fot. twitter / ProCyclingStats

Sport to rozrywka, a sportowcy to aktorzy mający przygotować jak najlepsze show, zwykł mówić Peter Sagan. Podobnej maksymy oczekujemy także od UCI, wybierającej kolejnego gospodarza mistrzostw świata. W kibicowskim światku pojawił się już kandydat – Indonezja.

Przez wiele lat, a zasadniczo ostatnią dekadę, UCI rzekomo stawiała na globalizację kolarstwa. W związku z tym do cyklu World Tour dołączono między innymi imprezę na Bliskim Wschodzie czy zorganizowano światowy czempionat w Katarze. Dla fanów sprawa była jednak oczywista – pojęcie globalizacji jest dla działaczy równoznaczne z dużym zastrzykiem gotówki.

Kolarski świat nie lubi jednak próżni, a szczególnie tej występującej przy trasach poszczególnych imprez. Ściganie w Omanie, Katarze czy Zjednoczonych Emiratach Arabskich kojarzy nam się głównie z grupą szejków przyglądających się wyścigowi i miastami pełnymi drapaczy chmur. Na szczęście są na świecie miejsca, z których kibice wysyłają UCI wyraźny sygnał.

Od dobrych kilku lat wiele mówi się o wyścigu Tour du Rwanda, który przyciąga na trasę masy głośno dopingujących fanów. Swoistą mekką afrykańskiego kolarstwa został Mur de Kigali, czyli krótki, lecz bardzo stromy podjazd w stolicy kraju, gdzie podczas wyścigu trudno byłoby zmieścić szpilkę. Ku naszej uciesze musimy przyznać, że kolejny kraj staje się kibicowskim rajem.

W dużej mierze dzięki osobom odpowiedzialnym za portal ProCyclingStats opinia publiczna dowiedziała się więcej o trwającym właśnie Tour de Singkarak w Indonezji, czyli długiej etapówce, pełnej gór i pięknych widoków. Co jednak najważniejsze, przy trasie imprezy z kategorią 2.2 UCI nie brakuje fanów dwóch kółek, którzy z olbrzymią przyjemnością przypatrują się rywalizacji.

Zważając na łatwość w przepływie zarówno ludzi, jak i informacji, może przyszedł czas, aby faktycznie postawić na globalizację kolarstwa? Może to właśnie odpowiedni moment na szersze otwarcie drzwi Afryce i Azji? Sport bez kibiców jest tylko zabawą grupy ludzi w to, kto będzie najlepszy.

Czy szybko doświadczymy dużej imprezy UCI poza najbogatszymi krajami na świecie? Jest to co najmniej wątpliwie. Na szczęście nikt nam nie zabroni marzyć. Kto wie, może następny szef Międzynarodowej Unii Kolarskiej też będzie zwykłym pasjonatem?