Tour of Oman

Jeszcze rok temu był tym drugim wyścigiem na Półwyspie Arabskim, o zwycięstwie w którym decydowała rywalizacja na jednym, niespecjalnie trudnym podjeździe. Nikt też nie silił się by ukrywać, że błyskawiczny awans w klasyfikacji UCI i wzrost popularności wśród gwiazd peletonu zawdzięczał on głównie wartko płynącemu strumieniowi petrodolarów. Wydaje się jednak, że Abu Dhabi Tour cały czas szuka na siebie sposobu, a jego wydłużona do pięciu etapów i wzbogacona o jazdę indywidualną na czas czwarta edycja faworyzować będzie zawodników wszechstronnych.

Bliski Wschód w ciągu ostatnich kilku lat stał się popularną destynacją dla zawodowych kolarzy, oferując (zazwyczaj) mieszczące się w strefie komfortu warunki atmosferyczne i wyśmienite zakwaterowanie. Brak kibiców? Z punktu widzenia lekko niedogotowanej gwiazdy imprez etapowych jest to stosunkowo niewielka niedogodność wobec możliwości szlifowania formy poprzez prawdziwą rywalizację. Szczególnie w miejscu, które nie nazywa się Calpe.

Przyzwyczailiśmy się już do obserwowania specjalistów od wyścigów jednodniowych szlifujących formę na smaganych wiatrem pustyniach Półwyspu Arabskiego, jednak kiedy ich myśli krążą już wokół oczekiwanego rozpoczęcia sezonu w Belgii, ze sprzyjających warunków atmosferycznych i wyśmienitych standardów akomodacji skorzystają także ci kolarze, których domeną jest rywalizacja rozbita na dni, a czasem tygodnie. I chociaż rozgrywany w październikowym terminie, Abu Dhabi Tour pasował do charakterystyki kalendarza UCI jak przysłowiowy kwiatek do kożucha, sprytnie wetknięty pomiędzy starsze imprezy w regionie Zatoki Perskiej, a Paris-Nice i Tirreno-Adriatico, jak za dotknięciem magicznej różdżki zaczął wykazywać pewien potencjał.

W ten sposób otrzymaliśmy rozwiązanie, które z pozoru ciągle nie wydawało się idealne. Pokrywając się z otwarciem belgijskiego sezonu szosowego, Abu Dhabi Tour nie mógł aspirować do roli kolejnego etapu przygotowań przed wiosenną kampanią, ani zabiegać o sto procent medialnej atencji. Skoro jednak w Zatoce Perskiej z powodzeniem budują wyspy w kształcie palmy czy gelato, znalezienie jednej góry (lub opcjonalnie jej usypanie) nie mogło okazać się szczególnie trudnym zadaniem. W ten sposób na trasie wyścigu wyrósł Jebel Hafeet i hey presto! Już jako dedykowany góralom, Abu Dhabi Tour idealnie wpisał się w lukę pomiędzy Volta ao Algarve i Vuelta a Andalucia, a pierwszymi znaczącymi celami sezonu – Paris-Nice i Tirreno-Adriatico.

Ten dość gruntowny lifting sprawił, że do udziału w zeszłorocznej edycji imprezy zgłosili się między innymi Fabio Aru, Romain Bardet, Vincenzo Nibali, Rafał Majka, Nairo Quintana, Steven Kruijswijk i Alberto Contador. Z perspektywy czasu wiemy, że szumnie zapowiadane fajerwerki na Jebel Hafeet w gruncie rzeczy okazały się jednym z najbardziej przespanych królewskich etapów minionego sezonu, a rześko pedałujący pod górę Tom Dumoulin nie tyle stanowił potwierdzenie braku zainteresowania ze strony faworytów, co objawienie samo w sobie i zapowiedź zupełnie nowej jakości.

