fot. Milano - Sanremo

Chociaż większość kompletów medali została już rozdana, emocje sięgną szczytu dopiero w niedzielę, kiedy to poznamy odpowiedź na pytanie nurtujące cały kolarski świat. Kto zostanie triumfatorem wyścigu ze startu wspólnego elity mężczyzn, a tym samym cieszyć się będzie przywilejem noszenia uszytej ze snów i determinacji tęczowej koszulki przez kolejnych dwanaście miesięcy? 

Nie ujmując niczego zawodnikom i zawodniczkom rywalizującym w pozostałych kategoriach i dyscyplinach, to właśnie ten wyścig tradycyjnie stanowi ostatni akcent i jednocześnie punkt kulminacyjny mistrzowskich imprez, ciesząc się największym zainteresowaniem kibiców i mediów.

Jednocześnie rywalizacja na przestrzeni ostatnich dwóch dni dała nam dość duże pojęcie o wytyczonej w sercu norweskiego Bergen rundzie i najbardziej prawdopodobnych scenariuszach, zaskakując i zmuszając do zrewidowania poglądów na obie sprawy.

Podobnie jak w sobotę juniorzy, zawodnicy elity mężczyzn wystartują ze znajdującego się na jednej z otaczających Bergen wysepek Øygarden. Podczas pierwszych 39,5 kilometra rywalizacji będą zatem przemieszczać się wzdłuż bardzo urozmaiconej linii brzegowej południowo-zachodniej Norwegii, nieustannie wystawieni na potencjalnie niszczycielskie działanie wiatru. Na doskonale znaną już pętlę wjadą na jej 2. kilometrze, tuż przed podjazdem do Solheimsviken, po czym pokonają ją jeszcze 11 razy, co złoży się na imponujący dystans 267.5 kilometra.

Punktem kulminacyjnym rundy o długości 19.1 kilometra ponownie będzie umiejscowione w jej środkowej części “Łososiowe Wzgórze” – Salmon Hill (ok. 1 km, śr. 5%), jednak jak dowiodły wyścigi pozostałych kategorii, w rzeczywistości usłana jest ona nieuwypuklonymi na profilu podjazdami, co czyni ją znacznie trudniejszą, niż się wstępnie spodziewano.

Na tym jednak nie koniec zaskoczeń. O ile niepozorne Salmon Hill, pokonywane kilkukrotnie (zawodnicy elity mężczyzn pokonają je dwanaście razy), musiało odcisnąć znaczące piętno na przebiegu rywalizacji, niespodzianką numer jeden jak dotąd jest brak wpływu na ostateczny wynik drugiej części rundy. Wydawało się bowiem, że co prawda rozpoczynający się technicznym zjazdem, ale poza tym w przeważającej części płaski odcinek dzielący Łososiowe Wzgórze i linię mety przemawiać będzie na korzyść dużej grupy, podczas gdy w rzeczywistości byliśmy świadkami solowych zwycięstw Eleny Pirrone, Juliusa Johansena i Chantal Blaak oraz dwójkowego pojedynku w kategorii orlików.

Czy taki scenariusz powtórzy się w wyścigu elity mężczyzn? Zapowiadana słoneczna pogoda w połączeniu z faktem, że większość drużyn zdecydowała się zabrać na mistrzostwa świata dysponujących dobrym przyspieszeniem specjalistów od wyścigów jednodniowych zamiast typowych sprinterów, przemawia na korzyść sprintu z dużej grupy. Z drugiej strony nie od dziś wiadomo, że w peletonie napędzanym siłą pełnych sprzecznych ambicji składów narodowych znacznie trudniej jest o organizację skutecznej pogoni, a rezultaty piątkowych i sobotnich wyścigów z pewnością dodatkowo zachęcą wielu zawodników do ataku.

Czy jeśli w mocnym odjeździe znajdzie się Peter Sagan, pozostali uczestnicy akcji będą skłonni z nim współpracować? Jedynie kilku zawodników czuje się dostatecznie pewnie w sprinterskich pojedynkach ze Słowakiem by pójść na ten układ, a jakakolwiek dezorganizacja w grupie doprowadzi do jej wchłonięcia przez peleton. Z tego powodu wydaje się, że większe prawdopodobieństwo sukcesu ma nieco przespana solowa lub dwójkowa akcja zawodników drugiego szeregu, którą pozostające w peletonie ekipy mogą uznać ze mniejsze zło niż prowadzenie pogoni w imieniu pozbawionego silnej drużyny mistrza świata. Przekalkulowane? Takie jest męskie kolarstwo. Który ze scenariuszy rzeczywiście wejdzie w życie dowiemy się jednak dopiero jutro po południu.

Zamiast jednym tchem wymienić szerokie grono potencjalnych zwycięzców jutrzejszego widowiska, przyjrzyjmy się składom wystawionym przez najsilniejsze kolarskie nacje i optymalnym z ich perspektywy scenariuszom.

