Tomasz Marczyński (Lotto-Soudal) opowiedział nam o tym, jak spędza krajową kwarantannę w Hiszpanii, a także zwrócił uwagę, że z sytuacji związanej z pandemią wirusa Covid-19 (koronawirus) da się wyciągnąć pozytywne wnioski, które będzie można wcielić w życie, gdy wszystko się unormuje. 

Docierają do nas przekazy medialne, z których wiemy, że w Hiszpanii wprowadzono stan alarmowy, z którego wynikają duże restrykcje dotyczące codziennego życia. Jak wygląda obecna sytuacja?

Jedyne przypadki, w których możesz opuścić swój dom, to są te, w których potrzebujesz wyjść po zakupy, do apteki czy po pomoc lekarską. Jeśli masz, to możesz też wyprowadzać psa. Zresztą posiadanie zwierzęcia, z którym trzeba wyjść to teraz taki trik na wyjście na zewnątrz. W innym przypadkach nie możesz opuścić miejsca, w którym mieszkasz. Nie można chodzić po ulicy, przemieszczać się. Miasta są opustoszałe, a za niestosowanie się do ustanowionych przepisów grożą wysokie kary. Generalnie bardzo trudno się żyje.

Na co dzień mieszkasz w Grenadzie. Także tam spędzasz kwarantannę?

Nie. W sobotę po południu zabrałem wszystkie swoje rzeczy i przyjechałem na taką swoją – nazwijmy to – działkę, która znajduje się trzydzieści kilometrów od Grenady. Przebywam tu z dala od rzeczywistości. Rano i po południu pracuję sobie na tej działce. Bawię się w rolnika, żeby wykorzystać ten czas i utrzymać fizyczną formę. Jestem tutaj sam.

Co dokładnie robisz na tej działce?

Muszę zaorać całe swoje pole (dość duży teren), ponieważ planuję zasadzić około pięćdziesięciu drzew awokado. To już zajęło mi prawie dwa dni, a jeszcze nie skończyłem. Później będę musiał wszystko wymierzyć, wykopać dość głębokie dołki, a także uporządkować ogród z drzewami pomarańczowymi. Powiem ci, że jeszcze dużo pracy przede mną. Mam tutaj zajęcie przynajmniej na dziesięć dni, także w sam raz na kwarantannę.

Czy zawodowcy, choćby za okazaniem dokumentów potwierdzających bycie profesjonalnym kolarzem, mogą jeździć na rowerze na świeżym powietrzu?

Nie, w Grenadzie i w całej Hiszpanii nie mogą. Mogą przemieszczać się tylko dostawcy towarów lub pracownicy firm farmaceutycznych, którzy dowożą leki do aptek. W ogóle zabroniono uprawiania sportu, nawet jeśli jest się zawodowcem. Początkowo można było się w ten sposób tłumaczyć, ale teraz jest jasno powiedziane, że nie ma takiej możliwości. Przez najbliższe dni pozostaje więc trenażer i zobaczymy, jak sytuacja się rozwinie.

Czyli rzeczywiście przestrzeganie tego zakazu jest egzekwowane, tzn. policja czy gwardia cywilna wlepia mandaty i odsyła do domu?

Tak, widziałem zdjęcia z niedzieli, na których widać kolarzy zatrzymanych przez Guardia Civil, która wlepiła im mandaty.

Jak dokładnie wygląda teraz twój kolarski trening? Co zalecił tobie trener wobec tego, że nie wiadomo, kiedy odbędą się następne wyścigi?  