Tym bardziej cieszy, że nauczeni tym doświadczeniem organizatorzy Abu Dhabi Tour postawili na dalsze eksperymenty i nie tylko rozszerzyli wyścig do pięciu dni, ale włączyli odcinek jazdy indywidualnej na czas, który rozegrany zostanie w przeddzień królewskiego etapu. To rozwiązanie nie tylko ucieszy powracającego do Zjednoczonych Emiratów Arabskich w glorii chwały Holendra, ale także powinno przełamać impas i zmusić pretendentów do tytułu do nieco aktywniejszej jazdy na decydującym o kształcie klasyfikacji generalnej podjeździe.

Pozostałe trzy etapy, chociaż płaskie jak stół i dedykowane sprinterom, rozegrane zostaną w dość zróżnicowanej jak na panujące okoliczności przyrody scenerii. Czeka nas odpowiednio typowy etap spod znaku „jazda przez pustynię do punktu x i z powrotem”, kryterium na pętli dookoła Abu Dhabi i…jeszcze jedna pętla dookoła Abu Dhabi, ale gdzie indziej.

Trasa

1.etap, Madinat Zayed – Adnoc School (189 km)

Otwarcie wyścigu nastąpi w Madinat Zayed skąd kolarze ruszą na południe w kierunku Liwy. Mając na uwadze fakt, że odcinek jest w praktyce całkowicie płaski to odcinek do i z Liwy będzie prawdopodobnie największym wyzwaniem ze względu na silny, pustynny wiatr.

2. etap, Yas Mall – Yas Beach (154 km)

Ponownie główne role odegrają sprinterzy, którzy tym razem nie będą musieli uważać na silny wiatr, gdyż tym razem rywalizacja rozegra się na ulicach Abu Dhabi. Znów płasko, zapewne szybko, a dla kibiców okazja by przyjrzeć się najciekawszym architektonicznie budynkom stolicy Zjednoczonych Emiratów Arabskich.

3. etap, Nation Towers – Big Flag (133 km)

Ostatni dzień dla sprinterów. Znów peleton będzie krążyć po ulicach Abu Dhabi, tym razem jednak po wyspach i mostach, a więc znów swoją rolę może odegrać wiatr.

4. etap,  Al Maryah Island – Al Maryah Island (11,8 km), ITT

Nowość w Abu Dhabi Tour, czyli czasówka. Stosunkowo łatwa trasa, kilka ostrzejszych zakrętów i jeden nawrót na którym znalazł się także punkt pomiaru czasu. Różnice czasowe pewnie nie będą zbyt wielkie, ale zawodnicy walczący o generalkę będą mogli spróbować zyskać kilka sekund nad rywalami. Tom Dumoulin zapewne jest zadowolony.

5. etap, Qasr Al Muwaiji – Jebel Hafeet (199 km)

Królewski etap Abu Dhabi Tour odwiedzi Jebel Hafeet po raz czwarty. Dwukrotnie peleton będzie jechał w poprzek pustyni, ale tym razem nie powinna ona mieć większego wpływu na rywalizację. Losy wyścigu rozegrają się nieopodal granicy ZEA z Omanem, na szczycie niemal jedenastokilometrowego podjazdu.

Włączenie do trasy wyścigu etapu jazdy indywidualnej na czas zmienia narrację i sprawia, że z wyścigu pod jedną górę przeobraża się on w doskonale znane z wielkich tourów przeciąganie liny pomiędzy góralami i bardziej wszechstronnymi pretendentami do tytułu, minimalizację strat i ich odrabianie.

Jest jednak w stawce jeden zawodnik, który w samotnej walce z czasem osiągnął już mistrzostwo, a i jazda pod górę z każdym miesiącem wychodzi mu coraz lepiej. Tom Dumoulin (Team Sunweb) wyglądał świetnie już podczas zeszłorocznej edycji Abu Dhabi Tour, ostatecznie kończąc wyścig na 3. miejscu w klasyfikacji generalnej, a włączenie niezbyt długiej, jednak idealnie płaskiej czasówki jest, cóż… wodą na jego młyn. Wątpliwości może budzić fakt, że Holendrowi przyjdzie się zmierzyć z rywalami mającymi już w nogach wyścigowe kilometry, jednak jeśli przystąpi do rywalizacji nazbyt niedogotowany, drugiego asa w talii Sunwebu stanowić może Wilco Kelderman.

