@alpedhuez

Gdybym była dyrektorem wyścigu Tour de France, jak z zegarkiem w ręku, etap co drugiej edycji imprezy kończyłby się na Col de la Madeleine. I niespecjalnie by mnie interesowało, że byłby to manewr technicznie skomplikowany do przeprowadzenia. Ponieważ jednak nim nie jestem, a ten obecny nie podziela moich fascynacji, dwa z najbardziej majestatycznych podjazdów tej części Alp ponownie posłużą za konsumowaną w nadawanym przez Team Sky rytmie przystawkę, a wielki finał jeszcze raz rozegra się na przesławnych 21 serpentynach mitycznego L’Alpe d’Huez.

Rywalizacja podczas pierwszego bloku górskich odcinków tegorocznej edycji Wielkiej Pętli być może rozgorzała z opóźnionym zapłonem, jednak po raz pierwszy od kilku lat nie można odmówić pretendentom do zdetronizowania Chrisa Froome’a podejmowania widocznych gołym okiem prób.

Czy fakt, że ostatnim aktem tego tryptyku będzie być może najbardziej klasyczny z kiedykolwiek wytyczonych alpejskich odcinków dodatkowo zaogni rozgrywającą się na szosach batalię? Ostatnie lata dość jednoznacznie wskazują, że to krótkie odcinki najeżone nieco mniej znanymi i przytłaczającymi poziomem trudności podjazdami mają tendencję do generowania największych niespodzianek, podczas gdy taktyka na te z metą na L’Alpe czy równie legendarnych wzniesieniach sprowadza się do procesji do ich podnóża.

Jednocześnie warto zauważyć, że niezależnie od dynamiki ich pokonywania, Col de la Madeleine i Col de la Croix de Fer solidnie nadwątlą siły pretendentów do tytułu jeszcze przed właściwą częścią czwartkowej rywalizacji. Kto przejawiał jakiekolwiek oznaki słabości w minionych dniach, nie odrodzi się na ich zboczach. Kto w decydującej części etapów nie mógł liczyć na swoich pomocników, dziś straci ich jeszcze wcześniej. Zamiast pomiędzy Chrisem Froomem i jego najgroźniejszymi rywalami, główna intryga zaczyna zawiązywać się pomiędzy kenijskim Brytyjczykiem i jego walijskim przybocznym, jednak równie interesująca będzie taktyka Movistaru – wczoraj hiszpańska ekipa po raz pierwszy udowodniła bowiem, że nawet jeśli ich forma w tej chwili nie zachwyca, zabranie na ten wyścig aż trzech “liderów” miało sens i ostatecznie nie zawaha się ona poświęcić co najmniej jednego z nich celem realizacji nakreślonej jeszcze przed rozpoczęciem rywalizacji strategii. Czy dziś zaatakują ponownie?

Co mówiliśmy przed dzisiejszym etapem zanim wystartowała Wielka Pętla?

Etap 12, 19 lipca: Bourg-Saint-Maurice Les Arcs  ›  Alpe d’Huez (175,5 km)

Jeśli któryś z kolarzy będzie miał dość jazdy pod górę na poprzednich dwóch etapach to tym razem patrząc rano na profil będzie mógł się załamać… Col de la Madeleine, Col de la Croix de Fer oraz meta na L’Alpe d’Huez – łącznie przeszło 5 tysięcy metrów przewyższenia!

Zaczęły się góry, skończyły się żarty. Tym sposobem ciężko za faworyta uznać kogokolwiek innego niż Chrisa Froome’a (Sky). Oczywiście liderem wyścigu jest Geraint Thomas, ale trudno by sobie wyobrazić, by Dave Brailsford nie znał matematyki na tyle dobrze by nie wiedzieć, że lepiej mieć 5 wygranych w rękach Froome’a niż jedną w rękach Thomasa. Sky nie dało się wczoraj pokonać na żaden sposób i wszystko wskazuje na to, że dziś będzie podobnie. Froome pierwszy na mecie, a zaraz za nim Thomas? Wielce prawdopodobne.

Błysnął wczoraj Tom Dumoulin (Sunweb). Holender najpierw doskoczył do atakującego Valverde, a następnie własnym tempem pokonywał finałowy podjazd co ostatecznie dało mu 2 miejsce na etapie. Choć trzy dzisiejsze wspinaczki mają dość nieregularny profil to jednak finałowe Alpe d’Huez jest sztywne i równe, a to powinno pasować zeszłorocznemu triumfatorowi Giro d’Italia. Na tę chwilę wydaje się też, że Dumoulin to jedyny zawodnik mogący zagrozić hegemonii Team Sky.

Póki co jadą po cichu, ale są już na 5. i 6. miejscu w klasyfikacji generalnej. Mowa oczywiście o duecie z LottoNL-Jumbo, czyli Stevenie Kruijswijku i Primożu Roglicu. Mocna i równa jazda bez fajerwerków daje efekty w postaci wysokiej lokaty w generalce, a póki obaj zawodnicy prezentują się tak dobrze to chyba nie ma potrzeby wyboru konkretnego lidera. Liczę jednak dziś na Holendra, bo gdzie miałby się najlepiej pokazać, jeśli nie na Alpe d’Huez?

No i Vincenzo Nibali (Bahrain-Merida)…Próbował wczoraj Włoch, ale ostatecznie w końcówce widać było, że to nie ten poziom co duet ze Sky czy Dumoulin. Niemniej to właśnie Rekin z Mesyny jest aktualnie tuż za podium i być może to tylko “jeszcze” nie ten poziom. Do trzeciego tygodnia wyścigu wszak jeszcze kilka dni zostało. Trzeba jednak postawić pytanie o to czy Włoch wie, że w końcówce wyścigu jednak zbyt wielu gór nie ma…

Zadziwiający jest w tym roku Dan Martin (UAE Team Emirates). Wczoraj wydawało się, że nadszedł jego dzień i mocniejsi rywale wreszcie ugotowali doskonale jadącego w tym wyścigu Irlandczyka. Nic z tego! W końcówce finałowej wspinaczki Martin stracił do Froome’a zaledwie kilka sekund i jeśli dalej będzie omijał go pech – rosną jego szanse na wysokie miejsce w generalce.

Wczorajszy etap chyba rozwiał wątpliwości jeśli chodzi o pozycję lidera w ekipie Movistaru. Co prawda najwyżej sklasyfikowany jest jeszcze Mikel Landa, ale z “trójki tenorów” Eusebio Unzue najlepiej na La Rosiere pojechał Nairo Quintana. Punkty za styl oczywiście należą się w pełni dla Alejandro Valverde, jednak kolarstwo to nie łyżwiarstwo figurowe…

Po 11 dniach rywalizacji na trasie znacznie uszczupliła się lista pretendentów. Do czołowej dziesiątki wskoczył jeszcze Romain Bardet (Ag2r), ale z większymi lub mniejszymi stratami z TOP10 wylecieli Jakob Fuglsang (Astana), Ilnur Zakarin (Katusha-Alpecin) oraz Adam Yates (Mitchelton-Scott). Oczywiście nie jest to tak dotkliwa strata jaką wczoraj poniósł Rafał Majka i wyżej wymieniona trójka może jeszcze wrócić do rywalizacji o wysoką pozycję w klasyfikacji końcowej, niemniej jednak utrudnili sobie znacznie to zadanie.