Fot. Zamana Group

Miłośnicy kolarstwa mogli już piąty rok z rzędu cieszyć się ściganiem na mistrzowsko zorganizowanych wyścigach. Za zawodu ręczył triumfator Tour de Pologne, Cezary Zamana. Także i w tym sezonie jego cykl Road Tour był absolutnym must have dla pasjonatów szosy.

Jak można wytłumaczyć fakt, że mężczyźnie po pięćdziesiątce chce się piąty rok z rzędu brać za organizację pięciu niełatwych wyścigów? Odpowiedź może być tylko jedna: musi mieć on wielkie serce do szosowego sportu. Tak właśnie jest z pomysłodawcą i dyrektorem sportowym Road Tour Cezarym Zamaną. To jego coraz bardziej rozpoznawalny w kolarskim środowisku różowy znaczek „R” stanowi o jakości każdego wyścigu wchodzącego w skład cyklu.

Prologiem Road Tour był Głowno Gold Race. Już na początek Cezary Zamana pokazał, że w tym sezonie nie będzie żartów. Do Głowna zaprosił swoich znakomitych kolegów: 9-krotnego mistrza Polski i wybitnego kolarza Dariusza Baranowskiego oraz masażystę odpowiadającego za mięśnie oraz kondycję zawodników z elitarnej drużyny INEOS, Marka Sawickiego. Meldujący się na starcie w Głownie kolarki oraz kolarze mogli więc dowiedzieć się od niekwestionowanych autorytetów, jak w najlepszej formie przetrwać sezon.

A propos przetrwania – nie tak łatwo było dojechać na dobrym miejscu na metę wyścigu. Tempo narzucone przez peleton było piekielnie wysokie. W cenie były tarcze z jak największą liczbą ząbków na przedniej tarczy, jak najlżejszy karbon między nogami oraz gotowe do przekroczenia granicy bólu uda.

Nic dziwnego, że ekipa Marka Sawickiego miała na mecie ręce pełne roboty.

Kolejny wyścig pokazał rozmach wizji Cezarego Zamany. Cisowianka Road Tour zdecydowanie na plus odróżniał się dziesiątek innych wyścigów organizowanych w Polsce. Honorowy start z zabytkowego parku zdrojowego i meta na terenie supernowoczesnego, oszklonego budynku zakładu butelkującego Cisowiankę. Pomiędzy – urozmaicona terenowo i prowadząca przez malownicze zakątki mało znanej Lubelszczyzny trasa. W rozglądaniu się po bezkresnych polach przeszkadzały krótkie strome podjazdy oraz niełatwa nawierzchnia, jakby żywcem przeniesiona z flandryjskich klasyków. Podzielona na rundy, nie dała chwili oddechu, a trzy patelnie pnących się między winoroślami zakrętów budziły ambiwalentne uczucia. U kolarzy było to rosnące z każdą rundą zmęczenie i narastające pieczenie w udach. U kibiców, licznie zgromadzonych na serpentynach zwiększała się za to ekscytacja wyrażana coraz to głośniejszymi okrzykami.

W pamięć wszystkich zapadły jednak inne głosy. Głosy świetnie znane w całej Polsce, które tamtego dnia bawiły zawodniczki, zawodników oraz ich rodziny. Zwieńczeniem Cisowianka Road Tour były plenerowe koncerty Krzysztofa Cugowskiego oraz zespołu Bajm z Beatą Kozidrak na czele.

Po dwóch miesiącach przerwy, peleton pod różową „R” zebrał się w Wałbrzychu, by tam wspiąć się na dach świata tegorocznego Road Tour. Tym razem w przygotowaniu trasy Cezarego Zamanę wsparł Dariusz Baranowski – wychowanek tamtejszego Górnika Wałbrzych. Postać obecnego komentatora Eurosportu przyciągnęła do Wałbrzycha pokaźne grono kolarskich osobistości, m.in. : Bartek Huzarski, Radek Romanik, bracia Wrona czy Jacek Mickiewicz. O swoich młodzieńczych latach, kolarskich przygodach oraz opiniach na temat kierunku rozwoju szosowego sportu na specjalnie zaaranżowanej dyskusji opowiadali Dariusz Baranowski i Cezary Zamana.

Jednak już na trasie wyścigu trudno było znaleźć kogoś chętnego do rozmowy. Następujące po sobie wzniesienia skutecznie zniechęcały do wymiany choćby kilku zdań, a nierzadko po prostu zabierały dech. Imponująco wyglądał mknący peleton, pokonujący kolejne kilometry na wałbrzyskiej ziemi. Oglądając to zjawisko nie sposób nie było wyobrazić sobie, że oto jest się na holenderskim klasyku Amstel Gold Race i dopinguje się najlepszych na świecie kolarzy.

