fot. Michał Kapusta / naszosie,pl

Od ostatniego zjazdu delegatów PZKol minęło już dobre kilka dni. Od tej pory, po “bogatej” konfrontacji obu stron konfliktu, wszelkie afery i nieporozumienia zupełnie zeszły na drugi plan. Czy to koniec bolesnej “szopki” w polskim kolarstwie?

O tym, co działo się w ostatnich miesiącach wokół Polskiego Związku Kolarskiego chcielibyśmy jak najszybciej zapomnieć, to chyba oczywiste. Jest jednak jedno ale – obserwując wszystko z samego środka, postanowiliśmy, a w szczególności ja [DG], długo nie zabierać głosu. Dziś nadszedł odpowiedni moment.

To, co każdy z nas czuł w drugiej połowie 2017 roku, patrząc z punktu widzenia kibica, to coś więcej niż obrzydzenie. Wpływ na to, bez wątpienia, miała zarówno postawa prezesa Dariusza Banaszka, jak i osób mocno mu przeciwnym. Niestety, na bardzo wysokim szczeblu, bądź co bądź państwowej organizacji, poziom wymiany zdań oscylował w granicach podwórka i patologicznego osiedla.

Patrząc na całą sytuację z niewielkiego dystansu czasu można przyznać, że Prezes Banaszek, kilkoma swoimi decyzjami ułatwił ataki na swoją osobę, piastującą bardzo ważny urząd. Mowa tu m.in. o swoistej ingerencji w skład reprezentacji startującej w Tour de Pologne czy zwolnienie lubianego i szanowanego dyrektora sportowego związku. Takie działania były wodą na młyn dla jego przeciwników, którzy jednak także nie przebierali w środkach.

Prawdziwe przeciąganie liny, łączone wręcz z opluwaniem się, rozpoczęło się na początku listopada, kiedy firma CCC wycofała się ze sponsorowania PZKol. O ile sama decyzja Dariusza Miłka i jego współpracowników jest czymś, do czego ma zupełne prawo (jak każdy inny sponsor), o tyle całe zamieszanie temu towarzyszące było już mocnym nadużyciem. Właściciel obuwniczego imperium, atakując przy tym prezesa PZKol, dał jasno do zrozumienia, że pewna władza finansowa jest po jego stronie. Można wręcz odczuć, że jego słowa brzmiały “wyrzućcie Banaszka, a wasz wybawca wróci z kolejnymi milionami”. W ten sposób związkowy sponsor pokazał, że wszystko musi iść zgodnie z jego “widzimisie”.

Wielu z Państwa może się z powyższym akapitem nie zgodzić i jak najbardziej to zrozumiem. Myślę jednak, że każdy z nas czuje podobnie wielkie rozgoryczenie, kiedy tylko przypomni sobie “aferę obyczajową”, wyciągniętą przez jednego z dziennikarzy popularnego portalu sportowego za pomocą rozmowy z Piotrem Kosmalą (który notabene “odszedł” z polskiego kolarstwa rozpętując niemałą burzę). Choć bez wątpienia powinna ona zostać rozwiązana, moment, w którym została wyciągnięta na światło dzienne wydaje się być zdecydowanie najgorszym. Nie wiemy ile w tym było celowego działania, a ile przypadku. Pewne jest, że potężnym rykoszetem oberwało się atakowanemu zarządowi, który nie miał z tym zupełnie nic wspólnego. Można wręcz powiedzieć, że Dariusz Banaszek i jego świta stali się swoistym kozłem ofiarnym w aferze, która miała miejsce we wczesnym średniowieczu, a wciąż nie została rozwiązana. Kiedy doczekamy się konkretnych działań osób za to odpowiedzialnych? Komu takie działanie było na rękę? Pytań wciąż pozostaje zbyt wiele.

Równie zagubione w tym wszystkim wydaje się być ministerstwo sportu. Choć Witold Bańka jest osobą lubianą przez obie strony narodowego konfliktu politycznego, jego działania wydają się być dość nieprzygotowane. Świadczy o tym m.in. zakręcenie symbolicznego kurka, będące jednoznaczne z mocnym utrudnieniem pracy nowo wybranemu zarządowi, zamienione w ostatnich dniach na zwiększoną dotację z PKOl. Co więcej, Minister wciąż domaga się dymisji prezesa, która najprawdopodobniej i tak, przy nowym składzie zarządu, namaszczonym przez Banaszka, niewiele by zmieniła. Równie bezpodstawne okazały się słowa o wprowadzeniu do PZKol komisarza, którego do dziś nikt nie widział. Tym samym można odnieść wrażenie, że Witold Bańka najzwyczajniej w świecie nie ma większej wiedzy o polskim kolarstwie.

Sytuacja jest jednak taka, a nie inna. W grudniu wybrany został nowy zarząd związku, w skład którego wszedł m.in. Andrzej Domin (z czego sam się bardzo cieszę, gdyż jest to jedna z niewielu osób zupełnie bezinteresownych). Wszelkich słów sprzeciwu póki co nie słychać, co może zapowiadać pierwsze uspokojenie. Nam pozostaje wierzyć, że w 2018 roku wszyscy będą w stanie wejść na wyższy poziom we wzajemnych stosunkach, dzięki czemu w końcu będziemy mogli przyglądać się współpracy prawdziwych sympatyków kolarstwa. Oby.