Fot. UCI

Ostatni dzień mistrzostw świata przynosi zazwyczaj odpowiedź na przedostatnie z ważnych pytań sezonu, w perspektywie pozostawiając jedynie spadające liście i hipnotyzujące chłodem jezioro. Tegoroczny wyścig ze startu wspólnego elity mężczyzn, choć rozgrywany w tradycyjnym terminie, znalazł się w samym środku wywróconego do góry nogami kalendarza, a przeniesienie go naprędce do Imoli pozwala wierzyć, że świeżo upieczonym posiadaczem tęczowej koszulki będziemy się mogli cieszyć podczas wielu wielkich imprez.

Gdyby istniał szósty monument, byłby nim nie romantyczny Strade Bianche, ale wyścig ze startu wspólnego mistrzostw świata. A jeśli nim nie jest i nigdy nie zostanie, to dlatego, że każdego roku zmienia swoją lokalizację, charakter i pulę zawodników predestynowanych do odniesienia zwycięstwa. Jedna rzecz pozostaje jednak bez zmian: nagroda w postaci tęczowej koszulki, która w ogólnej świadomości co prawda przegrywa pod kątem rozpoznawalności z maillot jaune, ale jako jedyna wyróżnia triumfatora wyścigu ze startu wspólnego przez okrągły rok. 

Pod tym względem schyłek sezonu wydaje się do rozgrywania mistrzowskiej imprezy najwłaściwszym momentem, jednak nie ma co się łudzić, że takie właśnie miejsce w kalendarzu gwarantuje ukoronowanie najlepszego zawodnika na przestrzeni minionych kilku miesięcy. To, czy organizacja mistrzostw świata jest dobrym biznesem, to obszerny temat na odrębny i niekoniecznie pochlebny artykuł, ale trzeba mieć w pamięci, że nadrzędnym celem corocznej zmiany scenografii jest umożliwienie wywalczenia tęczowej koszulki choć raz w karierze najlepszym kolarzom każdej specjalizacji – przynajmniej w teorii. Czym innym jest bowiem praktyka i nie potrzeba wyjątkowo dogłębnych analiz, by przekonać się, że typowi sprinterzy i górale tych szans otrzymują w stosunku do specjalistów od mniej lub bardziej pagórkowatych wyścigów jednodniowych dość mało.

Bardzo nietypową mogła się zatem wydawać sytuacja, w której zaledwie dwa lata po Innsbrucku miały zostać rozegrane kolejne mistrzostwa świata, których wyścig ze startu wspólnego dość jednoznacznie dedykowany był świetnie wspinającym się zawodnikom. Z drugiej strony wynikało to z faktu, że kolejne planowane edycje imprezy we Flandrii, Wollongong, Glasgow i Zurychu nie dadzą kolarzom tej specjalności wielkich nadziei na sukces. Tyle jednak o tym, co już się nie wydarzy.

Kiedy przeniesienie tegorocznej edycji mistrzostw świata z Aigle/ Martigny do Imoli okazało się koniecznością, przedstawiciele UCI obiecywali, że zaprojektują wyścig ze startu wspólnego odpowiadający poziomem trudności temu, który miał być rozegrany w Szwajcarii. O ile jednak bazowanie na samych liczbach pozwala myśleć, że z 4623 metrami przewyższenia trasa we włoskiej Emilii-Romanii bije na głowę oryginalne 3852, zupełnie inne rozłożenie akcentów sprawia, że faworyzować będzie ona zawodników innego typu. W poprzedniej wersji metry pokonywane w pionie sprowadzały się wyłącznie do umieszczonego w drugiej części rundy Col de la Petit Forclaz (4 km, śr. 10,2%), który tym samym musiał się stać decydującym akcentem rywalizacji, podczas gdy w Imoli krótkie podjazdy równomiernie rozsiane zostały na całym okrążeniu, dość znacząco zmieniając rodzaj związanego ze wspinaczką wysiłku i kolejny raz przechylając szalę na korzyść specjalistów od pagórkowatych wyścigów klasycznych, w dodatku obdarzonych niezłym sprintem. Przyjrzyjmy się zatem bardziej szczegółowo, w jakim terenie już jutro przyjdzie elicie mężczyzn walczyć o wymarzony tęczowy trykot.

