trzema ukończonymi wielkimi tourami i kto wie, jak potoczyłyby się dalsze losy rekordu. A bardzo niewiele brakowało, by nie dojechał do mety w Mediolanie, bowiem po jednym z etapów zorientował się, że ma złamany mostek.

Na szczęście wtedy po raz kolejny potwierdził, że jego ksywka – “Ironman” nie wzięła się tylko od zamiłowania do najbardziej znanej odmiany triathlonu. 27 maja 2012 roku ukończył Wyścig Dookoła Włoch i można powiedzieć, że później poszło jak z płatka, bo skoro nie przeszkodził mu nawet złamany mostek, można było się domyślać, że jest w stanie stawić czoła wszystkim przeciwnościom losu. I faktycznie, później kolarz Lotto Soudal ani razu nie miał momentu, w którym by poczuł, że realizacja jego wyzwania stoi pod znakiem zapytania.

– Owszem, czasem startowałem, będąc w słabej formie, ale wiedziałem, że ukończę wyścig. Nawet gdy moja dyspozycja była fatalna, wiedziałem, że w trzecim tygodniu będę wyglądać zdecydowanie lepiej. Przez te wszystkie lata nauczyłem się, że, zawsze będę w stanie ukończyć wyścig, niezależnie od tego, w jakiej formie do niego przystąpię, kwestią było jedynie to, jak wiele mogę dać drużynie

– przyznaje.

A czasem dawał naprawdę wiele, zwłaszcza na początku wyzwania. Sam przyznaje, że najlepiej wspomina start w Tour de France 2012, podczas którego wraz z Andre Greipelem dominowali na finiszach. 31-letni już wówczas kolarz był jedną z ważniejszych postaci w pociągu Niemca, który, choć musiał walczyć m.in. z Cavendishem – wówczas już wielką gwiazdą światowego peletonu, wrócił z Francji z trzema zwycięstwami etapowymi.

W kolejnych sezonach Hansen znów z powodzeniem pomagał Greipelowi, który w latach 2011-16 notował wspaniałą passę zwycięstw w sześciu kolejnych edycjach Tour de France. Sam jednak też potrafił uszczknąć coś dla siebie w ogromnym wielkotourowym torcie, składającym się przecież dla niego z 63 części.

Po raz pierwszy zrobił to podczas Giro 2013. Wykorzystał wówczas fakt, że tym razem nie miał komu pomagać, bo na liście startowej zabrakło Greipela, który chciał się skupić na starcie w Tour de France. Na 7. etapie zabrał się w ucieczkę, później stworzył dwuosobowy odjazd z Emanuele Sellą, by w końcu, na 20 kilometrów przed metą zostawić Włocha z tyłu i popędzić po pierwsze naprawdę duże zwycięstwo w karierze. Często mówi się, że to właśnie pierwszy sukces smakuje najlepiej, ale Hansen w naszej rozmowie przyznał, że bardziej ceni sobie zwycięstwo z Vuelta a Espana, odniesione w 2014 roku. 

Wpływ na to miała oczywiście dramaturgia tego zwycięstwa. Podczas gdy w 2013 roku Australijczyk wjechał na metę w Pescarze ponad minutę przed peletonem i, jak sam później przyznawał, już na kilka kilometrów przed metą mógł zacząć oswajać się z myślą o zwycięstwie, w Hiszpanii nie miał na to czasu.

Sam początek etapu był dla niego bardzo spokojny – na tyle, że przez pierwsze 30 kilometrów żuł truskawkowe gumy i puszczał z nich balony. Dopiero na 5 kilometrów przed metą zaatakował i do końca musiał bronić się przed rozpędzonym peletonem. Powodzenie takich akcji zdarza się bardzo rzadko, a jednak jemu się udało, choć przewaga była bardzo niewielka – wyniosła 5 sekund nad drugim Degenkolbem.

Niesamowite wsparcie udzielane Andre Greipelowi na finiszach i dwa wygrane etapy wielkich tourów – to bilans pierwszych trzech lat funkcjonowania projektu Hansena. Bardzo dobrego bilansu, który może dziwić, biorąc pod uwagę fakt, że samo przejechanie trzech wielkich tourów w ciągu roku jest bardzo męczącym przedsięwzięciem, które siłą rzeczy powinno prowadzić do pogorszenia wyników. W przypadku Australijczyka tak się nie stało – w dużej mierze dzięki temu, że wzrosła jego rola w zespole.

– W pierwszych latach, zwłaszcza w sezonach 2013 i 2014, miałem większą przerwę pomiędzy poszczególnymi wielkimi tourami, Po każdym z nich robiłem sobie trwającą 10 dni całkowitą przerwę od treningów, a później powoli budowałem formę przed kolejnym trzytygodniowym wyścigiem – to bardzo ułatwiało mi regenerację. Niestety pod koniec wiele rzeczy się pozmieniało i dostałem więcej wyścigów pomiędzy startami, a to sprawiało, że moja dyspozycja  nie była taka jak wcześniej

– tłumaczy Australijczyk.

