fot. ASO / Pauline Ballet

Pierwszy tydzień pandemicznego Tour de France 2020 za nami. Nie da się ukryć, że z niewielkimi przerwami, oglądaliśmy kawał dobrego ścigania na kosmicznym poziomie. Czas na oceny podsumowujące pierwszy tydzień rywalizacji.

Plusy:
Francuski odlot
W tegorocznym wyścigu wiemy 2 rzeczy – po 1, do samego końca nie będzie wiadome kto go wygra. Po 2, to, na jakim poziomie ścigają się najlepsi górale jest niewiarygodne. Tadej Pogacar pobił w Pirenejach 2 rekordy (podjazdy pod Col de Peyresourde i Col de Marie-Balnque), a mimo to nie jest liderem klasyfikacji generalnej. Ba, co najmniej 8 innych zawodników było od niego niewiele gorszych na do tej pory najtrudniejszych odcinkach. Tak niezwykłego wyścigu nie było od dawna i oby tak dalej.

Holenderski czołg
Choć początkowo zastanawialiśmy się, czy ekipa Jumbo – Visma będzie w stanie nawiązać walkę z ekipą Ineos, dziś już wiemy, że Holendrzy są zdecydowanie mocniejsi i robią wszystko, by tegoroczny Tour zapisał się w ich historii złotymi zgłoskami. Znakomity wyścig jadą do tej pory przede wszystkim lider Primoz Roglic oraz Wout van Aert i wszystko wskazuje na to, że obaj nie mają zamiaru się zatrzymywać.

Kolumbijski kwartet
Kolumbijskie kolarstwo od kilku lat należy do absolutnego światowego topu. W tegorocznym wyścigu kolarze z Ameryki Południowej zalali wręcz czołówkę klasyfikacji generalnej. W walce o zwycięstwo w całym wyścigu wciąż liczą się Egan Bernal, Nairo Quintana, Rigoberto Uran i Miguel Angel Lopez. Zważając na fakt, że każdy z nich najlepiej czuje się na większych wysokościach, na pewno możemy spodziewać się ich walki w Alpach.

Francuski kopciuszek
Jeśli ktokolwiek postawił przed wyścigiem, że Guillaume Martin będzie na trzecim miejscu w klasyfikacji generalnej na zakończenie pierwszego tygodnia rywalizacji, dziś pewnie jest bogaty. To, jak fantastycznie jedzie do tej pory lider ekipy Cofidis jest naprawdę imponujące. Nie ma co ukrywać, wszyscy trzymamy za niego kciuki i liczymy, że następne etapy będą dla niego równie udane.

Minusy:
Limit pecha
Jeśli mielibyśmy wybrać najbardziej pechowego zawodnika w światowej czołówce, z pewnością byłby nim Thibaut Pinot. W tegorocznym wyścigu Francuz znów musiał obejść się smakiem i zanotować straty w górach, ze względu na kontuzję pleców, której nabawił się w kraksie spowodowanej przez kibica na pierwszym etapie. Czy to nie brzmi abstrakcyjnie? Niestety wiele wskazuje na to, że znakomity Francuz po wyścigu poważnie zastanowi się nad swoimi kolejnymi celami, gdyż metryka pomału zaczyna przypominać o sobie.

Absolutny koniec marzeń
Przed wyścigiem po cichu liczyliśmy, że Fabio Aru będzie przynajmniej bardzo dobrym pomocnikiem Tadeja Pogacara. Niestety po niedzielnym etapie wydaje się, że Włoch, niezależnie od tego co przechodzi, zbliża się nieuchronnie do końca swojej kariery. Niestety jeden z najbardziej utytułowanych zawodników z półwyspu Apenińskiego z ostatnich lat nie wytrzymał trudów powrotu do formy po ciężkiej kontuzji.