Foto: ASO/ Pauline Ballet

Listopad to z pewnością ulubiony miesiąc najlepszych kolarzy na świecie. Po wielu tygodniach ciągłej rywalizacji przeplatanej z ciężkimi treningami, w końcu przyszedł czas na odpoczynek. My z kolei w tym czasie możemy podsumować to, co działo się w 2019 roku na kolarskich trasach.

Bez wątpienia był to sezon bardzo bogaty w kolarskie emocje. Chciałoby się wręcz rzec, że po kilku latach stagnacji i władzy “sportu cyfrowanego”, do łask wróciło kolarstwo romantyczne. Zadbało o to także całe grono kolarzy, którzy nie bali się atakować, jechać agresywnie i robić kapitalne show dla kibiców na całym świecie. Co ważne, w całym zamieszaniu nieco szerszy był także polski wątek za sprawą ekipy CCC Team. Co przyniósł nam sezon 2019?

Obiecujący początek

Kiedy w Polsce w styczniu rządzą jeszcze skoczkowie narciarscy wraz z innymi zawodnikami startującymi w zimowych konkurencjach, w dalekiej Australii światowa czołówka rozpoczyna ściganie na najwyższym poziomie. Niezwykle klimatyczny wyścig Tour Down Under ma jednak to do siebie, że przynosi sporo niespodzianek. W tym roku jedną z nich był znakomity występ Patricka Bevina z ekipy CCC, który nie tylko wygrał etap, ale także bardzo długo był liderem całej imprezy. W ten sposób pomarańczowe barwy były widoczne w World Tourze od samego początku. Dodatkowo warto też dodać, że swoje wielkie ściganie w Argentynie rozpoczął Remco Evenepoel.

Pierwsze próby sił

Jak co roku luty jest miesiącem, w którym zdecydowana większość zawodników otwiera swoje sezony, jednocześnie spotykając się na różnych imprezach z największymi rywalami. Nie inaczej było na takich imprezach jak Vuelta a Andalucia, Vuelta a Valenciana czy Tour de la Provence. Tam jednak nie działo się nic specjalnego. Ci, którzy mieli walczyć o najwyższe cele tak też robili, a nieco młodsi i teoretycznie słabsi kolarze zajmowali miejsca w drugim rzędzie.

Warto na chwilę zatrzymać się jednak przy Tour Colombia, który w sezonie 2019 wszedł na inny poziom. Narodowy wyścig w amerykańskiej ojczyźnie kolarstwa był jednym z najlepszych w pierwszej fazie sezonu. Cała kolumbijska śmietanka, z Nairo Quintaną i Eganem Bernalem pojawiła się na starcie, do samego końca walczyć o zwycięstwo. Znakomity początek sezonu kontynuował też Julian Alaphilippe. Prawdziwymi zwycięzcami kolumbijskiej imprezy byli jednak kibice, którzy, mimo wszystko, mieli też gorsze momenty. Doskonałym przykładem jest wydarzenie z końcówki królewskiego etapu, na którym fani wywrócili dwóch zawodników.

Po drugiej stronie globu europejczycy w tym czasie ścigali się m.in. w Volta ao Algarve, nad którym także warto się na chwilę zatrzymać. Wszystko przez zawodnika, który właśnie w Portugalii rozpoczął marsz ku wielkości. Mowa oczywiście o Tadeju Pogacarze, który w pięknym stylu sięgnął po zwycięstwo najpierw na etapie do Foia, a później w klasyfikacji generalnej. Za jego plecami znaleźli się wówczas tacy zawodnicy jak Wout Poels czy Enric Mas.

Warto także odnotować początek sezonu w wykonaniu Primoza Roglica. Słoweniec, zgodnie ze swoją tradycją, zdołał wygrać wyścig UAE Tour, rozpoczynając marsz ku wielkości i przejęciu prowadzenia w rankingu światowym UCI.

Co ważne, w lutym nie zabrakło także polskiego wątku. Podczas wyścigu Tour of Antalya ze znakomitej strony pokazał się Szymon Rekita, który wygrał zarówno królewski etap, jak i klasyfikację generalną.