Rzeczywiście, po sezonie 2014 nie odniósł już żadnego zwycięstwa, jednak najważniejsze było to, że wciąż był cennym członkiem drużyny (choć dawał jej nieco mniej jakości niż wcześniej) i wciąż wydłużał serię przejechanych wielkich tourów z rzędu. W 2015 roku w końcu pobił rekord Bernardo Ruiza, ustanowiony ponad pół wieku wcześniej, ale było mu mało – publicznie mówił o tym, że chce zakończyć swoją serię na 23 startach, ponieważ właśnie z takim numerem występował Michael Jordan – jego sportowy idol.

Niestety nie było mu to dane. Już w 2017 roku pierwotnie nie znalazł się w kadrze na Vuelta a Espana i na hiszpański wyścig pojechał jako rezerwowy, po tym, jak kontuzji doznał Rafael Valls. Dłużej jednak nie udało mu się tego pociągnąć – ostatni start zanotował już kilka miesięcy później podczas Giro d’Italia, więc jego seria zakończyła się na 20 występach.

– Pojawiło się kilka komplikacji w zespole i w moich relacjach z szefostwem. Nie chcieli żebym kontynuował ustanawianie nowego rekordu. Jeden z naszych dyrektorów sportowych nie chciał, bym blokował miejsce innym zawodnikom. Tak usłyszałem, więc uznałem, że lepiej zrezygnować ze śrubowania rekordu i zachować dobrą atmosferę w ekipie

– wyznaje.

Dlatego podczas Tour de France 2018 część kibiców mogła poczuć się nieco dziwnie, nie widząc Australijczyka na trasie wielkiego touru – po raz pierwszy od siedmiu lat. Nie wiadomo za to, jak czułby się on sam, patrząc na wyścig zza ekranu telewizora. Wszystko dlatego, że postanowił wówczas odpocząć od kolarstwa.

– Nie oglądałem tego wyścigu. To były moje pierwsze letnie wakacje od długiego czasu i chciałem wykorzystać je najlepiej, jak tylko się dało. Było wspaniale, naprawdę uważam, że to był jeden z najprzyjemniejszych okresów w czasie mojego pobytu w Europie

– wspomina Australijczyk, którego wyczyn będzie naprawdę trudno pobić. Sam nie jest w stanie wskazać kolarza, który byłby w stanie tego dokonać.

– Potrzeba kogoś o specyficznej charakterystyce. Najtrudniejszy jest aspekt psychologiczny. Trzeba spędzać mnóstwo czasu w jednym towarzystwie. Myślę, że poradziłem sobie z tym m.in. dlatego, że mam całkiem dobry balans między kolarstwem i życiem poza nim, co bywa naprawdę pomocne. Gdy jestem w domu, nie czuję że jestem przede wszystkim kolarzem, a starty w wyścigach są dla mnie doskonałą zabawą. Myślę, dla większości zawodników ciągłe przebywanie na wyścigach, w tej kolarskiej bańce może być dość trudne. 

Trudno jest także załapać się do składu na każdy z trzech wielkich tourów, a przecież wyścig trzeba jeszcze ukończyć. Właśnie to jest najtrudniejsza część. Przejechać 20 trzytygodniowych wyścigów z rzędu i uniknąć choćby jednej eliminującej z wyścigu kraksy – to coś, do czego potrzebne jest olbrzymie szczęście – bardzo się cieszę, że je miałem.

Tak blisko, a tak daleko

Oprócz wyśrubowanego rekordu i zwycięstw etapowych odniesionych w czasie Giro d’Italia oraz Vuelta a Espana polscy kibice mogą kojarzyć Hansena z jeszcze inną rzeczą – miejscem zamieszkania. Komentatorzy Eurosportu podczas większości wyścigów z jego udziałem z lubością podkreślali to, że Australijczyk mieszka nie na antypodach, a wręcz przeciwnie we Frydlancie nad Ostrawicą położonym blisko granicy z Polską. 

Do tego urokliwego miasteczka doprowadziła go specyficzna ścieżka kariery, którą obrał. Gdy zaczynał przygodę z kolarstwem, mieszkańcom antypodów było trudniej o wejście do zawodowego peletonu niż dziś. Australia nie mogła się pochwalić zbyt wieloma zespołami w seniorskim peletonie, więc nasz bohater, podobnie jak większość jego rodaków szybko musiał wyjechać do Europy. Już od 2001 roku występował w mniejszych austriackich zespołach licząc na to, że zdoła się pokazać większym graczom.

– Początkowo trenowałem w Austrii, jednak jeden z moich sponsorów pochodził z Czech, więc przeniosłem się właśnie do Frydlantu. Polubiłem to miejsce i zostałem tam. Nie było żadnych powodów, dla których miałbym się przenieść gdzie indziej. Mam tu wszystko, czego potrzebuję – lotnisko, góry, ładną pogodę, a także duże miasto nieopodal.

– mówi.

Choć stamtąd do Cieszyna ma zaledwie 36 kilometrów, to rzadko wybiera się na treningi do Polski.

