fot. Dawid Gruntkowski / naszosie.pl

O Chinach można powiedzieć wiele – zarówno dobrego, jak i złego. Ten sam casus działa także przy samych Chińczykach. Jest jednak jeden temat, w którym Państwo środka jest absolutnym numerem jeden – mowa o “cichej kontroli”.

Nie tak dawno przez nasze ręce przeszła biografia doświadczonego i niezwykle utytułowanego piłkarskiego szkoleniowca, mówiąca o cichym przywództwie. Włoch przyznaje tam, że nie można być “głównodowodzącym”, który cały czas krzyczy lub bezpośrednio brata się z zawodnikami, jednocześnie pozwalając sobie wchodzić na głowę. Rolą przywódcy jest dowodzenie po cichu, w sposób jak najbardziej nieinwazyjny. Wydaje się, że po części udaje się to także w Chinach.

Naturalnie mowa o komunistycznym rządzie, który, chcąc czy nie, zawsze będzie się pojawiał w przypadku rozmów o Państwie Środka. W końcu to on trzyma nad wszystkim piecze i ostatecznie decyduje o wyglądzie absolutnie wszystkiego, w tym także wyścigu kolarskiego. O tym jednak za chwilę.

Polakom komunizm kojarzy się bowiem z biedą, kartkami na jedzenie i octem na sklepowych półkach. W Chinach wszystko wygląda jednak inaczej. W pewnym sensie pozornie rząd pozwala obywatelom poczuć się silnymi. Dobrym przykładem są wszystkie największe miasta w kraju, przepełnione kapitalistyczną zabudową i taplające się w pieniądzach. Co naturalne, to one nadają ton wszelkim działaniom każdego Chińczyka, który marzy choćby o lepszym poziomie życia (dla przykładu, średni mieszkaniec Szanghaju zarabia podobnie do polskiej średniej krajowej).

Kiedy wszyscy są skupieni na mnożeniu gotówki, władza może pozwolić sobie na nieco więcej, także kosztem podatników. Silne rządy mają to do siebie, że podczas imprez sportowych lubią prężyć muskuły, czego idealnym przykładem jest chociażby Tour of Guangxi. Po dwóch dniach spędzonych w Beihai, cała kolumna przeniosła się dzisiaj do Nanning i to praktycznie dosłownie. Dzięki wojsku i policji, przejazd wszystkich osób związanych z wyścigiem z Quinzhou do Nanning był w pełni eskortowany, a autostrada została po prostu zamknięta na około półtorej godziny.

Co więcej, “zagraniczni goście” zostali zakwaterowani w zdecydowanie najlepszym hotelu w mieście. Co by nie mówić jest tu wszystko, czego dusza zapragnie. Poniekąd pozwala to nawet zapomnieć o tym, że przez 24 godziny nikt z nas nie miał pełnego dostępu do internetu ze względu na kolejne blokady wprowadzone przez rząd. Ot, taki paradoks.