Początek dominacji

Marzec, czyli prawdziwy początek sezonu! Omloop Het Nieuwsblad, Strade Bianche i Paryż – Nicea to naprawdę legendarne trio, które potrafi z niejednego kolarza drugiego szeregu zrobić prawdziwą gwiazdę. Nie dziwne więc, że właśnie tam rozpoczęła się dominacja trzech kolarzy, którzy do końca sezonu walczyli o najwyższe cele.

Jeśli chodzi o wyścigi jednodniowe, od samego początku naprawdę znakomicie prezentowali się Julian Alaphilippe i Jakob Fuglsang. Dwójka po raz pierwszy udowodniła swoją dominację podczas wspomnianego Strade Bianche, które zakończyło się zwycięstwem Francuza po ataku na ostatnich metrach. Duńczyk był jednak także potwornie mocny, co prędzej czy później musiał wykorzystać.

W przypadku “wyścigu ku Słońcu” warto wspomnieć o bardzo ważnym, francuskim triumfie Egana Bernala. Kolumbijczyk przejechał znakomity wyścig, który przede wszystkim zapamiętamy ze względu na bardzo wietrzne pierwsze etapy. Tam oczywiście pierwsze skrzypce grał Michał Kwiatkowski, lecz w górach to Kolumbijczyk był zdecydowanie mocniejszy.

Pierwszy monument mistrza

Marzec to także przede wszystkim “wiosenne mistrzostwa świata”, jak nazywany jest wyścig Mediolan – Sanremo. Pierwszy monument w sezonie to bardzo często wyścig nieprzewidywalny, w którym może wygrać praktycznie każdy, kto ma naprawdę dobry dzień i co najmniej bardzo solidne umiejętności. W tym roku nie można jednak mówić o przypadku. Wyścig wygrał bowiem ten, który na przestrzeni ostatnich kilku tygodni był absolutnym numerem jeden. Mowa o Julianie Alaphilippe, który okazał się najlepszy w finiszu z grupy uciekinierów na legendarnej Via Roma.

Symbole pokoleń

Kwiecień – dla wielu ulubiony miesiąc zarówno w życiu, jak i kolarstwie. Na europejskich trasach robi się bowiem bardzo poważnie ze względu zarówno na najważniejsze wiosenne klasyki, jak i ostatnie przygotowania przed Giro d’Italia. Zacznijmy jednak od początku.

Pierwsza niedziela kwietnia to przecież prawdziwe święto kolarstwa we Flandrii. De Ronde, czyli drugi z monumentów w sezonie, podobnie jak w poprzednich latach był… co najmniej zaskakujący. Choć walka nie była może najpiękniejsza, końcówka należała do zawodnika, który nie bał się zaatakować, spróbować swoich sił i przetestować faworytów. Mowa o Alberto Bettiolu, który odniósł swoje pierwsze zwycięstwo w karierze i to od razu w jednym z najważniejszych klasyków w sezonie.

Tydzień później, podczas “Piekła północy” sytuacja zupełnie się odwróciła. Do głosu doszli bowiem zawodnicy, którzy mogą pochwalić się zdecydowanie większym doświadczeniem. Jak wiadomo, mowa przede wszystkim o Philippe Gilbercie, który z pewnością jest najlepszym specjalistą od wyścigów jednodniowych w XXI wieku. Belg w pięknym stylu zdołał pokonać rywali, wygrywając czwarty z pięciu monumentów w kolarskim świecie. Warto jednak wspomnieć, że tuż za plecami kolarza Deceuninck – Quick Step finiszował Nils Politt.

Jak co roku, Paryż – Roubaix zamknęło sezon wyścigów brukowanych. W nim trudno znaleźć jednoznacznego zwycięzcę, który zdominowałby rywalizację. Poza wspomnianymi Gibertem i Bettiolem swoje trzy grosze do rywalizacji wtrącili także Oliver Naesen, Wout van Aert, Zdenek Stybar czy Greg van Avermaet. Nieco gorszą wiosnę zanotował za to Peter Sagan, który nie odniósł żadnego zwycięstwa.

Na brukach klasyki się jednak nie kończą. Już tydzień później do głosu doszli kolarze specjalizujący się w wyścigach pagórkowatych, zwani puncherami. Jak można było się spodziewać, głównymi faworytami ardeńskiego tryptyku byli Julian Alaphilippe i Jakob Fuglsang.

W holenderskim Amstel Gold Race byliśmy jednak świadkami jednego z najpiękniejszych kolarskich comebacków ostatnich lat. Choć wydawało się, że faworyci mają wszystko pod kontrolą, dosłownie kilkaset metrów przed metą do czołówki doszła większa grupa z Mathieu van der Poelem. Wielki mistrz świata w cyclocrossie odniósł kapitalne zwycięstwo na własnej ziemi, które z pewnością wielu kibicom na długo zapadnie w pamięć.

Kolejne dwa klasyki stały już jednak pod znakiem największych. W Huy po raz drugi z rzędu najlepszy okazał się Alaphilippe, a w Liege, pierwszy raz jadąc po zmienionej trasie, swój największy sukces w karierze odniósł Jakob Fuglsang. Warty odnotowania jest także kolejny triumf Primoza Roglica, który pewnie kroczył ku Giro d’Italia.

Cichy róż

Giro d’Italia – dla wielu najpiękniejszy wyścig w sezonie, niestety w tym roku nieco zawiódł. Powodów takiego obrotu spraw jest co najmniej kilka. Po pierwsze, swoistym niewypałem okazała się nowa trasa, która była wyraźnie podzielona na część sprinterską i górską. Po drugie, nieco zawiedli także faworyci wyścigu, którzy wyraźnie nie byli w najwyższej dyspozycji. Mowa oczywiście o zmęczonym pierwszą częścią sezonu Primozu Roglicu oraz Simonie Yatesie.

Nie oznacza to jednak, że La Corsa Rosa nie miała swoich bohaterów. Przede wszystkim należy spojrzeć na najszybszych zawodników w stawce, którzy mieli wiele szans na sukces. Warto wyróżnić dwójkę z nich – Pascala Ackermanna i Caleba Ewana. Obaj pokazali, że należą do najściślejszej światowej czołówki.

Jeśli chodzi o zawodników walczących o zwycięstwo w klasyfikacji generalnej, ciężko znaleźć kolarza, który był w stanie powalczyć z Richardem Carapazem. Ekwadorczyk z pewnością był najlepszy, lecz należy przyznać, że mało kto był naprawdę w najlepszej możliwej dyspozycji. Nawet Vincenzo Nibali wydawał się bowiem nie być sobą.

Okres przejściowy

Jak inaczej można określić kolarski czerwiec? Z pewnością będzie ciężko. Kilka tygodni pomiędzy Giro d’Italia i Tour de France to bowiem przede wszystkim wielkie oczekiwanie na Wielką Pętlę i smutek związany z brakiem włoskich emocji. Na szczęście światowa czołówka ściga się wówczas w Delfinacie i Szwajcarii, gdzie dochodzi do wielu bardzo ciekawych pojedynków.

We Francji swój znakomity sezon kontynuował Jakob Fuglsang. Tym razem Duńczyk pokazał jednak, że to naprawdę może być jego rok. Kolarz Astany z urzędu stał się bowiem jednym z zawodników, którzy będą liczyć się w Tour de France. Dokładnie taką samą łatkę pragnął mieć Chris Froome, który jednak właśnie w Delfinacie musiał poważnie zmienić plany. Upadek na rekonesansie czasówki wykluczył go bowiem z jazdy na długie miesiące. Niestety nie wiadomo, czy wspomniana kraksa pozwoli mu jeszcze wrócić na szczyt.

Jeśli chodzi o ściganie w Szwajcarii, ponownie wszystkie oczy skierowane były na Egana Bernala. Kolumbijczyk zanotował kapitalną etapówkę, absolutnie dominując rywalizację. W tle pojawił się jednak pewien problem, a w zasadzie zakłócenie obrazu. Mowa o rywalach kolarza Team Ineos, którzy nie byli tymi z najwyższej półki. Wystarczy wspomnieć, że drugie miejsce w całej imprezie zajął Rohan Dennis, a przecież gór nie brakowało.

Najpiękniejszy Le Tour od lat

O tegorocznym Tour de France powiedziano już chyba wszystko. To jak wiele emocji dali nam zawodnicy było naprawdę niesamowite. Całego zamieszania nie byłoby jednak przez Juliana Alaphilippe. Absolutna gwiazda Deceuninck – Quick Step kompletnie rozłożyła jakiekolwiek plany największych zespołów w stawce, do samego końca licząc się w walce nawet o zwycięstwo w wyścigu.

Mówiąc o Grande Boucle ponownie należy pochwalić Egana Bernala. 22-letni góral w decydującym momencie był zdecydowanie najlepszy. Symbolem tego jest etap prowadzony przez Col d’Iseran, gdzie nie było silnych na zawodnika Team Ineos.

W całym zamieszaniu należy jednak pamiętać, że była to najlepsza impreza od lat dla Francuzów. Poza Alaphilippe’m w walce o triumf był bowiem Thibaut Pinot, którego z finałowej rywalizacji wykluczyła kontuzja. Cóż, oby podopieczny Marca Madiot wrócił na Tour de France już w przyszłym roku.

Wziął to, co jego

Po Tour de France światowa czołówka przenosi się do dwóch destynacji – Polski (w zdecydowanie mniejszym stopniu) i Hiszpanii, gdzie najpierw walczy w Clasica San Sebastian, by później wziąć udział we Vuelcie. Jeśli chodzi o klasyk w Kraju Basków, należy zatrzymać się przy nim choćby na chwilę. Autorem absolutnie niesamowitego wyczynu został bowiem Remco Evenepoel, który w wieku 19 lat wygrał wyścig World Tour.

Jeśli chodzi o hiszpańską Vueltę, bez wątpienia był to teatr jednego aktora, któremu wtórował młodszy rodak. Mowa oczywiście o duecie Primoz Roglic – Tadej Pogacar. Ten pierwszy, przez całe trzy tygodnie, wykorzystując długą przerwę po Giro d’Italia, był po prostu najlepszy. Drugi z kolei pokazał, że w przyszłości będzie go stać na zdecydowanie największe możliwe triumfy. Trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej Wielkiego Touru w wieku zaledwie 21 lat to przecież niezwykły wyczyn.

Radość w strugach deszczu

Końcówka kolarskiego sezonu to przede wszystkim mistrzostwa świata, które w tym roku były rozgrywane w Yorkshire, a dokładniej w Harrogate. Bez wątpienia zapamiętamy je przede wszystkim z paskudnej pogody, która mocno utrudniała rywalizację. Przekonali się o tym choćby zawodnicy do lat 23, którzy podczas jazdy na czas musieli zmierzyć się z ogromnymi i głębokimi kałużami.

Jeśli chodzi o elitę, w wyścigu na czas nie było niespodzianek. Choć srebrny medal Remco Evenepoela jest czymś absolutnie wyjątkowym, niewielu kibiców było zaskoczonych takim rozwojem sytuacji, podobnie jak złotem Rohana Dennisa.

Zupełnie inaczej ma to się w przypadku wyścigu ze startu wspólnego. Deszczowa rywalizacja była bardzo trudna, ale też dzięki temu dość mocno zaskakująca. Świadczy o tym także fakt zwycięstwa Madsa Pedersena, który do tej pory nie miał jeszcze możliwości tak mocno zapisać się w pamięci kibiców. Duńczyk, podobnie jak Rui Costa czy Michał Kwiatkowski, ma jednak szanse w tej sposób otworzyć sobie drzwi do wielkiej kariery.

Kiedy liście opadają z drzew…

Prawdziwy kolarski sezon kończy się w Lombardii. Nie inaczej było też w tym roku. Wyścig dookoła włoskiej krainy, rozgrywany u wybrzeży jeziora Como, także zakończył się jednak w zupełnie niespodziewany sposób.

Wszystko za sprawą Primoza Roglica, który pierwszy raz zderzył się z prawdziwą rolą faworyta w wyścigu jednodniowym. Słoweniec był mocny i jechał naprawdę świetnie. Wszystkich ubiegł jednak Bauke Mollema, który osiągnął największy sukces w karierze, jednocześnie otrzymując odpowiednią nagrodę za bardzo ciężką pracę

Co kolarskim kibicom pozostało na zimę? Liczyć na to, że nowy sezon będzie równie piękny. Nic więcej nam nie potrzeba.