Druga połowa sierpnia, a więc końcówka wakacji. Zazwyczaj urlop planuję na wrzesień, by uniknąć tłoku na szlakach w polskich górach, ale tym razem pojawiła się okazja zaliczyć kilka dni wolnego na obozie kolarsko-triathlonowym organizowanym przez Decathlon Polska. Jak było? Przekonajcie się sami.

Pod koniec lipca dostaliśmy zaproszenie na obóz przygotowywany przez Decathlon. Gdzie? Ośrodek “Międzywody” w Ostrowitem. Brzmi jak dowolna wieś w Polsce, więc szybkie sprawdzenie w Google gdzie to jest – nieopodal Golubia-Dobrzynia. To już nieco rozjaśniło miejsce obozu, a fakt, że trafi się możliwość trenowania na terenach, gdzie przygodę z kolarstwem zaczynał chociażby Michał Kwiatkowski – brzmi ciekawie. Dodatkowo jezioro zaraz obok… Ciężko byłoby odmówić, więc bez zastanowienia zgłosiłem pełną gotowość.

Krótka wymiana maili z organizatorami i pierwszym wyzwaniem jakie stanęło przede mną było skompletowanie całego potrzebnego ekwipunku. O ile w kolarskie ciuchy i akcesoria wyposażony byłem nadmiernie to buty do biegania miałem na sobie ładnych kilka lat temu, podobnie jak sprzęt potrzebny do pływania… Cóż, wziąłem wszystko, ale nie ukrywałem przed samym sobą, że do biegania i pływania nie zmusiłaby mnie nawet spora suma pieniędzy 🙂

Obóz rozpoczęliśmy w niedzielny wieczór – a jakże – od integracji 🙂 Najpierw szybkie spotkanie organizacyjne, odbiór “pakietów startowych” w postaci solidnej dawki odżywek i suplementów, przegląd miejscowych atrakcji w postaci tenisa stołowego, konsoli czy sauny, a przede wszystkim odpowiedź na najważniejsze pytanie – jak daleko jest sklep? 🙂

Posiadając już tę wiedzę ruszyliśmy uzupełnić “izotoniki” i przez resztę wieczoru mieliśmy okazję wszyscy poznać się bliżej. Sam nie do końca wiedziałem kogo tutaj się spodziewać, a jak się okazało znalazłem się pośród nie tylko pracowników sklepów Decathlon, ale także pośród klientów. Hasło “frontem do klienta” w najlepszej możliwej formie. Do tego oczywiście możliwość przetestowania praktycznie całej gamy rowerów szosowych B’Twin – od najtańszych aluminiowych modeli po te karbonowe, a więc każdy kto nigdy wcześniej nie miał okazji zobaczyć i pojeździć na ciekawym sprzęcie miał ku temu świetną okazję.

Jako dorośli i odpowiedzialni ludzie z samą integracją nie przesadzaliśmy i dość szybko pokładliśmy się do łóżek, bo w poniedziałkowy poranek czekał nas pierwszy wspólny trening. Przez cały tydzień mieliśmy dostać porządny wpie… wycisk 😉 Dwa dni interwałów, czy jeden długi, ponad stukilometrowy trening, ale zaczęliśmy od wspólnego, stosunkowo lekkiego wyjazdu, by poznać swoje możliwości i podzielić się na grupy zaawansowania.

Już od pierwszych kilometrów była świetna atmosfera, a dzięki temu, że za nami w wozie technicznym jechał nasz serwisant Bartek mogliśmy spokojnie kręcić bez obaw o defekty. Jako jedyny przedstawiciel mediów nie mogłem przecież pokazać oznak słabości i próbując spawać praktycznie każde mocniejsze pociągnięcie…po pięćdziesięciu kilometrach zaczęły łapać mnie skurcze 😛 Na szczęście codziennie wieczorem dzielne fizjoterapeutki zadbały o to, by kolejny trening nie był aż takim cierpieniem. Dziewczyny pokazały nam też jak ważny jest stretching, a jako, że ostatni raz rozciągałem się na zajęciach wf-u na studiach to jestem skłonny powiedzieć, że to był najcięższy trening na całym obozie…

Drugiego dnia solidnie daliśmy sobie w kość podczas interwałów, więc wieczorem zrobiliśmy tylko krótki rozjazd i…integrowaliśmy się dalej 😉 Na szkolnych obozach sportowych treningi chyba były nie dość, że lżejsze to i wieczory też z gatunku tych po których rano łatwiej było podnieść się z łóżka 🙂

Środa to był jednak dzień na który większość czekała. Jedna grupa w planie miała 150 km, druga okrągłą setkę, a więc dla wielu była to okazja, by pierwszy raz zmierzyć się z tak długim dystansem. Wstyd się przyznać, ale sam nigdy wcześniej nie zrobiłem “stówki”, ale na usprawiedliwienie muszę powiedzieć, że samotna jazda przez dłuższy czas niż 2 godziny zwyczajnie mnie nudzi 🙂 Sam trening był jednak ogromną frajdą, bo przy jeździe w grupie kilometry mijają przecież znacznie szybciej, do tego kilkukilometrowy szutrowy odcinek pozwalał poczuć namiastkę Strade Bianche, a poza tym oczywiście odrobina rywalizacji, czyli sprinty na tablicę. Zabawa była przednia, a najdłuższy trening zwieńczyliśmy nad jeziorem. Czy może być lepiej? 😉

Najmocniejsi w towarzystwie oczywiście byli triathloniści, ale jako, że ich treningi pływackie odbywały się o godzinach, gdy umiarkowanie normalny człowiek jeszcze śpi nad wodę wybierałem się tylko i wyłącznie w celach rekreacyjno-towarzyskich 😉 Trzeba jednak oddać, że organizatorzy wszystko doskonale przygotowali – do dyspozycji były testowe pianki i bojki, by także ci mniej wprawieni pływacy czuli się w otwartym akwenie bezpiecznie.

Czwartego dnia obozu wszyscy powoli odczuwali już trudy zgrupowania i choć w planie były interwały to każdy trening zrobił według własnych upodobań. Sam postanowiłem sprawdzić się na tle najmocniejszych i…jeszcze trochę do nich brakuje 😉 Wieczorem niestety musiałem już wracać, więc ominęło mnie ognisko i domowe wyroby właściciela ośrodka, ale cały obóz mogę uznać za baaardzo udany. Świetna atmosfera, wspaniałe towarzystwo i porządny trening – idealna odskocznia od codzienności. Noga przepalona solidnie, a niedługo ostatni start w sezonie więc będzie weryfikacja wykonanej pracy 🙂

Specjalne podziękowania dla Oliwiera Radźko, Rafała Gębary, Wojtka Wiktora, obsługi ośrodka “Międzywody” oraz wszystkich pozostałych uczestników za świetnie spędzony czas 🙂