fot. CCC Team

Urodzony w Gliwicach Paweł Bernas spełnił kolarskie marzenie ścigania w World Tourze, choć droga do tego była wyboista. Kontuzje, pech, brak oczekiwanych wyników…Teraz, w dobrej atmosferze, jaka panuje w CCC Team, powinno być tylko lepiej. “Berni” poświęcił nam podczas media day w Hiszpanii dużo czasu na rozmowę i nie musieliśmy mu zadawać prawie żadnych pytań. Oto jej efekty.  

Pod koniec 2017 roku było wiadomo, że Paweł Bernas nie będzie mógł kontynuować ścigania w drużynie Domin Sport. Miał zatem mnóstwo motywacji, by dostać kontrakt z CCC, choć w międzyczasie pojawiały się myśli o przyszłości bez roweru.

Nie ukrywam, że tamta sytuacja zmuszała mnie do myślenia o przyszłości, ponieważ trzeba z czegoś żyć – zastanawiałem się, co będę robił, jeśli nie dostanę angażu do CCC [wówczas Sprandi Polkowice]. Nie miałem problemu z motywacją, aby zostać w tym sporcie, wręcz przeciwnie – miałem jej bardzo dużo. Trzymała mnie myśl o CCC, bo wiedziałem, że w tej ekipie będę mógł się ścigać na przyzwoitym poziomie.

Kontrakt Paweł Bernas dostał. Zadzwonił do niego Piotr Wadecki i zaprosił na zgrupowanie, również w celu dopełnienia formalności. Nie wiedział jednak wówczas, że w nadchodzącym sezonie, czyli 2018, zostanie poddany swoistej huśtawce nastrojów – od choroby, kontuzji, aż po wynik, który być może otworzył mu drzwi do upragnionego World Touru.

Sezon 2018 był dla mnie bardzo trudny. Dobrze się do niego przygotowałem i już na początku byłem w dobrej formie. Pierwszy wyścig w Kolumbii [Colombia Oro y Paz] przejechałem treningowo, ale głównie dlatego, że wjeżdżaliśmy nawet na wysokość ponad 2000 m.n.p.m. Tam były etapy albo górskie, albo sprinterskie, zatem wyścig zupełnie nie dla mnie. Solidnie potrenowałem, ale niestety dopadł nas jakiś wirus i na przestrzeni miesiąca każdego z nas rozłożyło… Potem pojechaliśmy do Turcji [na Grand Prix Alanya] i tam Mateusz Taciak oraz Michał Paluta czuli się fatalnie. Ja też czułem się źle, ale to jeszcze jakoś mój organizm przebolał – drugi etap ukończyłem na siódmym miejscu, a w generalce byłem jedenasty. To siódme miejsce udało mi się wywalczyć mimo że na początku podjazdu oddałem koło Piotrkowi Brożynie, a potem goniłem czołówkę. Nie udało mi się dogonić samego czuba, ale jedną z czołowych grup tak.

Następnie pojechałem do Belgii na klasyk [Dwars door West-Vlaanderen], gdzie świetnie się bawiłem – siedem stopni Celsjusza, deszcz, bruki i podjazdy, ale mimo to od początku świetnie odnalazłem się w takich warunkach. Nie ścigałem się w Belgii od 2012 roku, kiedy to w kategorii młodzieżowej startowałem z kadrą Polski, ale od razu wiedziałem o co w tym wyścigu chodzi. Otarłem się o pierwszą dziesiątkę i pomyślałem sobie, że jest dobrze. Potem miałem lekkie zapalenie stawu, a później rozłożyło mnie już to, co wszystkich i całą kampanię klasyków miałem z głowy. W kolejnych czterech czy pięciu wyścigach albo wycofywałem się po dziesięciu kilometrach, albo nie stawałem na starcie w ogóle. Do dobrej dyspozycji wróciłem na Grodach [CCC Tour-Grody Piastowskie], a po mistrzostwach Polski złamałem rękę.

Wirus “załapany” w Kolumbii nie zakończył zatem pasma pecha, jakiego doznał Paweł Bernas, ale w tym trudnym czasie na wysokości stanęła ekipa CCC, od której otrzymał on duże wsparcie i doskonałe warunki – z jednej strony do powrotu do zdrowia, a z drugiej do maksymalnie efektywnego w tej sytuacji treningu.

Nie ścigałem się sześć tygodni, ale jednocześnie otrzymałem świetne wsparcie od ekipy. Zatelefonował do mnie Piotr [Wadecki] i powiedział, że jest zgrupowanie w Livigno i zaprosił mnie na nie. Uważał, że lepiej trenować (nawet na trenażerze) na wysokości niż w domu. Na miejscu był lekarz i nasz fizjoterapeuta Bartek Czerwiński, który od razu wziął mnie w obroty i zrobiliśmy wszystko, co się dało, poza tym, że kość się musiała zrosnąć – tego nie da się przeskoczyć. Przez to wypadłem ze składu na Tour de Pologne. Potem w Czechach [Czech Cycling Tour] i na Węgrzech [Tour de Hongrie] podia uciekły mi przez defekty mechaniczne – byłem wszędzie tam, gdzie powinienem być, a przez pecha nie zająłem dobrych miejsc. Miałem już dosyć…po dziurki w nosie tego sezonu. Pamiętam, że gdy wracałem z Węgier z dyrektorem Brożyną, to zapytałem go, czy miał czasem tak, że wszystko robił niby dobrze, ale nic mu nie wychodziło. Potem rozmawiałem o tym także z Michałem Gołasiem i obaj powiedzieli mi, że im większą presję sam będę na siebie wywierał, tym gorzej.

