Fot. Wahoo

Zbliżał się początek sezonu. W kalendarzu mieliśmy zaplanowaną masę wyścigów. Zawodowcy i ambitni amatorzy szykowali nogę w ciepłych krajach, żeby po powrocie z przytupem rozpocząć ściganie. Tak było jeszcze kilka tygodni temu. Teraz wielu kolarzy marzy o tym, żeby w ogóle wyjść na trening. Nic dziwnego, że coraz większą popularnością cieszą się wyścigi wirtualne. 

W sumie może to jest dobry pomysł, żeby kalendarz startów w pierwszej części sezonu przynajmniej częściowo podmienić startami na Zwifcie? Warto zadać sobie pytanie, jakie naprawdę jest to wirtualne ściganie i czym różni się od ściągania na dworze. 

Pierwsze wrażenia wielu, nawet bardzo doświadczonych zawodników, jest takie, że intensywność takich wyścigów jest znacznie większa. W sumie nie ma się co specjalnie dziwić. Typowy wyścig na Zwificie trwa od jednej do dwóch godzin. Druga sprawa to, że w jego czasie w zasadzie mało gdzie możemy odpoczywać. W zakręty wchodzimy na pełnej mocy. Jeśli zjazd nie jest zbyt stromy, to wciąż musimy dość mocno kręcić. Dodatkowo wydaje się, że model w Zwifcie został tak stworzony, że aby utrzymać wysoką pozycję w peletonie, trzeba generować znacznie większą moc, niż w analogicznej, rzeczywistej sytuacji. 

Ciekawie wygląda porównanie jazdy w wirtualnej i rzeczywistej w grupie. Na wykresie poniżej widzimy, ile czasu spędzamy w poszczególnych strefach intensywności (strefy wg. Coggana) w czasie 30 min płaskiego odcinka wyścigu, jadąc w dużym peletonie.

Jak widać ponad połowa, to jazda w strefie pierwszej (poniżej 55% FTP). Z drugiej strony prawie 10% czasu spędzamy w najwyższej, 6. strefie intensywności (ponad 120%FTP). Dodatkowo, przy sporej prędkości 43 km/h, średnia moc potrzebna na utrzymanie się w grupie, to jedynie 176W. Co zobaczymy analizując analogiczną sytuację w świecie wirtualnych wyścigów? Oto jak wygląda 30min w peletonie w czasie wyścigu na Zwift, na płaskim odcinku. 

Jak widać rozkład czasu spędzonego w strefach jest zupełnie inny. Przede wszystkim praktycznie w ogóle nie spędzamy czasu w pierwszej strefie, mimo iż zawodnik jechał na zaawansowanym trenażerze, który dobierał obciążenie w zależności od ukształtowania terenu oraz brał pod uwagę jazdę na kole – czyli w teorii, w grupie powinno być dużo lżej. Większość czasu ulokowana jest w strefie trzeciej i czwartej (Tempo i FTP). Dodatkowo, średnia moc z 30 min to grubo ponad 300 W. Natomiast w strefie 6 zawodnik spędził o połowę mniej czasu niż w poprzednim przykładzie. Co więcej, dokładniejsza analiza pokazuje, że w trakcie wirtualnego wyścigu brak jest tych naprawdę mocnych przyśpieszeń. Zupełnie inaczej niż w rzeczywistym wyścigu z poprzedniego przykładu. Różnicę znakomicie pokazują poniższe dwa wykresy.

Jaki z tego wniosek? Widać wyraźnie, że wirtualne ściganie powinno zaowocować podniesieniem progu FTP, o ile nie przesadzimy z wyścigami i damy sobie trochę czasu na odpoczynek. Gdy popatrzymy na tabelę z wynikami praktycznie z każdego wirtualnego wyścigu, to zauważymy, że średnie moce czołówki są bliskie 5W/kg i to niezależnie od ukształtowania terenu. Wartości w zasadzie niespotykane podczas tradycyjnych wyścigów. Czym bliżej jednak ścigania na szosie czy MTB, tym bardziej powinniśmy pomyśleć o wykonaniu odpowiedniej pracy w najwyższej, szóstej strefie mocy i to w całym jej spektrum. W przeciwnym razie możemy być mocno zaskoczeni po zejściu z trenażera, na pierwszych nie wirtualnych wyścigach.

Rafał Górak – trener Międzynarodowej Unii Kolarskiej UCI, na co dzień pracuje w TTS.coach i  Warszawskim Klubem Kolarskim. Wykładowca matematyki na Politechnice Warszawskiej.