Foto: @jeffdkennel

W zeszłym tygodniu, podczas zorganizowanego przez Trek-Segafredo spotkania z mediami rozmawialiśmy z Anną Plichtą. Mistrzyni Polski w jeździe indywidualnej na czas powiedziała nam m.in o najlepszym sezonie w swojej karierze, mistrzostwach świata w Yorkshire i… miernikach mocy.

Jesteśmy na Sycylii, już drugi raz przyjechałaś tu w barwach Treka. Jesteś w tym zespole już od roku. Raczej nie żałujesz przenosin do amerykańskiej ekipy…

Jasne że nie, choć przechodząc do drużyny w tamtym roku, miałem lekkie obawy. Sezon 2018 nie był dla mnie najlepszy, m.in. ze względu na zdrowie. Ale zaraz po zmianie ekipy poczułam ogromne wsparcie, nie tylko zawodniczek, ale też całego zaplecza: dyrektorów, lekarzy, trenerów. Wszyscy byli zainteresowani tym, jak wyglądały te moje poprzednie sezony, co było nie tak i chcieli mi pomóc. Gdy czuje się wsparcie od całej ekipy, to człowiek jest inaczej zmotywowany. Atmosfera w tej ekipie jest bardzo dobra, co także pomaga mi na co dzień.

Pracują z wami ci sami ludzie, co w męskim teamie?

Cześć żeńska ekipy ma swoich mechaników, masażystów, ale gdy jedziemy na dłuższy wyścig, dołączają do nas osoby obsługujące drużynę męską. Wszystko jest tu zorganizowane na najwyższym poziomie.

A więc zgadzasz się z tym, że tworzenie kobiecych drużyn obok tych męskich, to dobre rozwiązanie dla kobiecego kolarstwa?

Bardzo dobre, patrząc na stricte kobiece ekipy – nawet te najlepsze, nie mają one aż takiego zaplecza jak my tutaj, gdzie mamy i męską, i kobiecą drużynę. Pod względem organizacyjnym zdecydowanie z nimi wygrywamy. Niczego nam tu nie brakuje i każda z dziewczyn, które znalazły się w tej drużynie, na pewno podniosła swój poziom. Podobnie jest w innych ekipach – spójrzmy na CCC, popatrzmy jak rozwinęła się tam choćby Marta Lach i reszta dziewczyn.

To miało pewnie duży wpływ na to, że ten sezon był dla ciebie bardzo udany. Myślisz, że był on najlepszy w twojej dotychczasowej karierze?

Jak tak głębiej się zastanowię, to tak. Choć ja najbardziej z siebie zadowolona byłam w 2016 – pewnie dlatego, że był to mój pierwszy rok jazdy w zawodowym peletonie i pojawiały się pierwsze wyniki. Ja byłam wtedy mega szczęśliwa. Potem z roku na rok chciałoby się coraz więcej i więcej, a nie zawsze tak było. W tym sezonie wróciłam na ten swój odpowiedni, dobry poziom. Udało mi się wygrać mistrzostwa Polski, co było moim celem na ten sezon, więc mogę być zadowolona. Ponadto, bardzo dobrze pojechałam czasówkę na żeńskiej Vuelcie, nie ukrywam że chciałam pokazać poza Polską, że potrafię jeździć na czas. Na Gracia – Orlova na etapie jazdy na czas zajęłam drugie miejsce, ale wiedziałam że nie było najlepszych dziewczyn. W Madrycie była dużo większa konkurencja, więc jak wykręciłam piąty czas, to zobaczyłam, że mogę powalczyć ze światową czołówką.

Masz 27 lat – wchodzisz w najlepszy wiek dla zawodniczki. Myślisz, że kolejne sezony będą jeszcze lepsze albo przynajmniej równie dobre jak ten obecny?

Mam nadzieję, że będą. Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to liczę na to że w przyszłym roku będę też miała kilka fajnych wyników, z których po zakończeniu sezonu będę mogła być zadowolona.

Gdzie rozpoczniesz przyszły rok?

Już w Australii, więc będzie to zupełnie inny rok jeśli chodzi o przygotowania. Lecę tam bez żadnej presji, bo zajmę w składzie miejsce Lauretty Hanson, która doznała wstrząsu mózgu. W inny sposób przygotowuję się do sezonu 2020, sama jestem ciekawa, jak ten zmieniony cykl przygotowań, wpłynie na moją dyspozycję, jak będę czuła się na wiosnę w Europie. Zobaczymy, czy w sezonie nie przyjdzie taki moment, że będę zmęczona i będę musiała gdzieś odpuścić. Ale jestem dobrej myśli. Na wiosnę, podczas pierwszych kilku wyścigów zazwyczaj miałam problem z tym, by wejść w odpowiedni rytm. Brakowało mi szybkości, dopiero po miesiącu ścigania czułam się dużo lepiej. Teraz być może ulegnie to zmianie.