Łącznie pokonanych zostanie 9 rund o długości 28,8 km, bez jednego kilometra, który ucięty został na samym starcie (zneutralizowane okrążenie po torze Imola), co składa się na bardzo klasyczny dla mistrzowskiej imprezy dystans 258,2 kilometra.

Odcinek po wyjeździe z Autodromo Enzo e Dino Ferrari to typowy false flat wiodący na południe do miejscowości Bergullo, gdzie po krótkim zjeździe mieniący się narodowymi barwami peleton napotka pierwszą z dwóch wyraźnych dominant wytyczonej na niedzielę trasy – podjazd pod Mazzolano (2,8 km, śr. 5,9%, max. 15%), najtrudniejszy na inaugurującym wspinaczkę 1000 metrów (śr. 9,6%, max. 15%). Trudny, techniczny zjazd poprowadzi do Riolo Terme, skąd rywalizujący zawodnicy udadzą się na zachód, do położonej na przeciwległym krańcu rundy ze startem i metą w Imoli Isoli (zabawne, ale potencjalnie kłopotliwe podobieństwo nazw).

Tuż za półmetkiem, po zmianie kierunku na północny, rozpocznie się wspinaczka na drugi z podjazdów dnia – Cima Gallisterna (2,7 km, śr. 6,4%, max. 15%), którego największą trudność stanowi jego środkowa część, a wierzchołek poprzedzony jest niewielkim zjazdem. 

Finałowe 11,9 kilometra rundy to pozbawiony większych przeszkód, najpierw nieco mocniej, a później słabiej opadający teren. Ostatnie niewielkie wzniesienie (ok. 500 m) pokonane zostanie już na torze Imola, a jego szczyt od linii mety dzielić będzie 2,5 kilometra. Wieńczące rywalizację 1000 metrów jest płaskie.

Nawet najbardziej górzysta edycja Tour de France nie może się równać z długimi miesiącami rozpoczynającego się w styczniu sezonu, dlatego w przypadku tegorocznego wyścigu ze startu wspólnego elity mężczyzn czynnik zmęczenia będzie odgrywać nieco mniejszą niż zwykle rolę, a spektrum faworytów wydaje się bardzo szerokie.

Wyliczankę rozpoczniemy od Duńczynów, którzy co prawda wystartują w składzie pozbawionym cały czas aktualnego mistrza świata, ale ze świetną alternatywą w postaci rewelacyjnie sprawdzającego się w tego typu terenie Jakoba Fuglsanga. Przeżywający swoją drugą młodość 35-latek jest jednym z zawodników, którzy do triumfu potrzebują ciężkiego wyścigu i taktycznego sprytu, bo niewielu jest na liście startowej kolarzy obawiających się sprinterskiego pojedynku ze srebrnym medalistą Igrzysk Olimpijskich w Rio. Taktyczne rozgrywki w końcówce powinna Duńczykom ułatwić obecność Michaela Valgrena, który ma na koncie jeden z najbardziej anonimowych występów w niedawnej Wielkiej Pętli, ale wyniki uzyskiwane przez niego w ardeńskich klasykach mówią same za siebie.

