fot. Bahrain - Merida

Kolarstwo to jeden z najbardziej niedocenianych sportów ekstremalnych. W każdym wyścigu prawie 200 mężczyzn, ubranych w lycrę i styropianowy kask, rozpędza się do bardzo wysokich prędkości, ryzykując zdrowie, a nawet życie. W pewnym sensie “prosi” niewiele różnią się od kierowców Formuły 1.

Jeśli bardzo byśmy się postarali, znaleźlibyśmy znacznie więcej podobieństw w kolarstwie i królowej sportów motorowych. Co jednak zdecydowanie najważniejsze dla ludzi jak Toto Wolff czy Zak Brown, w naszej ukochanej dyscyplinie sportu coraz więcej mówi się o osławionych już marginal gains. Aerodynamika, kształty ram, komponenty, kaski, wszelkie możliwe pomiary, podobne do tych zbieranych w pit lane – wszystko to zaczyna wyglądać coraz bardziej “inżynieryjnie”. Nie dziwne więc, że współpracą z kolarskimi ekipami zainteresowały się teamy wyścigowe.

Kiedy McLaren już w ubiegłym sezonie rozpoczął współpracę z Bahrain – Merida, mówiło się, że Zak Brown zdecydował się na innowacyjne rozwiązanie. Co przecież grupa mężczyzn jeżdżąca zawodowo na rowerach może dać tak wielkiej marce? Bardzo dobrze wytłumaczył to wczoraj Toto Wolff, szef Mercedesa. Dla Niemca, rozpoczęcie wspólnego projektu z ekipą Ineos to decyzja zarówno rozwojowa, jak i biznesowa.

Przede wszystkim warto zauważyć, że bardzo zaawansowane technicznie ekipy F1 mogą dać bardzo dużo kolarskim zespołom. Mowa m.in. o możliwości treningu w tunelu aerodynamicznym, który do tej pory był bardzo kosztowny. W drugą stronę z kolei ciekawe rozwiązania mogą przyjść z biegiem czasu. W końcu całe zespoły inżynieryjne z pewnością będą oglądać sesje treningowe z udziałem kolarzy. Może pozycja Rohana Dennisa okaże się przełomowa dla linii aerodynamicznej bolidu od 2021 roku?

Dwa teamy znane z Formuły 1 już rozpoczęły współpracę z kolarskimi odpowiednikami. Co z resztą? Ekipa Red Bulla, podobnie jak w piłce nożnej, z powodzeniem mogłaby stworzyć własny podmiot z licencją World Tour. W końcu obecność w peletonie to znakomita reklama, dzięki czemu nie trzeba by było zmieniać nazwy Toro Rosso. Zespół Ferrari z kolei znakomicie pasowałby do Movistaru. W końcu kto potrafi tak znakomicie popsuć strategię, jak nie oni? Najwięcej problemów ze znalezieniem współpracownika z pewnością miałby Williams. W końcu kto chciałby działać obok firmy prosperującej podobnie do Polskiego Związku Kolarskiego?

Mówiąc zupełnie poważnie, w najbliższych miesiącach możemy być świadkami dalszego przepływu pieniędzy z Formuły 1 do kolarstwa. Szefowie poszczególnych stajni bardzo dokładnie patrzą sobie na ręce i nigdy nie chcą zostawać w tyle. Wejście Mercedesa w kolarski świat może wywołać prawdziwą lawinę.