fot. Giro d'Italia

W biografii Petera Sagana możemy przeczytać wiele bardzo ciekawych i jednocześnie prawdziwych zdań. Jednym z nich jest to brzmiące “każdy wyścig to 100 różnych historii 100 różnych zawodników”. Nie ulega wątpliwości, że podobnie będzie w przypadku tegorocznego Giro d’Italia. La Corsa Rosa różni się jednak małym, lecz istotnym aspektem.

Od wielu lat Wielkie Toury, jak wszyscy dokładnie wiemy, rządzą się swoimi prawami. Casus pierwszych gór czy trzeciego tygodnia na stałe wszedł do kolarskiego systemu codzienności i zasadniczo był odkurzany podczas każdego kolejnego wyścigu wieloetapowego. Tym razem jednak powinno być inaczej. Do 100 różnych historii 100 różnych zawodników można dodać co najmniej kilkadziesiąt różnych planów na rozgrywanie poszczególnych etapów.

Ba, co bardziej zorientowany kibic może zauważyć, że i w tym przypadku przydałoby się zacytować Petera Sagana. Dobrze bowiem mieć jakiś plan, lecz nie można trzymać się go za wszelką cenę.

Do czego piję? Sprawa jest niezwykle prosta. Wystarczy przeanalizować trasę tegorocznego Giro d’Italia by zrozumieć, że może to być jeden z najbardziej otwartych wyścigów w ostatnich latach. Możliwości rozwiązań taktycznych może bowiem starczyć dla każdego, włącznie z Fausto Masnadą czy kimś pokroju Davida Arroyo, któremu L’Aquila do końca życia będzie się kojarzyć tylko z ogarniającym go szczęściem i życiową szansą.

Przejdźmy już do nieco bardziej konkretnych stwierdzeń. Od pewnego czasu Wielkie Toury przestają być wyścigami, które znamy choćby z ostatniego przełomu dekad. Proszę spojrzeć na ówczesne Giro (nie licząc “wybryku” Porte, Arroyo i Sastre na etapie do L’Aquili), Tour i Vueltę. Jak bardzo życzyliśmy sobie, by każdy z tych wyścigów stawał się coraz trudniejszy? Jak często liczyliśmy ilość długich i morderczych podjazdów kończących poszczególne etapy? Jakie wymagania mieliśmy od Tour de France, które zawsze było “za łatwe”?

Z czasem to podejście może nie odwróciło się o 180 stopni, ale na pewno weszło w ostry zakręt, który bądź co bądź łatwo było wyprostować. Etapy zaczęły stawać się krótsze i bardziej dynamiczne, wielkie góry rozpoczęto zastępować krótszymi wzniesieniami, a do łask wróciły długie i męczące czasówki (W tym miejscu, nieco odchodząc od tematu należy przyznać, że Le Tour wciąż jest kilka lat za konkurentami).

Z czym miało to związek? Chyba wszyscy mieliśmy już dość betonowania wyścigów i to nie tylko przez ekipę Sky. Co by nie mówić, pokłosie zamkniętego rozdziału o nazwie “EPO dodaje atrakcyjności”, czyli skrajna profesjonalizacja przygotowań każdego z zawodników (pomiary, plany treningowe, życie poukładane w stylu filozoficznego pedanta) zamknęła kolarstwo romantyczne, czyli show, na jakie wszyscy zawsze liczymy.

W tym miejscu należy przyznać, że poszczególni organizatorzy imprez zareagowali odpowiednio. Skoro zawodnicy i tak będą zapatrzeni w swoje Garminy, przeliczając pomiary Watów, VAM, pulsu czy średnic zjedzonych rano pomidorów, może powinniśmy ułatwić romantykom utrudnianie im jazdy zgodnie z planem założonym przez komputery połączone z satelitami?

RCS Sport, czyli włodarze Giro d’Italia, w tym roku przeszli jednak samych siebie. Patrząc na profile poszczególnych etapów można dojść do wniosku, że tegoroczny La Corsa Rosa będzie aż absurdalnie otwarty. Skąd taki wniosek? Już tłumaczę.

Wystarczy dogłębnie porównać trasę tegorocznego Giro z ubiegłorocznym. Mam tu na myśli “przeliczenie” i umiejscowienie najważniejszych podjazdów imprezy. Zaczynajmy więc.

W Giro 2018, na całej trasie umiejscowionych było 10 podjazdów pierwszej kategorii, z czego aż sześć prowadziło na samą metę, tworząc prawdziwie tradycyjne górskie odcinki. Zaledwie 4 góry 1. kat. były więc usytuowane nieco wcześniej. Nie dajmy się jednak zwieść – wszystkie z nich nie wychodziły poza etapy zakończone wyżej wspomnianymi wspinaczkami. Tym samym żadna “jedynka” nie była wrzucona na trasę samodzielnie (lub innym językiem – brak mety na zjazdach). W przypadku podjazdów drugiej kategorii, było ich na trasie zaledwie 6. Jeden z nich kończył etap nr 7, a pozostałe 5 było ustawionych we wcześniejszych częściach etapu. Warto jednak pamiętać, że 3 góry 2. kat. tworzyły etap nr 14 (ten, na którym z marzeniami pożegnał się Aru), jedna usytuowana była przed Monte Zoncolan, a ostatnia, umiejscowiona po samym starcie, pozbawiła marzeń Estebana Chavesa.

Porównajmy to z tegoroczną trasą. Po pierwsze, podjazdów pierwszej kategorii jest tylko 9, lecz drugiej – aż 13. Najpierw zajmijmy się jednak “jedynkami”. Tylko dwie z nich prowadzą bowiem do mety (Lago Serru oraz Croce d’Aune). Dodatkowo dwa podjazdy 1. kat. stanowią przygotowanie do ataku wspomnianych wyżej wzniesień. Pozostałe 5 gór rozłożono na 3 inne etapy, z czego z ich szczytów do mety zostanie co najmniej 26 kilometrów (nie można więc nazwać tych odcinków “metami na zjazdach”). Jeśli chodzi o “dwójki”, sytuacja jest podobna. Dwa z tych podjazdów zakończą etapy (z czego jeden to wspinaczka do San Marino podczas czasówki), a pozostałe 11 zostało odpowiednio rozmieszczonych na innych odcinkach. Aż 3 góry 2. kat. umiejscowiono na etapie do Croce d’Aune (z tego jedną 11 kilometrów przed kreską), a jedną przed Lago Serru. Pozostałe 7 już będzie bardziej żyć swoim życiem, utrudniając życie każdemu.

Przełóżmy teraz liczby na “nasze”. Mówiąc wprost, kosztem podjazdów do mety, postanowiono największe trudności ustawiać raczej dalej od mety, by zmusić zawodników do aktywniejszej jazdy na wiele kilometrów przed metą. W ten sposób zawodnicy celujący w maksymalne wykorzystywanie wiedzy i liczników będą musieli dużo bardziej zwracać uwagę na sytuację wyścigową. Kto bowiem zapewni, że pewnemu romantykowi nie będzie się chciało atakować na etapie do Pinerolo? Ze szczytu Montoso do mety zostaną 32 kilometry, a ja już teraz Państwa zapewniam, że i tak zobaczymy tam czystą, kolarską “rozwałkę”.

To może być naprawdę kapitalne Giro, w którym przywiązywanie się do planu będzie raczej samobójstwem.