fot. Giro d'Italia

Gdyby w 102. edycji wyścigu Giro d’Italia jechał mistrz świata Alejandro Valverde (Movistar), to byłby faworytem numer jeden do zwycięstwa we Frascati, a tak – nie wiadomo. Zanosi się na dłuuugi dzień z eksplozywnym finiszem. 

Trzeci etap z uwagi na duży dystans i profil nie należał do najbardziej emocjonujących. Małą nudę – mówiąc wprost – zrekompensował finisz (i nie chodzi o to, że atrakcyjności dodało mu relegowanie Elii Vivianiego za zmianę linii sprintu). Zapowiedź kolejnej odsłony wyścigu nie jest miejscem do dyskusji o tym, czy animatorzy tras wielkich tourów słusznie czynią planując tak długie etapy. Pomimo to warto pamiętać o wymaganiach miast gospodarzy, względach logistycznych (transfery) oraz o idei pokazania jak największej części kraju, w którym dany wielki tour się rozgrywa. Włochy w tym przypadku są kolarsko tradycyjne – trochę gdzieś tam sercem przy przeszło trzystukilometrowych molochach z początku XX wieku. Zanosi się na to, że to zjawisko będzie kontynuowane, a nawet zostanie rozszerzone we wtorek, czyli podczas czwartego, liczącego 235 kilometrów etapu z Orbetello do Frascati.

Co prawda profil czwartego odcinka jest pofalowany, ale na trasie nie zaplanowano wymagających podjazdów. Niedługo po starcie zawodników czeka wjazd na górską premię czwartej kategorii. Potem rozpocznie się względnie spokojna podróż w kierunku Rzymu, choć oczywiście do samej stolicy Włoch różowa karawana nie zawita. Według pierwotnych planów organizatorów peleton miał wjechać niemalże na przedmieścia Wiecznego Miasta, ale po zmodyfikowaniu ostatnich 35 kilometrów oddalono się od niego. Ponadto o kilometr wydłużono finałowy podjazd, czyniąc z końcówki ściankę może nie rodem z Walońskiej Strzały, ale z pewnością taką, która sprawi, że po przejechaniu 233 kilometrów mięśnie w nogach zapieką.

Ostatnie pięć tysięcy metrów to najpierw zjazd z kilkoma zakrętami i rondami, a następnie podjazd o średnim nachyleniu 4-5%, z maksymalnym do 7%. Flamme rouge to droga nieustannie wznosząca się, z gradientem do 4%.

Pewne jest, że tempo w peletonie przed ostatnimi dwoma kilometrami znacząco wzrośnie, co spowoduje nerwowość nie mniejszą (jeśli nie większą) niż podczas przygotowań do klasycznego sprinterskiego finiszu na płaskim. Faworyci do zwycięstwa nie tylko więc będą musieli mieć się na baczności, ale także pilnować, by sędziowie nie policzyli kilku lub kilkunastu sekund różnicy. Wobec tego będzie widać, kto przyjechał na Giro d’Italia ze świeżą i dynamiczną nogą, a kto czeka raczej na mozolne alpejskie wspinaczki.

Końcówka ta nie faworyzuje Rafała Majki, który zdecydowanie lepiej czuje się na klasycznych górskich przełęczach, dlatego bardzo istotna będzie drużyna. Zresztą zadzieje się tak nie tylko w przypadku “Zgreda” – Tomowi Dumoulinowi (Team Sunweb) czy Vincenzo Nibalemu (Bahrain-Merida) też nie jest po drodze z finiszem we Frascati. Jedynym spośród faworytów do zwycięstwa w klasyfikacji generalnej, który może sobie tam poradzić najlepiej jest obecny lider klasyfikacji generalnej – Słoweniec Primož Roglič (Jumbo-Visma).

A kto powalczy o zwycięstwo? Raczej nie tak zwani czyści sprinterzy. Jeśli zrobi to ktoś z najszybszych kolarzy w peletonie, to będzie to Caleb Ewan (Lotto-Soudal), który w tym sezonie czuje się świetnie na wznoszących się finiszach. Jeśli nie on, to być może będzie to pierwsza w tym wyścigu szansa na etapowe zwycięstwo dla uciekinierów.

Zapowiedź całego wyścigu Giro d’Italia 2019 można przeczytać tutaj.

Pełny plan transmisji telewizyjnych z wyścigu Giro d’Italia 2019 można zobaczyć tutaj.