fot. Marek Bala

W czwartkowe popołudnie, podczas zorganizowanego przez Trek-Segafredo spotkania z mediami mieliśmy okazję porozmawiać z Vincenzo Nibalim. “Rekin z Mesyny” opowiedział nam m.in o nowym zespole, igrzyskach olimpijskich i przyszłości Giulio Ciccone.

Po trzech sezonach w Bahrain-Merida przeszedłeś do Treka. Jak czujesz się z tym, że swoją przygodę z nową ekipą rozpoczynasz tutaj, w Syrakuzach – nieco ponad sto kilometrów od twojej rodzinnej Mesyny.

Jestem bardzo szczęśliwy. W ciągu ostatnich kilku dni wszystko idzie w bardzo dobrym kierunku. Dobrze mi się trenuje i bardzo się cieszę, że wracam na Sycylię. Po raz pierwszy od dawna miałem okazję wjechać na Etnę podczas okresu przygotowawczego, co też dla mnie bardzo ważne. Mam nadzieję, że kolejne części przygotowań przed sezonem ułożą się równie pomyślnie.

Właśnie, jakie są twoje plany po opuszczeniu największej wyspy Morza Śródziemnego?

Po zakończeniu tego zgrupowania udamy się na Majorkę, gdzie spędzimy kilka dni. Następnie polecimy na Teneryfę. Tam czeka nas obóz wysokościowy. Nie będzie łatwo, ale myślę że ciężkie treningi przyczynią się do moich sukcesów w przyszłym sezonie. Moim pierwszym sprawdzianem będzie Volta ao Algarve. To będzie mój pierwszy wyścig w nowych barwach. Zobaczymy jak mi tam pójdzie, ale oczywiście do wyników w tym wyścigu nie będę przywiązywać szczególnie dużej wagi. Naszym głównym celem będzie przygotowanie się do Giro.

Oby było przynajmniej równie dobre jak poprzednie. Byłeś zaskoczony tym, że tak szybko udało ci się wrócić do dyspozycji sprzed kontuzji odniesionej półtora roku temu podczas Tour de France?

Dla mnie to normalne, że wielkie toury kończę ze świetnymi wynikami. Ale oczywiście – powrót do pełni formy po ciężkiej kontuzji nie jest łatwy, dlatego bardzo się cieszę, że udało mi się tego dokonać. Z tego powodu Giro wspominam bardzo dobrze – po raz pierwszy od 2017 roku stanąłem na podium wielkiego touru. Później było Tour de France i tam wszystko było znacznie bardziej skomplikowane – nie byłem już tak świeży jak na początku sezonu, ale ostatecznie zdołałem sięgnąć po zwycięstwo etapowe. Dlatego jestem bardzo zadowolony z tego, czego udało mi się dokonać w tym sezonie, nawet jeśli jego druga część była dla mnie mniej udana.

Żeby powtórzyć te wyniki będzie ci pewnie potrzebna pomoc ze strony kolegów z zespołu. Zdążyłeś już nawiązać z nimi jakieś relacje?

Jeszcze nie, w końcu spędziliśmy tutaj ledwie trzy dni. Zespół jest bardzo dobrze zorganizowany, co bardzo mnie cieszy, ale jednocześnie sprawia, że nie mamy dużo czasu dla siebie. Oprócz treningów musimy bowiem spędzić dużo czasu biorąc udział w różnych akcjach marketingowych i medialnych. Poza tym testujemy tutaj nowe materiały i rowery, a przecież trzeba pamiętać także o odpoczynku. To wszystko sprawia, że nie mieliśmy się okazji dobrze poznać, ale myślę że będziemy mieć jeszcze kilka okazji na nadrobienie tego.

Jednym z twoich nowych zespołowych kolegów jest Giulio Ciccone, uznawany za nadzieję włoskiego kolarstwa. Co sądzisz o jego potencjale?

Giulio jest bardzo uzdolnionym kolarzem. W tym sezonie zrobił olbrzymi krok do przodu i jestem pod dużym wrażeniem tego co udało mu się osiągnąć. Dlatego teraz, gdy jesteśmy razem w zespole, będę mu się bardzo uważnie przyglądał. Zobaczymy czego dokona w przyszłym sezonie, ale w tym momencie uważam go za olbrzymi talent.

W jednym z wywiadów Giulio mówił, że większość wyścigów spędzi u twojego boku pomagając ci w wygrywaniu wyścigów. Myślisz, że będzie to dobre dla jego rozwoju?

To nie będzie do końca tak. Jak już mówiłem, bardzo doceniam klasę Giulio. To chłopak, który już wiele osiągnął. Ma w sobie coś, co bardzo cenię – nie boi się zaatakować, ma w sobie tą “duszę harcownika”. I ja wcale nie zamierzam tego zmieniać. Nie chcę, by to, że przyszedłem do tego zespołu, nagle zmieniło jego nastawienie. Owszem, czasami będę potrzebował jego pomocy i jestem pewien, że da mi to, czego potrzebuję, ale też nie zamierzam go za bardzo ograniczać. Może być świetną alternatywą dla mnie. Każdemu kolarzowi zdarzają się czasem chwile słabości – mnie też. Może być tak, że będę się źle czuł i nie dam rady ukończyć wyścigu w czołówce, wtedy on będzie mógł mnie godnie zastąpić.

Oprócz niego w twoim zespole jest również inny bardzo uzdolniony kolarz – zaledwie 18-letni Quinn Simmons. Do peletonu wkraczają, często z sukcesami coraz młodsi zawodnicy. Który z “młodych wilczków” najbardziej ci imponuje?

