fot. ANSA

Po kilkudniowej przeprawie przez sezon 2008, przyszedł czas na delikatny przeskok. Dziś zajmiemy sie jednym z najdziwniejszych wyścigów ostatnich lat, czyli Giro d’Italia 2009. Kto wówczas był najlepszy?

La Corsa Rosa sprzed 8 lat do dzisiaj wzbudza wiele kontrowersji. Powodów jest co najmniej kilka. Przede wszystkim, właśnie we Włoszech, swój “wielki powrót” rozpoczął Lance Armstrong. Po drugie, aż czterech zawodników z czołowej dwunastki zostało później przyłapanych na dopingu. Co prawda wśród nich nie było zwycięzcy wyścigu, lecz także on wciąż jest w gronie podejrzanych. W końcu wyniki Denisa Menchova z odbywającego się dwa miesiące później Tour de France zostały już anulowane.

Oprócz wspomnianego już Rosjanina, na podium w Rzymie stanęli Danilo Di Luca oraz Franco Pellizotti, którzy, jak dobrze wiemy, stosunkowo zostali pozbawieni bardzo solidnych rezultatów ze względu na wpadki dopingowe. Co więcej, przyłapany na stosowaniu niedozwolonych środków został też Tadej Valjavec. Tym samym, według oficjalnych wyników, najlepszy był Menchov, a podium uzupełnili Carlos Sastre i Ivan Basso. Niewykluczone jednak, że tytuł powinien przypaść zwycięzcy Wielkiej Pętli z poprzedniego sezonu.

Sam wyścig układał się stosunkowo ciekawie, lecz nie można powiedzieć, że był wielce interesujący (szczególnie porównując go z kolejną edycją). Od samego poczatku imprezy, karty rozdawali Di Luca i Menchov. Już w pierwszym tygodniu rywalizacji stało się jasne, że to między nimi rozegra się walka o zwycięstwo w całym wyścigu. Nieoczekiwanie, blisko czuba generalki trzymał się jeszcze Thomas Lofkvist, lecz z biegiem czasu Szwed tracił dystans.

Co codziennie obijało się sporym echem we włoskich mediach, z dwójką głównych faworytów nie mogli sobie poradzić kolarze ekipy Liquigas. Duet Basso – Pellizotti, mocno wspierany przez Sylwestra Szmyda, starał się falowo odrabiać kolejne sekundy, lecz ostatecznie było to za mało, by pokonać najmocniejszą dwójkę. Podobnie sprawa się miała w przypadku Carlosa Sastre. Lider ekipy Cervelo miał jednak jeden problem – kolegów z zespołu. To właśnie podczas Giro 2009, po raz pierwszy na ustach dziennikarzy pojawił się Serge Pauwels. Niestety, nie ze względu na wynik sportowy, a nieposłuszeństwo względem lidera. Belg, jadąc w ucieczce i nie mając większych szans na odniesienie zwycięstwa, nie poczekał na bardziej doświadczonego kolegę, co mocno rozwścieczyło dyrekcję zespołu. Co ciekawe, po pewnym czasie, Pauwels został okrzyknięty zwycięzcą etapowym po dyskwalifikacji Leonardo Bertagnolliego.

Ostateczny pojedynek przed finałową czasówką w stolicy miał miejsce na Wezuwiuszu. Tam najlepszy okazał się Sastre, lecz to za jego plecami rozgrywała się walka o zwycięstwo w całym wyścigu. Ostatecznie Menchov zdołał utrzymać koszulkę, praktycznie zapewniając sobie finałowy triumf.

Mimo ułożonej klasyfikacji generalnej, finał w Rzymie wcale nie był nudny, a zadbał o to sam lider. Na ostatnich metarch Rosjanin zaliczył niespodziewany upadek, tracąc kilka cennych sekund. Mimo to, udało mu się nie tylko utrzymać prowadzenie w generalce, a nawet dołożyć Danilo Di Luce kilka dodatkowych sekund.

Jak się jednak później okazało, było to jeden z najsłabszych wyścigów dookoła Włoch w ostatnich latach.