Być może to właśnie te rozmowy pomogły, ponieważ 24 sierpnia w Great War Remembrance Day – nowym belgijskim klasyku upamiętniającym I wojnę światową Paweł Bernas odniósł sukces, który przesądził o jego kontrakcie w nowej ekipie CCC Team. Jak 28-latek wspomina ten dzień?

Pamiętam, że stałem na starcie przerażony. Zobaczyłem kilka ekip World Tour w bardzo mocnej obsadzie. Nie bez znaczenia było też to, że ten wyścig został zorganizowany po raz pierwszy. I ten kontekst historyczny – I wojna światowa ma dla Belgów duże znaczenie. Przejeżdżaliśmy w okolicach miejsc, gdzie toczyły się bitwy, a także obok cmentarzy. Od startu było wietrznie i nerwowo, kraksy – sto procent Belgii, oprócz deszczu. Gdy zaatakowała drużyna Quick-Step udało mi się być tam, gdzie trzeba, a potem poczułem, że mogę walczyć – jak w 2015 roku, kiedy to miałem dobry sezon i wygrałem kilka wyścigów. Myślę, że na korzyść dla mnie zadziałało też to, że byłem z CCC. Wszystko skończyło się drugim miejscem i byłem bardzo zadowolony.

W nowej drużynie Paweł ma być pomocnikiem Grega Van Avermaeta – nie jest to żadnym zaskoczeniem, ale ma też szansę na start w wielkim tourze. Chciałby zadebiutować w hiszpańskiej Vuelcie. Rozpocznie sezon w Murcji, potem pojedzie w Clasica de Almeria, Volta ao Algarve i w prestiżowej francuskiej etapówce z Paryża do Nicei. I jeszcze cztery klasyki.

Powiedziano mi, że na przełomie marca i kwietnia mam być w najlepszej formie dla Grega [Van Avermaeta], co nie jest żadną tajemnicą, a w związku z tym, że nie mamy lidera na wielkie toury i trudniejsze wyścigi etapowe, to też może gdzieś uda się pójść w odjazd i powalczyć o coś dla siebie.

Oprócz budowania formy, Bernas musi zrobić jeszcze jedną rzecz. Ustawić prawidłową dla siebie pozycję do jazdy na czas, ponieważ do tej pory nie znalazł optymalnej – głównie z powodu problemów z plecami, które – jak sam mówi – prześladowały go, prześladują i będą prześladować.

Muszę ustawić moją pozycję do jazdy na czas, ponieważ w związku z moimi problemami z plecami musi ona być naprawdę dobra i nie ograniczająca mnie. Mamy tu naprawdę dobrego bike fittera Lloyda Thomasa. Już się z nim umówiłem i zrobimy to na najbliższym zgrupowaniu, pod koniec stycznia. Teraz jestem za bardzo pochylony i za bardzo aerodynamiczny. Lloyd powiedział, że jest to do zrobienia, ale de facto cały czas mam dużo pracy w związku z tymi plecami – to nie jest tak, że przestanę mieć z nimi problem. To nie pomaga w jeździe na czas, ale z drugiej strony mnie w żaden sposób nie blokuje – po prostu muszę odpowiednio dobrać pozycję i dostosować się do niej, ale na pewno nie będę siedział na rowerze jak Jonathan Castroviejo (śmiech).

Paweł Bernas zwrócił również uwagę na to, że podczas pierwszego w historii zgrupowania w CCC Team panuje znakomita atmosfera, którą w dużej mierze kreuje Greg Van Avermaet – lider, jak się okazuje, nie tylko na szosie.

Ważne jest to, że szybko się zintegrowaliśmy i nie jest tak, że na przykład przy stole podczas posiłków chłopaki z BMC siedzą sami, a my – z CCC – sami. Od początku panuje świetna atmosfera, ponieważ wszyscy są otwarci na współpracę, ale też Greg ma taką osobowość, że z każdym rozmawia, z każdym żartuje – kiedy dajmy na to po obiedzie robi kawę i widzi kogoś w pobliżu, to od razu pyta, czy zrobić mu też. Gdyby nie to, że tak szybko jeździ na treningach (śmiech), to wyczuć różnicę na poziomie osobowościowym byłoby trudno.

Między wierszami Paweł rzucił, że nie jest Danielem Ossem, jeśli idzie o pracę w wyścigach, ale z drugiej strony – czemu ma nim nie zostać, albo czemu nie może prezentować podobnego poziomu, skoro w World Tourze nieco łatwiej wyrabia się nazwiska.

Z Dénii Marta Wiśniewska i Marek Bala