Powiedzieć o Częstochowa Trek Race, że był to wyścig spektakularny to jakby nic nie powiedzieć. Byłaby to wręcz obraza nie tylko wobec organizatorów – Fabryki Rowerów, Miasta Częstochowy oraz Cezarego Zamany – ale także wobec sponsorów, którzy zagwarantowali nagrody o łącznej wartości 70 000 zł. Nic więc dziwnego, że we wrześniu do Częstochowy tak chętnie pielgrzymowały kolarki i kolarze. Kusiła ich wizja nie tylko atrakcyjnych podarunków, ale także możliwości rywalizacji na trasie sunącej pośród jurajskich ostańców. Punktem kulminacyjnym był szutrowy odcinek oraz spowalniająca, a nieraz i stopująca każdego śmiałka ścianka o nachyleniu 15%. Niełatwo było wspiąć się na nią także Jensowi Voigtowi, kolarzowi o wielkim sercu do walki i cenionym za swoją nieustępliwą walkę na najtrudniejszych wyścigach kolarskich na świecie.

Mimo swojej złożoności – na potrzeby budowy miasteczka rowerowego zajęty cały Plac Biegańskiego, postawiono kilkanaście namiotów oraz oklejono sporą liczbę autobusów miejskich – impreza była przeprowadzona perfekcyjnie. Oglądający honorowy start blisko czterystu kolarzy częstochowianie nie mogli oderwać oczu od kolarskiej kolumny prowadzonej przez marshalii i limuzynę dyrektora wyścigu.

Zakończenie sezonu przypadło na Skierniewice. Cezary Zamana od zawsze deklarował chęć nie tylko zapewniania sportowych emocji. Zależało mu także na zagwarantowaniu kolarzom możliwości rozwoju własnych umiejętności – m.in. poprzez wystartowanie w tak rzadko spotykanych dyscyplinach jak kryterium uliczne czy indywidualna jazda na czas. Za arenę dwudniowych zmagań posłużyły właśnie Skierniewice. To tam spotkać można najbardziej nieprzewidywalne podmuchy wiatru oraz najbardziej zdradliwe, bo niemal niewidoczne wzniesienia. W kanonie polskich podjazdów z pewnością jest już Mur de Kwas. Ten niepozorny fragment szosy w niezauważalny sposób pozbawiał sił do dalszej jazdy. A tych i tak było niedużo, gdyż wyścig ze startu wspólnego był zwieńczeniem wcześniejszych konkurencji. Za deficyt kaloryczny odpowiadało zwłaszcza uliczne kryterium, rozgrywane w tym roku na wyjątkowo ciekawej trasie nad Zalewem Zadębie, jednym z najpiękniejszych skierniewickich miejsc.

O wieniec Trzech Lilii – a takie trofeum można wręczać tylko w mieście mieniącym się tytułem Ogrodniczą Stolicą Polski – walczyć trzeba było nieustępliwie. Do samego końca.

Z powyższego opisu wyłania się pięć zróżnicowanych wyścigów. Różni je lokalizacja, profil trasy, zestaw umiejętności niezbędnych do triumfu. Ale nie jest tak, że pomiędzy nimi nie ma nic wspólnego. Każdy z nich został przygotowany z należytą starannością. Dyrektor Road Tour, Cezary Zamana, spędził znaczną część swojego życia w peletonie. Dobrze pamięta atmosferę panującą na wielkich tourach i jednodniowych klasykach. Teraz z powodzeniem przenosi ją na swoje imprezy. Znakomita obstawa peletonu z marshallami i pilotem, wóz techniczny na trasie oraz profesjonalni serwisanci w miasteczku rowerowym. Superprecyzyjne chipy MyLaps Prochip do pomiaru czasu z dokładnością do jednej tysięcznej sekundy. Bufety na trasie i mecie, obfitujące w kalorie niezbędne do regeneracji organizmu. Wszystko to sprawia, że startując w wyścigach Road Tour jak nigdzie indziej można zbliżyć się do atmosfery znanej z wyścigów Pro Tour transmitowanych na Eurosporcie.

Dzięki ścisłej współpracy z samorządami, możliwe było organizowanie startów w ścisłych centrach miast. Dodawało to wyścigom spektakularnej oprawy. Przyczyniało się także do upowszechniania kolarstwa wśród licznie gromadzących się mieszkańców.

Innym ważnym partnerem cyklu Road Tour były kolarskie firmy sponsorujące cenne nagrody. Na wszystkich wyścigach trzech pierwszych zawodników w każdej kategorii wiekowej na każdym z dwóch dystansów otrzymywało nagrody. W Nałęczowie sponsorowała je firma Dadelo.pl, w Głownie firma Danielo Sportswear, w Wałbrzychu firma Falcon Wheels, a w Skierniewicach – firma Elin-Geslan.

By dziś jeszcze raz poczuć ten klimat spod znaku różowej „R”, warto przejrzeć bogate fotograficzne archiwum Road Tour. Dostępne jest ono na stronie internetowej cyklu i na fan page. Istnieje szansa, że uchwycone na zdjęciach chwile pomogą przetrwać w oczekiwaniu na kolejny, szósty już sezon Road Tour w 2020 r.