fot. Michał Kapusta / naszosie.pl

Po sześciu dniach rywalizacji, wyścig Tour of Turkey 2017 przeszedł do historii. Dla kibiców może nie był on najlepszym widowiskiem, ale zapewniamy Państwa – na miejscu było wręcz bajecznie.

Wszystkie ekipy, które postanowiły wystartować w imprezie Prezydenckiej, zapewniały, że jest to wręcz idealne zakończenie sezonu – ściganie w niedużym peletonie przy pięknej pogodzie i przystępnych profilach etapów. Również dla nas, dziennikarzy, takie wejście w swoisty “off-season” było bardzo przyjemnym rozwiązaniem.

Mimo pewnych obaw zapewniamy, że organizatorzy zdołali dopiąć wszystko na ostatni guzik i przygotować wyścig w sposób naprawdę dobry, jednocześnie dbając o odpowiednią promocję. Pod względem pracy, nie brakowało nam absolutnie nic. Biura prasowe przygotowane były z najwyższą starannością, a problemy z internetem przed pierwszym etapem rozwiązano… przekazując nam tureckie karty sim z dużym zapasem transferu (choć następnego dnia mieliśmy już możliwość korzystania z dwóch, szybkich mobilnych kanałów wifi).

Także potrzeby niższego szczebla mogliśmy zaspokajać z olbrzymią łatwością. Połączenie “drugich śniadań” i bufetów w stylu stricte tureckim z zachodnimi napojami gazowanymi dodatkowo pomagało w odpowiednim wykonywaniu różnych dziennikarskich zadań. W końcu chyba każdy wie jak pracuje się “na głodnego i spragnionego”.

Najbardziej zaimponował nam fakt, iż organizatorzy byli w stanie poprzez wyścig zareklamować swój kraj. Mało który z działaczy dba również o to, by dziennikarze pracujący przy imprezie otrzymali na tacy najlepszy możliwy materiał reklamowy, będący… ich własnym doświadczeniem. To właśnie osoby odpowiedzialne za koordynację mediów lobbowały za usytuowaniem biura przy samym brzegu zatoki w Marmaris, proponowały morską kąpiel w Fethiye czy prowadziły nas do domu Maryi dziewicy.

Ponad wszystkim była jednak atmosfera. Przyjemna, przyjacielska, wręcz rodzinna. Wszyscy ludzie obecni na Tour of Turkey zdążyli w ciągu sześciu dni stworzyć kapitalny zespół, pracujący i żyjący w skrajnej harmonii. Bez wątpienia, dla każdego z nas, turecka kultura codziennego życia stała się zdecydowanie bliższa. Wbrew głosom z zewnątrz, nie było ani niebezpiecznie, ani nieprzyjemnie. Pójdziemy nawet o krok dalej. To właśnie w Turcji najbardziej zżyliśmy się z organizatorami. Takiego uczucia z pewnością nie zapomnimy do końca życia.

Już wczoraj, wracając do Polski, czuliśmy swoistą pustkę. Możemy zapewnić, że z ogromną ochotą wrócimy na ToTUR w przyszłym roku. Co więcej, trzymamy kciuki, by impreza szybko się rozwijała, bo Ci ludzie po prostu na to zasługują.