fot. linternaute.com

Kiedy przez lata wspominamy dawne, kolarskie czasy, w naszej pamięci bardzo często pojawiają się takie areny zmagań jak Col du Galibier, Col du Tourmalet, Col de la Madeleine, Passo Fedaia czy Puerto de Navacerrada. Kilkanaście razy peleton Tour de France, naszpikowany legendami tego sportu, finiszował na jednym z najtrudniejszych, o ile nie najtrudniejszym podjeździe w Masywie Centralnym – wulkanie Puy de Dome. 

Od ponad 100 lat Wielka Pętla kojarzy nam się głównie z potwornie ciężkimi etapami rozgrywanymi w Pirenejach lub Alpach. W ostatnim czasie do łask włodarzy wyścigu dostały się Wogezy, które choćby w 2019 roku dały w kość niejednemu góralowi. Kilkadziesiąt lat temu organizowano jednak także potwornie trudne przeprawy przez Masyw Centralny, a dokładniej w jego północnej części. Aż trzynastokrotnie kolarze finiszowali na najmłodszym wygasłym wulkanie we Francji, czyli Puy de Dome, na którego szczyt prowadzi około 14-kilometrowa szosa, wznosząca się ze średnim nachyleniem rzędu 7,5%, co cały podjazd czyni jednym z najtrudniejszych w Europie poza największymi pasmami górskimi.

Historia samego w sobie Puy de Dome jest niezwykle interesująca. Wulkan ten jest częścią całego pasma wygasłych wzniesień, lecz jego ostatnia erupcja nastąpiła około 5760 r.p.n.e, co czyni go najmłodszym tego typu miejscem we Francji. Jego kopułowa budowa pozwoliła jednak poprowadzić trudną szosę na sam szczyt, na którym też postawiono wieżę telekomunikacyjną.

Z wulkanem mieszczącym się nieopodal Clermont – Ferrand wiąże się także inna, bardzo interesująca historia. W liczącym niespełna 150 tysięcy mieszkańców mieście żył bowiem sam Blaise Pascal, który w bezsprzeczny sposób przyłożył się do rozwoju nauki w znaczeniu ogólnym. To właśnie na szczycie Puy de Dome Francuz wraz ze swoim partnerem prowadzili wieloletnie obserwacje i badania ciśnienia atmosferycznego, dzięki czemu dziś możemy mierzyć je, a jakże, w Pascalach.

Nas, jako kibiców kolarstwa, najbardziej interesują jednak czysto kolarskie historie, a tych na Puy de Dome było naprawdę wiele. Podjazd po raz pierwszy na trasie Tour de France pojawił się w 1952 roku, jako miejsce finiszu etapu z Limoges. Wówczas, po niezwykle interesującej walce, jako pierwszy linię mety przekroczył Fausto Coppi, udowadniając, że to on był najlepszy na trasie całego wyścigu. Za jego plecami znaleźli się wówczas kolejno Jan Nolten oraz największy rywal zwycięzcy, Gino Bartali.

Puy de Dome wrócił na trasę Wielkiej Pętli 7 lat później. Wówczas organizatorzy imprezy postanowili na szczyt wulkanu poprowadzić około 13-kilometrową jazdę indywidualną na czas. Jej zwycięzcą, z ogromną przewagą nad rywalami (1’26” nad drugim Charly Gaulem i 6’00” nad liderującym w wyścigu Josem Hoevenaersem) okazał się Federico Bahamontes, który jednocześnie w klasyfikacji generalnej przeskoczył na drugą lokatę, tracąc do jadącej w żółtej koszulce Belga zaledwie 4 sekundy. Jak wiadomo, później to właśnie Hiszpan okazał się zwycięzcą całej imprezy.

Kiedy jeden z najtrudniejszych podjazdów we Francji ponownie pojawił się na trasie TdF, był już rok 1964, a do głosu ponownie dochodzili trójkolorowi. Nie dziwi więc fakt, że oczy wszystkich zwrócone były na legendarny pojedynek dwóch czepmionów – Raymonda Poulidora i Jacquesa Anquetila. Ci, jak można było się spodziewać, zajęli się głównie rywalizacją między sobą, nieco odpuszczając dwójkę dzielnych Hiszpanów – Julio Jimeneza i wspomnianego już Federico Bahamontesa. Kiedy ci dwaj rozpoczęli walkę o etapowy triumf, odrabiający cenne sekundy w klasyfikacji generalnej Poulidor postanowił zaatakować Anquetila, zyskując bardzo cenne 42 sekundy i zbliżając się do lidera na zaledwie 14 sekund w GC. Ostatecznie jednak to Anquetil w Paryżu założył po raz ostatni w 1964 roku koszulkę lidera.

Kolejnym wartym odnotowania wydarzeniem z metą na Puy de Dome był etap Tour de France z 1975 roku. Liderujący w wyścigu Eddy Merckx, zmierzający po kolejne zwycięstwo w wyścigu, został bowiem na podjeździe uderzony przez jednego z kibiców, co mocno utrudniło mu walkę o najwyższe laury. Ostatecznie Kanibal obronił się przed najgroźniejszymi rywalami, docierając na metę jako trzeci, 49 sekund za zwycięzcą, Lucienem van Impe oraz nieco ponad 30 sekund za Bernardem Thevenet, z którym Belg ostatecznie przegrał batalię w klasyfikacji generalnej. O tym, czy to wydarzenie miało wielki wpływ na formę lidera ekipy Molteni, można przeczytać w jego biografii, którą bardzo polecamy na wciąż trwającą kwarantannę.

Po raz ostatni Puy de Dome było obecne na trasie Tour de France w 1988 roku, kiedy to po zwycięstwo w wyścigu pewnie dążył Pedro Delgado. Powodów, dlaczego wulkan nie jest już obecny w międzynarodowym peletonie jest kilka. Po pierwsze, na jego szczycie, przy obecnej pompie logistycznej, ciężko byłoby zorganizować metę etapu. Po drugie, według nieoficjalnych informacji, nie do końca zadowoleni z kolarskich wypadów byli włodarze tamtejszych ziem, którzy po dziś dzień na legendarną szosę wpuszczają kolarzy w określone dni, o określonych godzinach.

Jak już wspomnieliśmy, etapy Wielkiej Pętli kończyły się nad Clermont – Ferrand 13 razy. Co ciekawe, na listę zwycięzców wpisało się aż 11 zawodników. Jedynie Luis Ocana i Joop Zoetemelk zdołali triumfować tam dwukrotnie. Oprócz nich etapy na Puy de Dome padły łupem Fausto Coppiego, Federico Bahamontesa, Julio Jimeneza, Felice Gimondiego, Pierre’a Matignona, Luciena van Impe, Angela Arroyo, Ericha Maechlera oraz Johny’ego Weltza.

Czy jest szansa, że jeszcze kiedyś zobaczymy kolarzy na Puy de Dome? Oby. Skoro na Col du Tourmalet się da, to czemu nie tam?