– Bywam w waszym kraju może raz do roku. Ale to nie tak, że mam coś przeciwko Polsce. Mieszkam po drugiej stronie Ostrawy, a nie lubię jeździć w jej kierunku. Żyję we Frydlancie od 15 lat i może ze trzy razy dojechałem na rowerze do tego miasta, a to przecież tylko 30 kilometrów. Częściej wybieram inny kierunek. Mieszkam niedaleko gór, które są po drugiej stronie więc zwykle to właśnie tam udaję się na treningi

Polskę odwiedził za to przy okazji Tour de Pologne. Najlepiej wspominać może swój pierwszy start z 2009 roku, gdy jego lider – Edvald Boasson Hagen wygrał dwa etapy i zajął 3. miejsce w klasyfikacji generalnej. Niestety po raz ostatni w naszym wyścigu uczestniczył dwa lata później, w dużej mierze dlatego, że później, w związku ze swoim wielkotourowym wyzwaniem unikał wyścigów znajdujących się w kalendarzu między Tour de France, a Vuelta a Espana (w latach 2012-17 nie wystartował w ani jednym takim wyścigu).

– Naprawdę lubię Tour de Pologne, to piękny wyścig, lubiłem w nim startować, a z tego co z słyszałem, teraz jest jeszcze lepszy niż wcześniej. Niestety po raz ostatni wystartowałem w nim w 2011 roku i uważam, że to jeden z minusów mojego wielkotourowego wyzwania – z jego powodu ominęło mnie kilka wspaniałych wyścigów. Ale cóż, w życiu nie można mieć wszystkiego 

Teraz wiadomo już, że w kolejnych edycjach naszego wyścigu już nie wystąpi. Choć jeszcze w pierwszej połowie roku zapewniał, że nie chce się jeszcze żegnać z kolarstwem, to w październiku zmienił zdanie i ogłosił, że po zakończeniu sezonu zakończy karierę, z której, jak uważa, wyciągnął 100 procent.

– Czuję, że spełniłem wszystkie swoje kolarskie marzenia, no, może poza zwycięstwem etapowym w Tour de France. Jednak niczego nie żałuję, gdybym miał się cofnąć w czasie, nic bym nie zmienił.

Co po karierze?

Australijczyk zdecydował się na podjęcie tej decyzji, ponieważ wciąż ma poważnie ambicje w innej ważnej dla niego dyscyplinie sportu.

 – Bardzo zależało mi na startach w Ironmanie. Z jednej strony kochałem i wciąż kocham kolarstwo, a z drugiej, wiem, że nie jestem coraz młodszy, a im dłużej jestem w kolarstwie, tym mniej czasu będę miał na starty w tej dyscyplinie.

Australijczyk nie byłby pierwszym byłym kolarzem, który po karierze rozpoczął starty w triathlonie. Z powodzeniem robią to również inni, choćby Alexander Vinokourov czy Laurent Jalabert, którzy w 2019 roku wygrali zawody w swojej kategorii wiekowej podczas mistrzostw świata w ½ Ironmana. Plany Australijczyka są jednak zdecydowanie bardziej ambitne.

Chcę skupić się na startach w kategorii dla zawodowców. Nie będę rywalizować w grupach wiekowych. Zamierzam zaangażować się w to bardzo poważnie

– zapowiada.

Jednak jego sportowe plany nie kończą się tylko na tym. Były już zawodnik Lotto Soudal wciąż zamierza pielęgnować swoją miłość do wspinaczki. W przeszłości kilkukrotnie wybierał się już w Himalaje i zdobył tam kilka mniejszych szczytów, ale na tym nie zamierza kończyć swojej przygody z wysokimi górami:

Pewnego dnia chciałbym zdobyć Everest. Co ciekawe już niebawem jadę w Himalaje, by zrobić trasę dookoła Annapurny na swoim Fat Bike’u

Oczywiście plany Hansena na “emeryturze” nie kończą się tylko Ironmanie, co nie powinno nikogo dziwić, bowiem Australijczyk znany jest z tego, że jeszcze w czasie kariery był bardzo aktywny w różnych dziedzinach życia. Zaprojektował własne buty kolarskie, aktywnie uczestniczył w życiu CPA (Stowarzyszenie Kolarzy Zawodowych), a także stworzył stronę internetową, mająca ułatwić radzenie sobie przez kolarzy Lotto Soudal z logistycznymi wyzwaniami. 

Dość szybko znalazł sobie sposób na to, by połączyć swoją pasję do technologii z olbrzymim doświadczeniem nabytym w czasie 14 sezonów spędzonych w kolarstwie na najwyższym poziomie. Jeszcze w 2019 roku rozpoczął swoją pracę dla LEOMO – mającej siedzibę w Kolorado (ale założonej przez dwóch Japończyków) firmie, która zajmuje się projektowaniem i produkowaniem innowacyjnego sprzętu sportowego. Jak zdradza – to właśnie z tym podmiotem wiąże swoją zawodową przyszłość. Cóż, wygląda na to, że Australijczyk, pomimo końca kariery, nie będzie się nudzić.

 

 

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments