Foto: Groupama - FDJ

Francja – jedna z kolebek światowego kolarstwa. Od ponad wieku, pozycja Le Touru w światowym peletonie jest niezmiennie niezwykle silna. To z kolei pozwoliło zbudować prawdziwe imperium rowerowej turystyki. W końcu kto z Państwa nie chciałby spędzić wakacji w samym sercu Serre Chevalier? W ojczyźnie Hinaulta czy Pinota jest jednak wiele miejsc, które przez mniej zorientowanych fanów są nieco zapomniane. Zapraszam na krótką wycieczkę do Toulonu!

Choć najpopularniejszym miejscem na zimowe wypady zawodowców i amatorów jest południowa Hiszpania, Lazurowe Wybrzeże w niczym nie ustępuje Calpe czy Lloret de Mar (nie licząc kosmicznych cen). Jest tam wszystko – słońce, morze, góry i gładkie szosy, po których można trenować od wschodu do zachodu. Doskonale zdają sobie z tego sprawę organizatorzy mniejszych francuskich wyścigów, którzy południowe departamenty wykorzystują od wielu lat. W obecnych czasach świadczą o tym takie imprezy jak Tour de la Provence czy Tour du Haut-Var. Wcześniej rozgrywana była jednak impreza zwana “wyścigiem śródziemnomorskim”, czyli Tour Mediterraneen.

Przypomnienie nieistniejącego już wyścigu, bardzo lubianego przez całe rzesze kolarzy ze światowej czołówki ma oczywiście pewien sens. Przez wiele lat, zawodnicy startujący w Tour Mediterraneen, podczas każdej edycji wydarzenia, odwiedzali Tulon, czyli jedno z ciekawszych, a mało popularnych miast na Lazurowym Wybrzeżu.

Z czego Tulon jest znany? Cóż, nie jest to ani Nicea, ani Marsylia, a tym bardziej nie jest to St. Tropez. Miasto liczące ponad 100 tysięcy mieszkańców praktycznie nigdy nie jest brane pod uwagę jako wystrzałowy kurort, pełen restauracji i nocnych klubów. Wpływ na to ma m.in. fakt, iż to właśnie Toulon został wiele lat temu okrzyknięty jedną z głównych baz francuskiej marynarki wojennej. To tam, w 1942 roku doszło do samozatopienia floty trójkolorowych i choć historia lubi się powtarzać, obecnie ponownie masa statków stacjonuje w Tulońskim porcie.

Dla kolarstwa nie jest jednak ważne samo miasto, a miejsce, z którego rozciąga się na nie fantastyczna panorama, czyli Mont Faron. Liczące około 500 metrów wzniesienie jest obecne w peletonie od ponad 60 lat i do dziś pozostaje areną walki wielu zawodników ze światowej czołówki. Dla reprezentantów lokalnego środowiska jest to jednak miejsce znaczące dużo więcej. Na szczycie wzgórza znajduje się bowiem m.in. całkiem spore zoo lub monument upamiętniający bohaterów II Wojny Światowej.

Po raz pierwszy na kolarskich trasach Mont Faron pojawiło się w 1952 roku, podczas pierwszej edycji wyścigu jednodniowego. Nie był to jednak typowy klasyk, a krótka czasówka, prowadząca z Tulonu na szczyt wzniesienia. Pierwsze trzy edycje imprezy padły łupem Jeana-Baptiste Dotto. Później po triumf sięgali z kolei tacy zawodnicy jak Frederico Bahamontes, Charly Gaul, Tom Simpson, Raymond Poulidor czy Jaques Anquetil. Ostatnia edycja wyścigu miała miejsce w 1970 roku, kiedy to najlepszy okazał się z kolei Bernard Thevenet. Wzgórze na kolarskie trasy wróciło w 1976 roku podczas trzeciej edycji Tour Mediterraneen i z niewielkimi przerwami w ostatnich latach, jest obecne na nich do dziś. W tym roku, etap Tour du Haut-Var kończący się nad Tulonem wygrał Julien Bernard, a koszulkę lidera wyścigu utrzymał Nairo Quintana.

Mimo tak bogatej historii, Mont Faron pojawiło się zaledwie raz na trasie Tour de France. Był to w roku 1957, a sam podjazd otrzymał “jedynkę” do klasyfikacji górskiej. Kto był najszybszy? A jakby inaczej, Jean Stablinski! Na jednym z ciekawszych podjazdów w południowej Francji mamy więc także polski akcent.

Niestety, mimo szczerych chęci organizatorów, raczej nie zobaczymy Mont Faron na trasie Le Touru już nigdy więcej. Powodów jest co najmniej kilka. Po pierwsze, dla Le Touru po prostu zabraknie tam miejsca. O ile mniejsze wyścigi logistycznie są w stanie się tam zmieścić, o tyle najważniejszy wyścig na świecie nie ma na to najmniejszych szans. Także typowe “przeloty” przez podjazd wydają się być mało prawdopodobne, gdyż jego lokalizacja nie jest najlepsza dla jakiekolwiek etapu, nawet transferowego.

Już niebawem przesuniemy się nieco na wschód. Tym razem odwiedzimy miejsce, które dla wielu kibiców jest wręcz legendarne.