Fot. Marcel Kittel

Czwarty etap Tour de France należał do tych z grupy “obejrzyj i zapomnij”. Pewne wnioski należy jednak wyciągnąć. Czas na oceny.

Plusy:
Wszystko pod kontrolą
Kiedy na samym początku cyklu rozprowadzań Rafał Majka znalazł się na kole Petera Sagana, mogliśmy być spokojni o jego dobrą pozycję w najważniejszym momencie. Jak później każdy z kibiców się przekonał, taka taktyka ma uzasadnienie. Rafał bezpiecznie przejechał kraksę, nie tracąc ani sił, ani czasu. To nam się podoba, o to chodzi.

Do ostatniej kropli potu
Kiedy uciekinierzy wjeżdżali na ostatnie 10 kilometrów, chyba każdy liczył, że uda im się dojechać do mety. Niestety peleton okazał się bezlitosny i na ostatnim kilometrze doszedł Guillaume van Keirsbulcka. Trzeba jednak przyznać, że belgijsko-francuski zespół walczył o powodzenie akcji do ostatniej kropli potu.

Minusy:
W krainie wiedźmina
Syreny? Nie. Świtezianka? Też nie. Nudny, płaski etap Tour de France? Jak najbardziej. Po kilku godzinach sielanki nie tylko my, ale i zawodnicy postanowili nieco przysnąć. Skończyło się kraksą i stratą cennego czasu przez Ilnura Zakarina i Guillaume Martina, o dużych problemach Tiesj Benoota nie wspominając. Grande Boucle ponownie zbiera swoje żniwo.

Jedni mocni, czy drudzy słabi?
Patrząc na pierwsze sprinty podczas tegorocznej Wielkiej Pętli, nasuwa się jedno, bardzo ważne pytanie. To Gaviria i Sagan są tak mocni, czy pozostali sprinterzy wciąż są pod formą? Co prawda Greipel, Kittel czy Kristoff starają się być w kontakcie, lecz to wciąż nie ich najwyższy poziom. O Cavendishu i Demarze już nie wspominając. Nie da się ukryć, że dzięki temu Słowak i Kolumbijczyk mają szansę konkretnie podkręcić swoje rezultaty.