Pisząc o Ardenach płynnie przechodzimy do Belgów, którzy historycznie miewali mocniejsze składy, ale rzadko tak łatwych do jednoznacznego wskazania liderów. Oczywiście można argumentować, że pozbawione większych wzlotów podrygi Grega Van Avermaeta podczas Tour de France służyły przygotowaniu formy na mistrzowską imprezę, a jego złoty kask przypomina, że w korzystnych okolicznościach potrafi on sobie poradzić z trudniejszymi podjazdami, ale preferowany przez niego scenariusz jest jednocześnie takim, który sprzyjać będzie triumfowi Wouta Van Aerta. Obecnie niewiele jest zresztą możliwych do wytyczenia tras i możliwych do wprowadzenia taktycznych rozwiązań, które by jednoznacznie przekreśliły szanse rewelacyjnego 26-latka, a jego wynik z piątkowej jazdy indywidualnej na czas wytrąca z rąk argument o zmęczeniu wysiłkami na francuskich szosach. Jego największym problemem będzie brzemię bacznie obserwowanego przez wszystkich faworyta wyścigu, ale lata panowania Petera Sagana dowiodły, że w narodowych reprezentacjach znacznie trudniej o budowanie koalicji przeciwko jednemu zawodnikowi – szczególnie, jeśli ma on po swojej stronie jeden z najmocniejszych i najbardziej licznych składów. 

Myśląc o dość mało prawdopodobnym wariancie zbyt trudnym dla Van Aerta, trudno sobie go wyobrazić bez udziału choć jednego z dwójki Słoweńców, którzy między sobą rozegrali tegoroczną edycję Wielkiej Pętli. Tym razem, zamiast tworzyć tymczasowe koalicje, Primoz Roglic i Tadej Pogacar wystąpią w tych samych barwach, ale efekt może być ten sam. Mówiąc o czystym potencjale, ten pierwszy bowiem ma wszelkie predyspozycje, aby świetnie spisywać na tego typu trasach, ale wyniki nigdy tego nie potwierdziły, podczas gdy drugi miewał zauważalne przebłyski w niższych kategoriach wiekowych i znajduje się na fali.

Z interesującym składem wystartują w niedzielę niespodziewani gospodarze tegorocznych mistrzostw świata, a więc Włosi. Biorąc pod uwagę charakterystykę trasy i bieżącą formę, na pierwszy plan wysuwa się Diego Ulissi, choć nawet jego niedawne zwycięstwo w Tour de Luxembourg nie pozwala zapomnieć, że przez preferowaną przez siebie bardzo defensywną postawę w końcówkach kolarz ten zazwyczaj marnuje swój spory potencjał. Spośród wielu kart, po które reprezentanci Italii mogą jutro sięgnąć, warto też zwrócić uwagę na Damiano Caruso, Alberto Bettiola, Vincenzo Nibalego, Fausto Masnadę i Andreę Bagiolego. Aż głowo boli od tego przybytku, mamma mia.

O ile więc Włosi mogą postawić na niemal każdego ze swoich reprezentantów, Francuzi staną na starcie z wyraźnym liderem w osobie Juliana Alaphilippe’a. To prawda, że w tym roku jego on nieco gorszą, trochę zdekoncentrowaną wersją samego siebie, jednak wyścigi jednodniowe rządzą się własnymi prawami, a rzadka dla niego sytuacja znajdowania się poza zasięgiem radaru może przemówić na jego korzyść. O tym, że 28-latek potrafi wykazać się na tego typu trasie nie trzeba nikogo przekonywać, dlatego o wszystkim zadecyduje forma dnia i podejmowane w ułamku sekundy decyzje taktyczne. Dość alternatywnym, ale mimo wszystko interesującym planem B może się okazać aktywny podczas ostatniego tygodnia Wielkiej Pętli Valentin Madouas, na pewno mniej pilnowany przez rywali od swojego bardziej utytułowanego rodaka.

Wśród licznej grupy kolarzy, którzy wystartują w roli niekwestionowanych liderów swoich reprezentacji znajduje się również Michał Kwiatkowski, wspierany przez Michała Gołasia, Stanisława Aniołkowskiego, Kamila Małeckiego, Łukasza Owsiana i Macieja Paterskiego. Podobnie jak Van Aert, Alaphilippe i inni zawodnicy o zbliżonej charakterystyce, 30-latek jest stworzony do rywalizacji na tego typu trasie, a do tego nie musi ograniczać się do jednego wariantu taktycznego, mogąc postawić zarówno na ofensywę, jak i czekać na sprint z niewielkiej grupy. Forma na Tour de France dopisywała, czego najlepszym dowodem jest wygrany etap, a jego triumf w Clasica San Sebastian z 2017 roku pozwala wierzyć, że trzy tygodnie wielkiego touru w nogach nie będą mieć negatywnego wpływu na dyspozycję dnia. Przeciwnie, zazwyczaj blednącemu u schyłku sezonu Kwiatkowskiemu bardzo nietypowy kształt tegorocznego kalendarza może pomóc w powtórzeniu sukcesu z Ponferrady.

