fot. CCC Team

Kamil Małecki ma za sobą już dwa tygodnie pierwszego wielkiego touru w karierze. W obszernym wywiadzie Polak opowiedział nam o swoich wrażeniach dotyczących przebiegu wyścigu, planach na kolejne dni, a także o przenosinach do Lotto Soudal.

Jak noga? Za tobą już dwa tygodnie ścigania w Giro d’Italia. Tak długiego wyścigu jeszcze nie jechałeś…

Odczuwam już zmęczenie, bo w tym roku Giro jest naprawdę bardzo ciężkie. Wczoraj mieliśmy bardzo trudny dzień w górach. Na początku etapu musieliśmy gonić ucieczkę przez ponad 40 kilometrów, bo chcieliśmy doprowadzić do niej Ilnura, któremu na początku nie udało się w nią zabrać. Nawet przez moment byliśmy bardzo blisko. Brakowało nam zaledwie 20 sekund, ale wtedy Ilnur trochę pospieszył się z atakiem – zrobił to na takim krótkim przegibku, a plan był taki, żeby poczekał na dłuższy, około sześciokilometrowy podjazd.

Żałuję tego, bo pracowaliśmy naprawdę ciężko – przez 40 kilometrów szliśmy va banque. Gonitwa za dwunastoma kolarzami, w dodatku z takimi nazwiskami jak Thomas De Gendt czy Rohan Dennis to nie jest łatwa sprawa. W czasie kolejnych kilometrów bardzo mocno odczuwaliśmy konsekwencje tego wysiłku. Gdy główna grupa się podzieliła, ja zostałem z tyłu. Próbowałem przeskakiwać z Diego Ulissim i trzema innymi kolarzami, ale czułem, że w baku brakuje mi już paliwa, dlatego w końcu odpuściłem i poczekałem na grupetto. 

Niestety jak do tej pory wyścig nie układa się po waszej myśli. Pomarańczowe koszulki rzadko widać z przodu. Z czego to wynika?

Na początku naszym głównym celem była pomoc Ilnurowi, który miał walczyć w generalce. W pierwszej części wyścigu mieliśmy być przy nim, osłaniać go, a gdy trochę tracił, dociągać do pierwszej grupy. Tyle że teraz wszystko się zmieniło Ilnur stracił w generalce, więc teraz będziemy mieć wszyscy nieco więcej szans na to, by pojeździć na własną rękę. Myślę, że dobrze wykorzystamy tę szansę. Nie mamy nic do stracenia. Ja już kilka razy próbowałem zabrać się w odjazd, ale naprawdę nie jest lekko – jest zdecydowanie trudniej niż na Tour de Pologne i pozostałych wyścigach, w których brałem udział wcześniej. Na razie mi nie idzie, ale może na kolejnych etapach…

Kiedy planujesz kolejną próbę?

Już jutro. To będzie fajny odcinek, myślę, że nawet pode mnie. To jest bardzo fajna runda, z trzykilometrowym podjazdem, który pokonamy trzykrotnie. Dlatego zrobię wszystko, by znaleźć się w ucieczce. Jeśli mi się to uda, to stanę przed olbrzymią szansą, bo nie będzie komu kontrolować odjazdu. Lider na pewno nie będzie szastał siłami swoich pomocników, a dla większości sprinterów ten etap będzie zbyt trudny. Być może gonić spróbuje BORA, która będzie chciała wspomóc Sagana w walce o koszulkę najlepszego sprintera, ale niewykluczone, że Słowak sam znajdzie się w odjeździe. Dlatego jest szansa, że ucieczka dojedzie do mety, a jeśli tak się rzeczywiście stanie, to spróbuję powalczyć o zwycięstwo.

Wróćmy na chwilę do Zakarina. Widać po nim, że wciąż czuje skutki urazu, doznanego na Tour de France?

Myślę, że tak. Miał połamane żebra i wciąż odczuwa w nich ból, więc na pewno nie jedzie mu się komfortowo. Trudno było mu też przygotować na ten wyścig bardzo dobrą dyspozycję, bo z uwagi na uraz raczej nie mógł trenować ze stuprocentowym natężeniem. Mimo to wydaje mi się, że z dnia na dzień będzie z nim coraz lepiej i jeszcze  podczas tego wyścigu zdoła powalczyć o jakieś zwycięstwo

Ten wyścig jest dość dziwny. Z powodu pandemii organizatorzy musieli wprowadzić szereg środków mających na celu zahamowanie wirusa. Czy wszystkie te obostrzenia są dla ciebie bardzo uciążliwe?

Raczej nie, choć przyznaję, że zespół robi bardzo dużo, by zabezpieczyć nas przed zakażeniem. Unikamy kontaktu z kibicami i osobami spoza bańki, cały czas używamy maseczek i żeli antybakteryjnych. Organizatorzy oczywiście również robią wszystko, by zapewnić nam bezpieczeństwo, ale niestety wirusa nie da się powstrzymać całkowicie. Na podjazdach zawsze stoi wielu kibiców bez maseczek, krzyczą, dopingują, a to zawsze powoduje, że jest jakieś ryzyko. To nie jest dla nas dobra sytuacja, bo kilka przypadków wirusa w naszej ekipie może się skończyć tym, że będziemy musieli się wycofać. To nie jest miłe, ale na razie jesteśmy dobrej myśli. Wczoraj mieliśmy zrobione testy i czekamy na wyniki.

