fot. CCC Team

Za Szymonem Sajnokiem pierwszy wielki tour w karierze i zdecydowanie może zaliczyć go do udanych – kilka etapów skończył w pierwszej dziesiątce, a raz stanął nawet na podium. Jak ocenia swój występ we Vuelcie? Jakie ma plany na przyszłość? Między innymi o to zapytaliśmy dziś utalentowanego sprintera.

Jak nogi po Vuelcie?

Trochę bolą, ale to chyba normalne po trzytygodniowym wyścigu. Wczoraj wróciłem do domu, a teraz w moich Kartuzach pada deszcz, więc pewnie dopiero po południu będę mógł wsiąść na rower i zobaczyć jak nóżka się kręci.

Jesteś zaskoczony tym, co udało ci się osiągnąć w Hiszpanii?

Raczej nie. Wiadomo, że to był mój pierwszy wielki tour, więc trudno było przewidzieć, na jakie wyniki będzie mnie stać, ale czułem się mocny i wierzyłem w to, że jestem w stanie powalczyć o czołową dziesiątkę na sprinterskich etapach. Po cichu liczyłem nawet na jakieś zwycięstwo albo chociaż podium i faktycznie udało mi się to na ostatnim etapie. Oczywiście bardzo się z tego cieszę, ale na pewno nie jestem tym zszokowany.

Jak myślisz, czego zabrakło ci do tego, żeby wygrać któryś odcinek?

Przede wszystkim mocy i sprytu. Zdecydowanie zbyt długo siedziałem na kole innych sprinterów. Chciałem zaoszczędzić jak najwięcej sił na samą końcówkę, a potem okazywało się, że tej siły mam tak dużo, że nie jestem w stanie zużyć jej całej na ostatnich metrach. Muszę szybciej przechodzić do przodu. Zrobiłem tak na ostatnim etapie i efekt był świetny. Cały czas się uczę i wyciągam wnioski z błędów, których popełniam bardzo wiele, dlatego może gdyby Vuelta trwała cztery tygodnie, to udałoby mi się wygrać (śmiech).

W składzie CCC był Jonas Koch, który też nieźle spisuje się na finiszach. Była między wami jakaś rywalizacja?

Nie, raczej dogadywaliśmy się przed startem. Wszystko zależało od dyspozycji dnia, ale też bardzo ważny był rodzaj finiszu. Jeśli ostatnie metry prowadziły pod górę, to wtedy zazwyczaj walczył Jonas, dla którego trudny teren nie jest żadną przeszkodą, z kolei jeśli było płasko i liczyła się przede wszystkim szybkość, robiłem to ja.

Czyli rozumiem, że na dziewiętnastym etapie to Jonas był waszym liderem. Myślisz że kiedyś będziesz w stanie walczyć na tego rodzaju odcinkach?

Wydaje mi się, że tak. Muszę tylko dalej ciężko pracować, aż w końcu będę wystarczająco mocny, by poradzić sobie także w takich warunkach. Później pewnie będę musiał przejechać kilka wyścigów, zebrać kolejne wnioski i wydaje mi się, że wtedy będę gotowy by walczyć z najlepszymi.

A czy myślisz, że równie dobrze może być w klasykach? Cztery lata temu byłeś piąty w Paryż-Roubaix juniorów.

Tak. Chciałbym w przyszłości być „klasycznym sprinterem”, takim jak Peter Sagan. Mam predyspozycje do tego, by dobrze radzić sobie także w trudniejszych wyścigach. Marzę o tym, by w przyszłości wygrać któryś z monumentów. Uwielbiam panującą wokół nich atmosferę i kibiców szalejących przy trasie. Poza tym lubię wyścigi, w których trzeba wyrzucić z siebie całą energię jednego dnia i nie myśleć o tym, co będzie jutro. Dlatego w przyszłości chciałbym wrócić do „Piekła Północy”, choć oczywiście daję sobie na to trochę czasu.

A jak oceniasz ten sezon? Debiutujesz w World Tourze, a na twoim koncie, nawet pomijając Vueltę, kilka fajnych wyników.

Jestem bardzo zadowolony. Wprawdzie to jeszcze nie koniec – przede mną jeszcze mistrzostwa świata U-23, ale chyba i tak mogę już powiedzieć, że jest bardzo dobrze. W styczniu kompletnie nie wiedziałem czego się spodziewać, a tymczasem udało mi się sięgnąć po kilka naprawdę dobrych miejsc – poza Vueltą najlepiej jechało mi się na płaskich wiosennych klasykach i Tour de Wallonie. Zdobyłem też wiele cennego doświadczenia, którego pewnie nigdy nie zdobyłbym ścigając się w zespołach niższych dywizji. Tak naprawdę do pełni szczęścia brakuje mi tylko zwycięstw, ale wierzę, że w kolejnym sezonie przyjdą i one.

Cieszysz się, że w przyszłym roku dołączy do was Matteo Trentin?

Jasne, to olbrzymie wzmocnienie dla ekipy. Fajnie, że przyjdzie do nas kolejny kolarz z górnej półki, który już w swoim życiu sporo wygrał i świetnie radzi sobie praktycznie w każdym terenie. Wydaje mi się, że to dla mnie duża szansa. Mogę się od niego wiele nauczyć – choćby zachowania na trudniejszych finiszach. Będę starał się go podpatrywać i wydaje mi się, że tylko przyspieszy to mój progres.

Przed tobą rok olimpijski. Myślisz, że będziesz w stanie pogodzić dalszy postęp na szosie z walką o medal na torze?

Myślę, że z samym przygotowaniem się do startu w Tokio nie powinno być żadnego problemu, trudniej będzie uzbierać punkty, by w ogóle się tam znaleźć. Ale mam nadzieję, że i z tym dam sobie radę, bo start w igrzyskach to jedno z moich kolarskich marzeń. Tam chciałbym powalczyć o medal, ale ciężko powiedzieć co będzie za rok, a poza tym jestem jeszcze młody, wciąż się uczę i może się okazać, że znów zabraknie mi trochę doświadczenia.

Na koniec chciałbym zapytać o inne marzenie. Po zdobyciu mistrzostwa świata mówiłeś, że chciałbyś kiedyś zobaczyć swoją twarz na kaszubskich billboardach. Udało ci się to zrealizować?

Właśnie jeszcze nie. Muszę znów zacząć wygrywać, to wtedy oferty same się pojawią. W moich Kartuzach jest sklep CCC, więc chyba tutaj widzę największe szanse. Wykonam kilka telefonów i może się uda (śmiech).

Rozmawiał Bartek Kozyra