A jakie są twoje plany po wyjeździe z Antypodów?

W Australii spędzę prawie miesiąc, jadę tam wcześniej, już 2 stycznia, aby się zaaklimatyzować. Następnie mam zgrupowanie z drużyną w Walencji. Pierwsze starty w Europie to Omloop, następnie Strade Bianche oraz Trofeo Alfredo Binda. Moje kolejne starty są uzależnione od tego jak szybko do zdrowia wrócą Lauretta oraz Ellen Van Dijk.

Myślisz, że po wzmocnieniu drużyny świetną 18-latką Elynor Backstedt i znacznie bardziej doświadczoną Lucindą Brand, jesteście w stanie osiągnąć w kolejnym sezonie jeszcze lepsze rezultaty?

Już w tym roku pokazałyśmy, że jesteśmy bardzo mocne, a w kolejnym będziemy w o tyle lepszej sytuacji, że zdążyłyśmy się lepiej poznać. Przejechałyśmy sporo wyścigów razem, dobrze się rozumiemy i to na pewno zaprocentuje. Przyjście Elynor i przede wszystkim Lucindy sprawi, że będziemy miały jeszcze więcej jakości, która rzecz jasna również powinna się przełożyć na wyniki.

Wróćmy na chwilę do Yorkshire, co poszło nie tak w czasówce?

Strasznie długo myślałam o tym starcie i nie mogłam się pozbierać, byłam rozwalona na łopatki. Przed startem mieliśmy wszystko z trenerem zaplanowane, gdzie jaką moc powinnam kręcić, aby zakończyć zawody z dobrym wynikiem. I niby wszystko się udało. Wszystko zrobiłam zgodnie z założeniami – w niektórych miejscach pojechałam nawet mocniej niż zakładaliśmy. Tyle że to nie dało mi dobrego wyniku – uplasowałam się daleko w tyle. To najbardziej boli, że nie było jakiegoś konkretnego błędu, że coś zawaliłam, że nie miałam dnia, że coś poszło nie tak. Ciężko to wytłumaczyć. Vuelta była dwa tygodnie wcześniej i tam pojechałam zdecydowanie lepiej.

Od tego czasu minęło już sporo czasu. Wiesz już czemu tak się stało?

Jedyne co przychodzi mi do głowy to to, że na Vuelcie nie działał mi miernik mocy i jechałam na „czuja”. I tak sobie pomyślałem później, że może te liczby mnie w jakiś sposób ograniczają. Na mistrzostwach świata patrzyłam na licznik i jechałam określoną liczbę watów, być może gdybym tego nie widziała, dałabym radę wykręcić więcej? Może właśnie trzeba zakleić moc na liczniku i nie przejmować się cyferkami? W Yorkshire była długa czasówka i trener mówił mi abym mądrze rozłożyła siły, aby w końcówce nie zabrakło sił. Na początku czułam, że generuję moc którą ustalił mi trener, ale nie było to sto procent. Nie chciałam dokładać na początku, bo to była długa czasówka i nie chciałam aby mi zabrakło siły w końcówce.

Czyli trzeba wam zabrać mierniki mocy (śmiech)?

Chyba tak, czasem na pewno byłoby to korzystne. Wydaje mi się że dziś mamy już obsesję na punkcie cyfr. W kolarstwie trwa wyścig technologiczny, wszyscy wszystko liczą, ważą gramy w rowerach, po treningu patrzą na cyferki. Jasne, bardzo często jest to pomocne, ale nie można z tym przesadzać.

Jak już jesteśmy przy gramach, hamulce szczękowe czy tarczowe?

Tarczóweczki (śmiech), nie wyobrażam sobie powrotu do zwykłych hamulców. Niektórzy jeżdżą na hamulcach szczękowych ze względu na wagę, ale jeśli mamy wyścig w deszczu, to skuteczność hamowania a co za tym idzie bezpieczeństwo jest dużo większe. Albo spójrzmy na klasyki, gdzie jest wąsko i kręto. Z hamulcami tarczowymi na każdym zakręcie mamy przewagę. Fajnie by było, gdyby cały peleton jeździł na tarczówkach, w tej chwili w kobiecym kolarstwie mniej więcej jest pół na pół.

W Syrakuzach rozmawiali Marek Bala i Bartek Kozyra.