fot. 20minutos

Podróżując po przełomie dekad, niebezpiecznie zbliżamy się do pierwszego błysku geniuszu Team Sky. Na wyścigu, którym dziś się zajmiemy, brakowało naprawdę niewiele, by pierwszy wielki krok w swojej karierze wykonał Chris Froome. Na jego drodze stanął jednak jeden z kolegów, który skutecznie go spowolnił. Drodzy Państwo, przyszedł czas na Vuelta a Espana 2011.

Po bardzo emocjonującym Tour de France, kibice bardzo mocno liczyli na powtórkę podczas hiszpańskiej Vuelty. Choć na liście startowej nie widniało wiele wielkich nazwisk, trasa sprzyjała znakomitej rywalizacji, która chyba nikogo nie zawiodła.

Trzeci z wielkich tourów w sezonie był ostatnią szansą dla Bradleya Wigginsa, który właśnie wtedy miał uratować sezon. Jednym z jego pomocników miał być Chris Froome, który niecały miesiąc wcześniej pojawił się na trasie Tour de Pologne. Co więcej, głównymi rywalami Brytyjczyka i lidera Team Sky mieli być Vincenzo Nibali i Joaquim Rodriguez.

Pierwszy tydzień rywalizacji wskazywał na to, iż to popularny “Purito” będzie jednym z najsilniejszych zawodników w stawce, a najwięcej problemów sprawiać powinien mu Bauke Mollema. Co ciekawe, Nibali czy Wiggins nie otworzyli rywalizacji za dobrze, kilkukrotnie tracąc pojedyncze sekundy. Co ciekawe, także Rodriguezowi zdarzył się gorszy dzień, kiedy na podjeździe pod La Covatillę był wolniejszy od przeciwników o niecałą minutę. Mało kto się jednak spodziewał tego, co miało miejsce kilka dni później.

O układzie klasyfikacji generalnej przed “morderczym weekendem” w Asturii w dużej mierze zdecydowała długa i płaska czasówka w Salamance. Co prawda, zwycięstwo etapowe Tony’ego Martina nie było wielką niespodzianką, lecz przejęcie koszulki lidera przez… Chrisa Froome’a wywołało niemałą burzę. Już wtedy mówiło się o swoistym “konflikcie interesów” w team Sky, który później okazał się być zabójczy. Co ciekawe, praktycznie wszyscy dotychczasowi liderzy, po indywidualnej walce z czasem, wypadli z czołówki.

Prawdziwe ściganie we Vuelcie 2011 zaczęło się na La Farrapona. Choć finałowy podjazd był iście morderczy, liderzy nie zamierzali w zdecydowany sposób atakować pozycji lidera (po etapie do stacji Manzaneda został nim Bradley Wiggins). Opieszałość rywali wykorzystał Juan Jose Cobo, który razem z Davidem De la Fuente zyskał około 20 sekund nad brytyjskim duetem, zmniejszając ich przewagę w generalce do niecałej minuty. Wówczas wydawało się, że oprócz wymienionych kolarzy, w walce o triumf zostali jeszcze Bauke Mollema i Frederik Kessiakoff.

To, co miało miejsce dzień później, przeszło do historii nowoczesnego kolarstwa. Jak każdy z nas wie, Angliru jest miejscem, gdzie nawet najmniejsza słabość może spowodować minutową stratę. Tym samym to właśnie w samym sercu Asturii kolarze przeżywają prawdziwy test dyspozycji i umiejętności. 6 lat temu zdecydowanie najlepiej przeszedł go Juan Jose Cobo, który przejął prowadzenie w całym wyścigu. Jedynym zawodnikiem, którego było stać na zagrożenie Hiszpanowi reprezentującemu team Geox był Chris Froome. Niestety dla późniejszego dominatora, Dave Brailsford i Bradley Wiggins pozbawili go możliwości walki o najwyższe cele.

Skąd taki wniosek? To proste. Kiedy Cobo w kapitalny sposób odjeżdżał rywalom, kierownictwo Team Sky wraz z liderem zespołu, zwanym też żartobliwie spadochronem, wręcz zmusiło Froome’a do pozostania w “tracącej siły grupie czerwonej koszulki”. Urodzony w Kenii kolarz stracił w ten sposób kontakt z najlepszymi. “Na szczęście”, po pewnym czasie pozwolono mu odjechać od Sir Brada, dzięki czemu udało mu się dojechać do mety obok Wouta Poelsa i Denisa Menchova.

Ostatnią szansą dla Froome’a na dojście Cobo w generalce był etap kończący się podjazdem pod Pena Cabarga. 20 sekund dzielące obu kolarzy wydawało się być do odrobienia. Jak się jednak okazało, Cobo był w stanie w kapitalny sposób obronić koszulkę, zachowując około 2/3 przewagi.

Na “nieszczęście” dla vice-lidera wyścigu, kolejne etapy nie były już tak trudne. Tym samym w Madrycie, zupełnie niespodziewanie, puchar za zwycięstwo we Vuelta a Espana otrzymał Juan Jose Cobo. Chris Froome wyścig przegrał ostatecznie o 13 sekund, choć zdarzało mu się próbować ataków na lotne premie (lub banery oznaczające 20 kilometrów do mety). Podium uzupełnił Bradley Wiggins.