Z Hiszpanami sprawa jest trudna, bo skład (jak zwykle) mają mocny, tylko góry za małe, a Alejandro Valverde zbyt starego. Jutrzejsza trasa, jak wiele innych, uszyta jest na miarę 40-latka z Murcji, ale jeśli potrzebował aż 38 lat, by sięgnąć po swój pierwszy tytuł, to wydaje się mało prawdopodobne, żeby zdołał powtórzyć to teraz, kiedy jest już cieniem swojej nie tak znowu dawnej świetności. Jak jednak wiemy, gdy odrzucisz to, co niemożliwe, wszystko pozostałe, choćby najbardziej nieprawdopodobne, musi być prawdą, a ten kultowy cytat z Artura Conana Doyle’a, Alejandro Valverde i dziwny rok 2020 jakoś do siebie pasują, dlatego nie zamierzamy go przedwcześnie skreślać. Jednocześnie nie sposób nie zauważyć, że granie przez zdolnych do kontrolowania przebiegu wyścigu Hiszpanów na tę konkretną kartę może doprowadzić do podarowania zwycięstwa przykładowemu Van Aertowi, więc być może zdecydują się postawić na nieco bardziej ofensywną strategię z udziałem Pello Bilbao, Marca Solera czy Mikela Landy.

Drugą z reprezentacji, która z pewnością ubolewa nad zamianą Martigny na Imolę muszą być uwielbiający wysokie góry Kolumbijczycy. Doświadczony Rigoberto Uran lubi wyścigi jednodniowe i przynajmniej od czasu do czasu zdarza mu się wykręcać w narodowych barwach wynik ponad stan, jednak można podejrzewać, że tym razem ostatni tydzień Tour de France za bardzo dał mu w kość. W tej sytuacji niezłym planem B może okazać się Sergio Higuita, choć również z zastrzeżeniem, że zdołał w pełni dojść do siebie po niedawnej kraksie.

Grupę mocnych składów zamykają Australijczycy, z okrytym blaskiem swojego najlepszego wyniku w karierze Richiem Porte i Michaelem Matthewsem. 35-letni Tasmańczyk i wyścigi jednodniowe to światy, które nieczęsto się łączą, ale z kończeniem przez niego wielkich tourów bywało dotąd podobnie, więc kto wie, czym nas jeszcze w tym roku zaskoczy? Ciągle, stawianie na Matthewsa wydaje się znacznie bezpieczniejszym wyborem, bo może on sobie pozwolić na sprinterski pojedynek z dosłownie każdym zawodnikiem w stawce, a do tego powinien sobie poradzić z jutrzejszymi podjazdami. Problem jedynie w tym, że Bling tak po prostu rzadka wygrywa. Pewną rolę w przypadku późnego odjazdu, który nie powinien był dojechać, a jednak tak się stało, może też odegrać sprytny Simon Clarke.

Na koniec przedstawiamy kolarzy, którzy jak najbardziej mogą liczyć na bardzo dobry wynik w wyścigu ze startu wspólnego, ale licząc głównie na siebie. Kolejność nieprzypadkowa: Marc Hirschi (SUI), Michael Woods (CAN), Tom Dumoulin (NED), Maximilian Schachmann (GER), Alexey Lutsenko (KAZ), Richard Carapaz (ECU), Tom Pidcock (GB), Sepp Kuss (USA) i George Bennett (NZL).

Wyścig ze startu wspólnego elity mężczyzn mistrzostw świata Imola 2020 odbędzie się w niedzielę, 27 września.

Relację na żywo z wyścigu będzie można śledzić na antenie stacji Eurosport od godz. 9:40