Była swego czasu w „Przekroju” rubryka, zatytułowana „W tym tygodniu nie piszemy o…”. Bardzo ją lubiłem, bo zazwyczaj był to wspaniały zestaw przedziwnych paradoksów naszej rzeczywistości, nad którymi trudno było przejść do porządku, ale które jednocześnie trudno skomentować, nie wychodząc poza granice zdrowego rozsądku.

Tydzień po zakończeniu Tour de Pologne, najważniejszej w naszym kraju kolarskiej imprezy (no, może w tym roku wyjątkowo ustępującej rangą torowym mistrzostwom świata), zabrałem się za zwyczajowe jej podsumowanie, ale po chwili stwierdziłem, że o wielu rzeczach rozsądniej byłoby po prostu „nie napisać”.

Nie dlatego bynajmniej, że szukam w Tour de Pologne rzeczy, do których można się na siłę przyczepić. Wprost przeciwnie: bardzo lubię tę imprezę i jestem pełen szacunku dla Czesława Langa, że 26 lat temu wskrzesił trupa i wprowadził go na salony kolarskiego świata. Wśród tych wszystkich gadających głów, odmieniających przez wszystkie przypadki „dobro polskiego kolarstwa”, jest Czesław Lang jednym z nielicznych wyjątków, które niewiele mówią, ale za to konsekwentnie i z sukcesami pracują. I za to należy mu się niewątpliwy szacunek.

Niejednokrotnie zdarzyło mi się wyścigu bronić przed wszelkiej maści krytykantami, do znudzenia powtarzającymi wyświechtany „argument” o „nudnej trasie”. Mnie tam się trasa podoba, bo wydaje mi się atrakcyjna sportowo, a przecież o to w pierwszym rzędzie w tej zabawie chodzi. Jestem też zupełnie niewrażliwy na krytykę, której podłożem jest wyłącznie czysta zawiść, podsycana typowo polskimi podejrzeniami, padającymi na wszystkich, którzy odnieśli w tym kraju jakikolwiek sukces. Ale mimo wszystko jest w tym wyścigu kilka rzeczy, o których zwyczajnie nie można „nie napisać”.

Nie napiszę zatem o przewożeniu kolarzy po krakowskim Rynku dorożkami, bo nie jestem w stanie uznać za element polskiej tradycji dręczenia zwierząt, stojących całymi dniami w skwarze lub mrozie, a codziennie pokonujących kilkadziesiąt kilometrów w tę i z powrotem, dojeżdżając w kłębach spalin z podkrakowskich miejscowości. Z faktu, że z tym dziwacznym procederem nie potrafią sobie poradzić krakowskie władze, nie powinno wynikać jawne przyzwolenie na tę wątpliwej wartości atrakcję, usankcjonowane honorową (czy aby na pewno?) rundą po prezentacji.

Nie napiszę też o niezrozumiałym dla mnie obyczaju prezentacji publiczności hostess, realizowanym na podobieństwo wystaw rasowych kotów. Cenię sobie obecność pięknych kobiet na wyścigach, a wszelkie dyskusje o ich wyeliminowaniu z kolarskiego krajobrazu uważam za skrajnie idiotyczne. Ale prezentacja ich wdzięków i przeganianie ich rzędem przed obliczem rozdziawionej gawiedzi, okraszone komentarzem w stylu: „obejrzyjcie je sobie państwo dokładnie”, wydaje mi się ociekać tanim seksizmem. Jest mi to piachem w trybach również z tego powodu, że przecież Czesław Lang jest człowiekiem znanym z wielkiej kultury i szacunku dla kobiet. Skąd więc ten iście troglodycki obyczaj na Tour de Pologne? Pojęcia nie mam.

Nie napiszę też o jarmarcznym klimacie, panującym na starcie i mecie wyścigu, bo już o tym pisałem, więc nie ma większego sensu się powtarzać. Z drugiej strony… jak się człowiek przyjrzy temu, w jakim otoczeniu spora część Polaków spędza swój wolny czas, to w sumie wypada się cieszyć z tego, co mamy, bo przecież zawsze może się tu jeszcze pojawić przewoźna budka z kebabem… A że można to robić inaczej nawet na niższej rangi imprezach? No cóż…

Nie napiszę też o wciąż miernej jakości realizacji obrazu TV, bo chociaż i tak jest o niebo lepiej, niż jeszcze kilka lat temu, to wciąż nie rozumiem jak to możliwe, że pod koniec drugiej dekady XXI wieku wciąż trudno się połapać, którą grupę realizator akurat pokazuje i dlaczego właśnie oglądamy wjeżdżających na metę kolarzy z dalekich miejsc w klasyfikacji, podczas gdy za ich plecami (i poza naszym wzrokiem) toczy się walka, rozstrzygająca o losach wyścigu? Zdaję sobie rzecz jasna sprawę, że transmitowanych w TV wyścigów mamy w Polsce jak na lekarstwo, więc nie ma specjalnie okazji, żeby się w tej niełatwej sztuce wyćwiczyć. Ale skoro Lang Team za tę realizację niemało podobno płaci, to wydaje się dziwne, że w ślad za tym nie idzie oczekiwanie adekwatnej do ceny jakości.

Ktoś być może powie, że to mało istotne detale. Ktoś inny, że to w sumie bez znaczenia, bo przecież i tak „trasa nudna”. Ktoś jeszcze, że to wszystko i tak zostało w cieniu tego, co wydarzyło się na trasie (tu wyrazy mojego najgłębszego szacunku do organizatorów za to, jak zareagowali w obliczu tragedii Bjorga Lambrechta).

Niemniej wydaje mi się, że na szacunek świata – nie tylko kolarskiego – pracuje się również takimi detalami. I chyba lepiej „nie pisać” o tym dzisiaj, niż wstydzić się za to, co ktoś być może napisze jutro. Bo ten „świat”, do którego przecież szeroko docieramy, nie jest na takie detale tak ślepy, jak nam się wydaje. A w pewnych kwestiach jest już bardzo, bardzo daleko przed nami.