Simmonsa jeszcze nie widziałem w akcji, ale fakt – w tym sezonie młodzi zawodnicy wyglądali bardzo dobrze. Zdecydowanie największe wrażenie robi na mnie Egan Bernal. Ma ledwie 22 lata, a już teraz można mówić o wielu świetnych wyścigach w jego wykonaniu. Wygrał Tour de France, Tour de Suisse, czy Paryż-Nicea, a przecież w innych imprezach również osiągał znakomite wyniki.

Myślisz że w przyszłości Bernal i reszta zapłacą za tak wczesne wejście w dorosły sport? Wielu uważa, że tak.

Ciężko powiedzieć. Ja jestem raczej kolarzem, który rozwijał się krok po kroku. Swoje pierwsze wielkie toury kończyłem w drugiej dziesiątce, w kolejnych udawało mi się dostać do top 10 i dopiero później wskoczyłem na podium – zacząłem od jego najniższego stopnia, by wkrótce zagościć na tym najwyższym. Kariera większości kolarzy w moim wieku i tych nieco młodszych układała się podobnie. Jeszcze niedawno do takich eksplozji talentów, jak te Bernala i kilku jego rówieśników, dochodziło bardzo rzadko i to właśnie dlatego są one czymś tak niezwykłym. To powoduje, że nie sposób przewidzieć, gdzie ci chłopcy znajdą się za pięć czy dziesięć lat. Z pewnością będę bacznie obserwował rozwój ich karier.

Wróćmy jeszcze do twojej kariery. Kilka tygodni temu mówiłeś, że na najbliższych igrzyskach olimpijskich zamierzasz powalczyć o swój pierwszy medal na tej imprezie. Jak myślisz, trasa będzie odpowiadała bardziej góralom, czy puncherom?

Po spojrzeniu na jej profil myślę, że większe szanse dałbym góralom. Takiego samego zdania są zawodnicy, którzy wzięli udział w próbie przedolimpijskiej. Jeśli chodzi o konkretne nazwiska, to na dziś moimi najgroźniejszymi rywalami byliby Julian Alaphilippe i Egan Bernal. Ale zostało jeszcze dużo czasu, wiele może się zmienić. Nie wiadomo, jak na dyspozycję faworytów wpłynie start w Tour de France, może wydarzyć się wiele różnych rzeczy i za kilka miesięcy kandydatów do zwycięstwa będzie można upatrywać w zupełnie innych zawodnikach.

Wielu kolarzy planuje w ramach przygotowań do igrzysk wystąpić w Tour de Pologne. Czy jesteś jednym z nich? I czy wiesz, co będziesz robić po Tokio?

Swojego planu startowego po igrzyskach nie mogę jeszcze zdradzić. Pewne rzeczy zostały już wstępnie ustalone, ale zostało jeszcze bardzo dużo czasu i wciąż nie wiemy wystarczająco wiele, by się tym z wami podzielić. To samo tyczy się Tour de Pologne, choć skłamałbym, gdybym powiedział, że nie rozważam startu w waszym wyścigu. Poważnie biorę go pod uwagę i zastanawiam się między nim, a jeszcze jednymi zawodami. Na pewno wybiorę tą imprezę, która w moim odczuciu najlepiej przygotuje mnie do igrzysk.

A co z innymi prestiżowymi wyścigami jednodniowymi? Na przykład w Liege-Bastogne-Liege – w zeszłym sezonie wróciłeś do pierwszej “10” tego wyścigu…

W tym momencie praktycznie w ogóle nie myślę o klasykach. W przyszłym sezonie, podobnie jak w latach ubiegłych wystartuję w Mediolan-San Remo i Liege-Bastogne-Liege, ale nie będzie to mój priorytet. Moim celem numer jeden pozostanie Giro d’Italia, ponieważ wielkie toury wciąż mnie kręcą. Może i mógłbym skupić się na “staruszce i walczyć o zwycięstwo w tym wyścigu, ale wtedy spadłyby za to moje szanse na dobry wynik w Giro.

Czyli ciężar zdobywania punktów dla Treka podczas klasyków spadnie na Madsa Pedersena i Bauke Mollemę. Ale oprócz nich jest u was jeszcze wiele gwiazd, chyba najwięcej w historii zespołu, którego niedawno zostałeś częścią. Nie wydaje ci się, że teraz ekipa może mieć problem z pogodzeniem ambicji wszystkich swoich kolarzy?

To fakt, mamy wielu mocnych zawodników, ale to nie problem – raczej nasz atut. Kłótnie nam nie grożą. Mamy w końcu wiele wyścigów do przejechania i z pewnością każdy dostanie swoje okazje. Oprócz klasyków są przecież jeszcze prestiżowe tygodniówki. Owszem jeśli chodzi o wielkie toury, nasze cele się pokrywają – Mollema i Porte jadą na Tour de France, ja i Giulio weźmiemy udział w Giro d’Italia, ale spokojnie. Mogę zapewnić, że ewentualne wątpliwości wyjaśnimy sobie przed wyścigiem.

Masz już 35 lat, od około czternastu ścigasz się na najwyższym poziomie. Jak uważasz, ile czasu będziesz w stanie utrzymać się na topie?

Owszem, mam już swoje lata, ale jeszcze w ogóle nie myślę o końcu kariery. Wciąż jestem głodny sukcesów i myślę, że mój stan zdrowia pozwala mi na ich osiąganie. Czuję się świetnie, a każdy sezon jest dla mnie po prostu kolejnym wyzwaniem.

W Syrakuzach rozmawiał Bartek Kozyra.