Foto: Total Direct Energie / bettiniphoto

Tour of Guangxi właśnie się skończył. Emocji czysto sportowych może nie było zbyt wiele, lecz organizatorzy zadbali, by wszyscy związani z wyścigiem poczuli tu coś innego niż szarą codzienność. 

Praca przy Tour of Guangxi nie należy do najłatwiejszych. Ciągłe obchodzenie prawa i walka o jakiekolwiek materiały to chleb powszedni. Dodatkowo osoby odpowiedzialne za zagranicznych gości robią absolutnie wszystko, by ułatwić nam pracę, nawet kosztem własnej głowy. Mimo to nie zawsze udaje się perfekcyjnie rozegrać każdy ruch. Wielki brat towarzyszył nam bowiem przez ponad tydzień.

Choć policja czy wojsko robiły wszystko, by odizolować zarówno nas, jak i lokalną społeczność, siłą rzeczy było to praktycznie niemożliwe. W końcu nikt nie zabroni nam wyjścia do sklepu czy krótkiej rozmowy z osobą przypadkowo spotkaną na chodniku. Nie wszystko da się kontrolować.

Główna myśl, która będzie mi towarzyszyć podczas ponad 30-godzinnego powrotu, brzmi: warto organizować takie imprezy w Chinach. Naprawdę. Nie chodzi tu nawet o pieniądze, jakie są pompowane w wyścigi. Ba, jest to sprawa absolutnie drugorzędna. Im dalej w las, tym częściej widzieliśmy bowiem uśmiechy zwykłych ludzi, którzy nieśmiało zaglądali na trasę, stojąc około 15 metrów od niej (odległość, w której znajdowały się barierki dla lokalnej ludności była nieśmiesznym żartem). Ich oczach było też widać potrzebę komunikacji, kontaktu ze światem zewnętrznym, który przecież jest tak nieosiągany dla szarego chińczyka.

Wiadomo, że organizując imprezy sportowe w Państwie Środka nie zmienimy świata. Sport przecież nie może bezpośrednio angażować się w politykę, choć często jest z nią bezpośrednio powiązany. Takimi eventami jak Tour of Guangxi możemy jednak dać tym ludziom chociaż częściowy powiew wolności.

Przez pierwsze 2 lub 3 dni porządnie zastanawiałem się nad tym, czy będzie warto wracać do Guangxi. W końcu naprawdę niewiele osób interesuje się zamykającą sezon imprezą, a z punktu widzenia egoisty-dziennikarza przesiadywanie w gorącu i pisanie codziennie tych samych tekstów nie było interesującą opcją. W końcu zawsze lepiej wybrać się na krótką przejażdżkę w domu czy wyjść na miasto ze znajomymi. Dziś już wiem, że jeśli tylko pojawi się okazja, wrócę tu z olbrzymią chęcią. Wystarczyło bowiem otworzyć się na tych, którzy tego otwarcia potrzebują. Jakiekolwiek spojrzenie na wszystko dookoła zmienia się diametralnie.

Tour of Guangxi to nie tylko zwykły wyścig zamykający kolarski sezon i, jak wielu uważa, niesłuszny członek UCI World Tour. To także prawdziwe, kolarskie święto, które swoją siłą przełamuje bariery, które na co dzień są nietykalne. To święto przez duże Ś. Dlatego też warto je pielęgnować.

Kolarstwo przez lata było sportem dżentelmenów, ludzi otwartych i rozumiejących trud wkładany przez innych w różnego rodzaju pracę. Jako dziennikarski team, który przyjechał tu z każdej strony świata, poniekąd przejęliśmy te zwyczaje. Każde wspólne wyjście do parku czy na miasto pozwalało zobaczyć jak pracowitymi, szczerymi i radosnymi ludźmi są “lokalsi”. Cóż, polubiliśmy ich. Tym bardziej nie chcemy ich zostawiać samych sobie.

Kolarstwo to nie tylko cyferki i informacje podawane na procyclingstats. Pamiętajmy o tym.