fot. Giro d'Italia

Zgodnie z przewidywaniami, 10. etap Giro d’Italia 2019 był… spokojny i to delikatnie rzecz ujmując. Czas na oceny.

Plusy:
Skazany na pożarcie
Kiedy Fran Ventoso zauważył, że na jego kole (o dziwo…) nie ma Jakuba Mareczki, od razu wziął się za ciekawy, solowy atak. Choć zasadniczo już na samym początku Hiszpan był skazany na pożarcie, jego atak dość sporo namieszał w czołówce, co można uznać za największy pozytyw tego etapu.

Ściągnięta klątwa
Można powiedzieć, że przez kilka chwil Arnaud Demare był francuską wersją Geralta z Rivii. W końcu bowiem udało mu się ściągnąć klątwę z Giro d’Italia, w którym do tej pory nie miał ani jednego sukcesu etapowego. Co prawda los nieco mu pomógł, lecz mimo wszystko należy to odnotować.

Minusy:
Casus Eisela
W ubiegłym roku lub dwa lata temu, podczas dość spokojnej edycji Tour de France, Bernhard Eisel przyznał, że dla zawodników takie etapy jak ten dzisiejszy są bardzo potrzebne, by nie kończyli wyścigu jak Zombie. Nie bardzo jednak wiemy, po czym zawodnicy mieli odpoczywać, skoro za nimi dzień przerwy i raczej spokojny pierwszy tydzień rywalizacji. W Giro jakoś tak zawsze wszystko na opak…

Król Hainan
Nie dość, że nie może dobrze zafiniszować, to i nie to koło trzyma… No dobrze, wszyscy doskonale wiemy, że dziś akurat Kuba Mareczko miał pecha. Kto by się bowiem spodziewał, że jadący przed nim Pascal Ackermann zaliczy upadek? Tak czy inaczej, jest to dopiero pierwszy przypadek, w którym Kuba może być w jakiś sposób usprawiedliwiony. Problem jest jednak taki, że jutrzejszy etap będzie dla niego ostatnią szansą.

Niczym przedszkolak
Jeśli już wywołaliśmy temat Pascala Ackermanna, trzeba przyznać, że jego dzisiejsza kraksa została przez niego spowodowana w dziecinnie prosty sposób. Kto, jak nie sprinter powinien wiedzieć jak unikać liźnięcia koła? Wyglądało to nieco na błąd nowicjusza. Tak czy inaczej, na całe szczęście Niemiec nie ucierpiał. Nie wiadomo jednak jak sprawa ma się w przypadku Matteo Moschettiego.