Właśnie, czy świadomość tego, że nie możecie dokończyć wyścigu albo, że cały wyścig w każdej chwili może zostać przerwany, wpływa jakoś na waszą strategię?

Ja osobiście mam nadzieję, że dojedziemy do końca i od początku myślałem w perspektywie trzech tygodni. Widzę, że ekipy robią wszystko, by zahamować wirusa. Gdyby wyścig potrwał dwa tygodnie to czułbym mocny niedosyt. Ukończenie takiego Giro byłoby wtedy dla mnie zdecydowanie mniej satysfakcjonujące. Nasze kierownictwo też wierzy, że dojedziemy do Mediolanu, bo wprawdzie niektóre drużyny złożyły wniosek o skrócenie wyścigu, ale został on odrzucony. Dlatego ewentualna groźba przedwczesnego zakończenia nie ma specjalnie dużego wpływu na naszą jazdę. Staramy się o niej nie myśleć i po prostu robić swoje.

Teraz myślisz tylko o zwycięstwach etapowych, a czy uważasz, że za jakiś czas będziesz mógł walczyć w klasyfikacjach generalnych wielkich tourów?

Raczej nie jestem do tego stworzony. Nie jestem typowym góralem i raczej nigdy nim nie będę. Lubię góry, ale takie nieco mniejsze, jak te, przez które przejeżdżaliśmy podczas Tour de Pologne. Fakt, cały czas się poprawiam, w ciągu ostatnich kilku miesięcy zrzuciłem trochę kilogramów, ale nie jestem i nie będę w stanie utrzymać tempa takich kolarzy jak Majka czy Nibali. 

W naszym narodowym wyścigu zająłem 6. miejsce, ale ciężko będzie mi kiedykolwiek powtórzyć taki wynik w wielkim tourze i to nie tylko z powodu gór. Tam ścigaliśmy się przez pięć dni – tu mamy trzy tygodnie. Trzeba przejechać 21 etapów ze świadomością, że jakiekolwiek straty mogą być bardzo kosztowne, trzeba jechać cały czas z przodu… Wydaje mi się, że także w kolejnych latach bardziej skupię się na wyścigach klasycznych i krótkich etapówkach, a w wielkich tourach będę walczył jedynie o etapy. Chcę być kolarzem wszechstronnym. Już teraz jestem w stanie zafiniszować z małej grupki i liczę, że wykorzystam to, gdy zacznę częściej jeździć w klasykach.

To jednak dopiero za kilka miesięcy. A jakie są twoje plany na najbliższą przyszłość? Giro jest twoim ostatnim wyścigiem w tym sezonie?

Tak.

W takim razie będziesz miał zdecydowanie więcej czasu wolnego niż w ciągu kilku ostatnich miesięcy. Jak zamierzasz go wykorzystać?

Przez dwa tygodnie będę jeszcze jeździł na rowerze, ale potem zrobię sobie przerwę. Wreszcie będę miał czas, by spędzić więcej czasu z rodziną. Na pewno kilka razy wybiorę się na ryby albo na zwykłe spacery. Muszę także popracować nad swoim angielskim.

Pewnie z powodu transferu do Lotto Soudal…

To też, ale nawet gdybym nie zmieniał ekipy, chciałbym go poprawić, ponieważ nie jest na takim poziomie, na jakim bym chciał. Zależy mi na tym, by był na tyle dobry, żebym nie miał żadnego problemu z normalną rozmową. Wprawdzie teraz, jeśli ktoś mówi w miarę wolno, jestem w stanie się z nim dogadać, ale i tak chcę czegoś więcej.

W razie czego, w swoim nowym zespole będziesz mógł również rozmawiać po polsku, ponieważ kontrakt z Lotto przedłużył Tomasz Marczyński. Czy jego obecność miała jakiś wpływ na twoją decyzję o transferze?

Szczerze mówiąc Lotto było jedyną ekipą, która złożyła mi ofertę kontraktu. Jeszcze nie kontaktowałem się z Tomkiem. Nie byłem pewien, czy zostanie w zespole – dziś dowiedziałem się, że tak, co bardzo mnie cieszy, bo będzie mi raźniej. Łatwiej będzie mi też odnaleźć się w zespole, a poza tym fajnie, że będę mógł używać także polskiego języka.

A jak będą wyglądać twoje zadania w nowej ekipie?

Na pewno będę dużo pracował na liderów i właśnie to będzie moim głównym zadaniem, ale też myślę, że dostanę swoje szanse na to, by pojechać na siebie. Będę mógł się zabierać w odjazdy i być może w ten sposób uda mi się coś osiągnąć, zaplusować u szefów ekipy i wspiąć się wyżej w hierarchii. Wiem, że stoję przed dużą szansą i mam nadzieję, że uda mi się ją wykorzystać.