Mój plan jest prosty. Jeżdżę na trenażerze co drugi dzień i nie są to dłuższe treningi niż półtorej godziny. Te treningi są trochę bardziej intensywne, z większymi obciążeniami, żeby przypominać mięśniom o dosyć dużych obciążeniach, ale są to ćwiczenia dość krótkie. Tak to będzie wyglądało przez najbliższe dwa-trzy tygodnie. Dodatkowo co cztery-pięć dni staram się popracować nad siłą, więc wykonuję trochę ćwiczeń ogólnorozwojowych, skupionych głównie na dolnych partiach ciała. Poza tym – tak, jak ci wspomniałem – jestem na działce i każdego dnia od trzech do pięciu godzin pracuję fizycznie, więc cały czas mam zajęcie i jestem w ruchu. Nie odczuwam żadnej presji ani nie stresuję się. Myślę, że przynajmniej do początku maja nie będzie żadnych wyścigów, więc zostało minimum półtora miesiąca. Jeśli obecna sytuacja nie będzie trwała dłużej niż trzy tygodnie, to do powrotu do formy, w której byłem przed kwarantanną, będę potrzebował około dwóch tygodni. Także na spokojnie. Staram się czerpać radość także z tej sytuacji – z tego, że mam więcej czasu na inne rzeczy niż kolarstwo, że mogę porozmawiać z rodziną, ze znajomymi. Nie ma tego złego, co by na dobre wyszło.

Preferujesz jazdę na Zwifcie czy po prostu zwykłe treningi na trenażerze ze słuchawkami na uszach?

W internetowej grupie naszej drużyny padła propozycja wspólnej jazdy na Zwifcie, ale ja mam indywidualne treningi rozpisane na trenażer – tak, jak wspominałem – półtoragodzinne. Zaplanowane dla mnie ćwiczenia nie przystają do specyfiki jazdy na Zwifcie. Z doświadczenia wiem, że jeśli w zadanym czasie mam wykonać np. konkretne interwały itp., to lepiej, żebym zrobił to sam słuchając muzyki. Jadąc na Zwifcie nie można realizować swojego planu, ponieważ albo jedziesz z kimś w grupie albo zaczynasz się ścigać. Tak naprawdę robisz to, czego nie powinieneś robić.

W jakim stopniu śledzisz to, co dzieje się w Hiszpanii w kontekście rozprzestrzeniania się wirusa Covid-19?

Staram się raz dziennie zebrać jakieś informacje, zobaczyć np., ile osób jest zakażonych. Moje aktywności i kontakt z ludźmi jest naprawdę bardzo ograniczony, więc stosuję się do tego, co zostało teraz powiedziane, nie ryzykuję. Mam jakieś zapasy jedzenia i myślę, że jakbym się uparł, to przez kolejne dziesięć dni nie musiałbym wychodzić z domu i dałbym radę przeżyć. Stosuję się do tego wszystkiego w stu procentach.

Jak Hiszpanie, twoi znajomi nie tylko ze świata kolarskiego podchodzą do tej sytuacji? W Internecie widziałam, że kreatywność ich nie opuszcza, ponieważ podejmują różnego rodzaju inicjatywy na balkonach swoich domów, klaszczą, grają w gry…

Rzeczywiście, już pierwszego dnia powstał zwyczaj wychodzenia codziennie o godzinie 20 na balkony i klaskania w podziękowaniu za wzajemne wspieranie się, pomoc itd. Tych różnych inicjatyw jest jeszcze całe mnóstwo – np. wychodzi DJ, wystawia głośniki i wszyscy do tego tańczą, ludzie grają od okna do okna w badmintona, padla czy w bingo. Generalnie pozytywnie. Moi znajomi także pozostają w domu, mają kontakt tylko z bliskimi i starają się spełniać te wszystkie wymogi. Niektórzy pracują w sektorach, w których muszą wychodzić, także poruszają się w maseczkach na twarzach. Rozmawiałem z jednym z moich kolegów, którzy pracuje w sektorze farmaceutycznym. Wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że jeśli podporządkują się kwarantannie, to tych zakażeń będzie coraz mniej i szybciej to wszystko się zakończy. Myślę, że wszyscy wyciągniemy z tej sytuacji dużo pozytywnych wniosków. Siedzimy w domach, mniej korzystamy np. z samochodów, więc oczyści się powietrze, ludzie spędzą ze sobą więcej czasu, będzie więcej czasu na rozmowy. Wiesz, jak jest… Sam dostrzegam, że żyjemy coraz szybciej, każdy jest coraz bardziej zajęty. Jak tylko to wszystko się skończy, to wyjdzie nam to na dobre. Ja to widzę w ten sposób.

