fot. Michał Kapusta / naszosie.pl

Choć mieliśmy dziś przyjemność oglądać etapy wyścigów World Tour, emocji nie było wyjątkowo wiele. Mimo to postanowiliśmy ocenić kto zasłużył na pochwałę, a kto raczej powinien się wstydzić.

Plusy:
Czasówka życia
Na początek chcielibyśmy spojrzeć na wyścig Paryż – Nicea i indywidualną czasówkę w Saint Etienne. Tam swoje życiowe czasówki pojechali Wout Poels i Marc Soler. O ile ten pierwszy pokazywał się już z dobrej strony na takich etapach, o tyle drugi pewnie zaskoczył niejednego kibica. Młody Hiszpan, zgodnie z zapowiedziami, wchodzi w sezon 2018 bardzo mocno i bez dwóch zdań może być jednym z czołowych zawodników ekipy Movistar. Nadchodzi następca Alejandro Valverde?

Uszanowanie tradycji
Od dłuższego czasu mówi się o swoistych problemach ekipy BMC. Wciąż nie wiadomo, czy ekipa Jima Ochowicza dotrwa do sezonu 2019. A szkoda! Amerykański zespół jest bowiem jednym z najbardziej regularnych na świecie. Mówi o tym trzecie z rzędu zwycięstwo w drużynówce otwierającej Tirreno – Adriatico i to w nieco okrojonym składzie. Tak potrafią robić tylko najwięksi.

Nowy team, nowe życie
Oprócz wyżej wspomnianych Poelsa i Solera, warto na chwilę zatrzymać się przy postaci Felixa Grossschartnera. Młody Austriak, jeszcze rok temu notował jedynie przyzwoite rezultaty w ekipie CCC Sprandi Polkowice. Po przejściu do BORA – hansgrohe, 24-letni zawodnik zdecydowanie podniósł swój sportowy poziom, stając się jednym z najbardziej obiecujących kolarzy w World Tourze.

Minusy:
Dzień dla koneserów
Choć mieliśmy dziś okazję obserwować rywalizację w dwóch wyścigach World Tour, emocji nie było za wiele. Nie da się ukryć, że etapy jazdy na czas są z reguły… spokojniejsze. Tym samym, choć na pierwszy rzut oka dzień wydawał się być idealny, zdarzyło się niektórym nawet na kilka chwil przymknąć powieki. Na szczęście jutro wracamy do rywalizacji ze startu wspólnego.

Pechowiec sezonu?
Choć sezon na dobre dopiero się zaczyna, wydaje się, że mamy już głównego kandydata do tytułu pechowca roku. Mowa oczywiście o Marku Cavendishu, który wracając na kolarskie trasy, od razu zapoznał się z nawierzchnią ulicy w Lido di Camaiore, mocno się rozbijając. Oby nie był to dla niego koniec pierwszej części sezonu.