Całkiem jakby andaluzyjskie słońce przestało grzać dostatecznie mocno, na wycieczkę po pustyniach Półwyspu Arabskiego zapisał się dość niespodziewanie Alejandro Valverde (Movistar). Nazwanie doświadczonego Hiszpana mistrzem tej części sezonu byłoby oczywiście skandalicznym niedopowiedzeniem – wyłączywszy wymuszone kontuzjami czy innymi okolicznościami przerwy Alejandro rządzi i dzieli od stycznia do października – jednak jeśli decyduje się on na start w imprezie z naręczem punktów WorldTouru do rozdania, na pewno nie ma on na celu przepalenia nogi. Tym bardziej, że to Valverde ma już za sobą, a na dziesięć dni wyścigowych na podium stawał już w tym sezonie pięciokrotnie. Bez dwóch zdań straci on cenne sekundy do specjalistów od jazdy indywidualnej na czas, jednak minimalizować straty w tej dyscyplinie potrafi on znakomicie, a finałowy podjazd powinien przypaść mu do gustu.

Faworytem samego etapu jazdy indywidualnej na czas będzie specjalizujący się w krótkich i płaskich odcinkach Rohan Dennis (BMC Racing). O ile jednak jeszcze dwa lata temu dałabym mu spory kredyt zaufania przed rywalizacją na Jebel Hafeet, nieudany miniony sezon mocno podkopał moją wiarę we wspinaczkowe umiejętności sympatycznego Australijczyka.

Różnorodna trasa i obiecujący występ w Kolumbii sprawiają natomiast, że do grona faworytów imprezy zaliczyć należy idącego w ślady Valverde Juliana Alaphilippe (Quick-Step Floors). Jeden z ulubieńców Patricka Lefevere’a nie jest ani najlepszym specjalistą od samotnej walki z czasem, ani batalii toczonych z rywalami na długich podjazdach, jeśli jednak idzie o skuteczne połączenie obu umiejętności, jego akcje już niedługo mogą stać równie wysoko, jak wspomnianego lidera Movistaru.

Podobnie jak akcje Alexandra Geniez (AG2R La Mondiale), który po latach imponująco konsekwentnego niespełniania młodzieńczych obietnic nagle zaczął równie konsekwentnie wygrywać. Stawka, którą zawodnik AG2R miał przeciwko sobie we francuskich etapówkach początku sezonu ma się nijak do listy startowej Abu Dhabi Tour, co nie może zmienić faktu, że 29-latek jak dotąd wygrał w tym roku wszystkie wyścigi, w jakich wziął udział. Jeśli Geniez zamierza nawiązać do tego, czego spodziewaliśmy się po nim niegdyś, to nie tylko będzie się świetnie wspinał, ale solidnie pojedzie na czas.

Z ambicjami do rywalizacji w Abu Dhabi powinni również, a może przede wszystkim podejść występujący pod banderą Zjednoczonych Emiratów Arabskich zawodnicy UAE Team Emirates. Tytułu bronić będzie sprytny Rui Costa, jednak o ile odcinek jazdy indywidualnej na czas tym razem może pogrzebać jego szanse, podwójnie zmotywowany do rywalizacji przystąpi debiutujący w barwach tej ekipy Fabio Aru.

Warto również zwrócić uwagę na świetnie dysponowanego zwycięzcę królewskiego etapu z Omanu, Miguela Angela Lopeza (Astana), jak również Iona Izagirre (Bahrain Merida), Ilnura Zakarina (Katusha-Alpecin), Jonathana Castroviejo (Team Sky) czy Diego Ulissiego (UAE Team Emirates).

My jak zwykle trzymamy kciuki za Rafała Majkę (Bora-hansgrohe), mając nadzieję, że stanie na starcie Abu Dhabi Tour optymistycznie nastawiony i skoncentrowany wyłącznie na sportowej rywalizacji.

4. edycja Abu Dhabi Tour rozpocznie się w środę, 21 lutego.
Relacje z wyścigu oglądać będzie można z odtworzenia na antenie stacji Eurosport 2.