Robiłeś większe zakupy z myślą o kwarantannie?

Tak, w sobotę byłem na ostatnim długim, sześciogodzinnym treningu, następnie poszedłem do sklepu i zrobiłem większe zakupy. Spakowałem to wszystko, trenażer, rowery i przyjechałem tutaj.

Brakowało jakichś artykułów spożywczych w hiszpańskich sklepach?

Niektórych produktów tak, głównie bazowych. Ja natomiast staram się zaopatrywać jedzeniem BIO, a tego było trochę więcej niż jedzenia podstawowego, mniej zdrowego. Generalnie jednak kupiłem wszystko, co potrzebowałem, także nie ma problemu.

Było mięso?

Od października przeszedłem na wegetarianizm, więc nie mam problemu z ewentualnym brakiem mięsa. W ogóle nie zbliżam się do lodówek, dlatego jeśli nie ma mięsa, to jest problem, który mnie nie dotyczy (śmiech).

Dostaliście jakieś specjalne wytyczne od drużyny Lotto-Soudal na ten czas?

Nieustająco mamy kontakt z naszym menadżerem, który jest z kolei w kontakcie z lekarzami. W Hiszpanii trenował ze mną Stan Dewulf, kilku naszych chłopaków było na Teneryfie, więc w czwartek dostaliśmy polecenie, aby każdy wrócił do miejsca, gdzie na co dzień żyje. Wszyscy się do tego dostosowali i teraz otrzymaliśmy wszystkie zalecenia odnośnie zasad higieny, a także tego, by przestrzegać reguł wyznaczanych przez poszczególne kraje.

Jeśli w Hiszpanii teraz, w obecnej sytuacji, z taką, a nie inną liczbą zakażonych osób można byłoby trenować na szosie, to jeździłbyś?  

Teoretycznie bym jeździł, ponieważ wyjeżdżając na rower nie muszę przejeżdżać nawet przez miasto, od razu wjeżdżam sobie w góry. W normalnych okolicznościach na trasach, na których trenuję podczas czterogodzinnego treningu mija mnie około dwudziestu samochodów. Mógłbym więc pojechać w kierunku, gdzie nikogo bym nie spotkał. Gdyby nie było takiego zakazu, to gdzieś po tych zagubionych w górach drogach bym sobie jeździł. Pod warunkiem, że byłbym sam i jeździłbym tam, gdzie nie ma dużego ruchu.

Jaki jest twój stosunek do tego, że nie ma i w najbliższym czasie nie będzie wyścigów, że być może cały sezon 2020 zostanie całkowicie zrujnowany?

Są w życiu rzeczy ważne i ważniejsze. Sytuacja związana z koronawirusem wzięła górę nad zawodami sportowymi. Oczywiście, każdy z nas od listopada bardzo ciężko trenował, spędzał na rowerze mnóstwo godzin po to, aby teraz się ścigać. Sam miałem wystartować w Strade Bianche, Tirreno-Adriatico, a potem jeszcze przed ardeńskimi klasykami i Giro d’Italia planowałem pojechać na wysokość do Sierra Nevada i tam dalej ciężko trenować. Niestety, tak się wszystko poukładało. Sytuacja jest taka sama dla wszystkich. Skoro coś takiego się zdarzyło, to trzeba to zaakceptować i zrobić wszystko, żeby zapobiec rozprzestrzenianiu się tego wirusa. Nawet jeśli nie zagraża on bezpośrednio twojemu życiu, to będąc zarażonym możesz zarazić innych, np. starszych członków rodziny. Ważniejsze jest czyjeś życie niż zwycięstwo w jakimkolwiek wyścigu. Dlatego nie będę na ten temat nawet dyskutował. Zaczną się wyścigi i wszyscy wrócimy do rywalizacji. Kto chce, może teraz trenować – jedni wciąż na zewnątrz, a inni w domu. Jeszcze będzie mnóstwo okazji do ścigania.

Rozmawiała Marta Wiśniewska