Rozpocząć trzeba od reprezentacji Belgii, która zdecydowała się przystąpić do wyścigu ze startu wspólnego z siedmioma liderami. Niemożliwe? O ile Julien Vermote jest cenionym pomocnikiem, a Jens Keukeleire pewnie też da się jakoś namówić do poświęcenia swoich własnych ambicji, tacy zawodnicy jak Tim Wellens, Tiesj Benoot, Dylan Teuns, Jasper Stuyven, Oliver Naesen, Philippe Gilbert czy Greg Van Avermaet w wielu innych reprezentacjach pełniliby role niekwestionowanych kapitanów. Nieco zakurzony już konflikt na linii Van Avermaet – Gilbert dodatkowo podgrzewa atmosferę, jednak prawdziwym problemem może być fakt, że niemal każdy z wyżej wymienionych zawodników hipotetycznie powinien być zainteresowany wprowadzeniem w życie tego samego scenariusza: ataku z dystansu. Wellens, Benoot i Teuns (w dowolnej kolejności) niemal na pewno pójdą na pierwszy ogień, jednak z zainteresowaniem będę obserwować, jak rozegrają to pozostali Belgowie.

Drugim najsilniejszym składem może się pochwalić reprezentacja Italii, która już podczas sobotniego wyścigu juniorów nie pozostawiła wątpliwości, dlaczego jej umiejętności walki o wspólny cel oceniam jeszcze niżej niż Belgów. Wydaje się, że wyścig może okazać się za ciężki dla czekającego na sprint z peletonu Elii Vivianiego, jednak w tej samej roli dobrze powinien się sprawdzić zawsze mocny w tej części sezonu Sonny Colbrelli, podczas gdy Diego Ulissi będzie próbował się zabrać do jednego z zawiązujących się w końcówce odjazdów. Najmocniejszą kartą Włochów będzie jednak znajdujący się w rewelacyjnej formie Matteo Trentin, który jest w stanie zafiniszować z małej i średniej grupy, jak również, jeśli zajdzie taka potrzeba, pokusić się o solową akcję. Wspierać ich będą niezmordowani Gianni Moscon, Alessandro De Marchi i Salvatore Puccio, a jako jednego z czarnych koni wyścigu uznać można nieprzewidywalnego Alberto Bettiola.

Z dziewięcioma zawodnikami przystąpi do rywalizacji również Francja, jednak próżno szukać w ich szeregach typowych sprinterów. Podczas gdy Arnaud Demare i Nacer Bouhanni zostali w domu, reprezentować “trójkolorowych” będą specjaliści od wyścigów klasycznych i harcownicy: Julian Alaphilippe, Tony Gallopin, Lilian Calmejane, Alexis Gougeard i Warren Barguil. W innych okolicznościach pierwszy z wymienionych zawodników byłby jednym z głównych pretendentów do tytułu, jednak mimo etapowego zwycięstwa odniesionego na Vuelcie zawodnik Quick-Stepu w ostatnich tygodniach nie imponował formą. Jego prominentna rola w decydującej fazie wyścigu cały czas nie jest wykluczona, jednak po fantastycznym występie w jeździe indywidualnej na czas niemałą niespodziankę sprawić może Alexis Gougeard. Dodając do tego zawsze agresywną postawę Gallopin, Calmejane i Barguila można mieć pewność że Francuzi, podobnie jak Belgowie, ubarwią jutrzejszy wyścig.

Choć w składzie Kolumbii dominują górale, nietypowym zadaniem Nairo Quintany, kuzynów Henao czy Jarlinsona Pantano będzie tym razem doprowadzenie do sytuacji, w której swoim piekielnie szybkim finiszem będzie mógł się popisać Fernando Gaviria. 23-letni sprinter nie powrócił jeszcze do pełni formy po kontuzji której doznał podczas treningu, co nie oznacza, że ktokolwiek chciałby mieć go za rywala w decydującej fazie wyścigu. Czarnym koniem będzie natomiast Rigoberto Uran, który zwykle dysponuje bardzo wysoką formą o tej porze roku i świetnie sprawdza się w rozgrywanych na rundach imprezach. Jeśli nie zaatakuje na ostatnim okrążeniu to dlatego, że siedzi już w autokarze lub mocny Gaviria potrzebuje jego wsparcia.

Na sprint w reprezentacji “pomarańczowych” czekać będzie Danny van Poppel, jednak chyba każdy spodziewa się ataku Toma Dumoulin zainspirowanego wyczynami zawodniczek i zawodników niższych kategorii. Triumf 26-latka będzie możliwy tylko jeśli dojedzie w okolicy linii mety sam, co choć mało prawdopodobne, w perspektywie wydarzeń z ostatniej środy zdecydowanie nie jest niemożliwe.

Startujący z dziewięcioma kolarzami reprezentanci gospodarzy długo nie mogli znaleźć porozumienia w sprawie przywództwa w ekipie, co nie zmienia faktu, że mają zawodnika na oba z najbardziej prawdopodobnych scenariuszy. Podczas gdy Edvald Boasson Hagen powinien znaleźć się w jednej z decydujących akcji zawiązanych na ostatniej rundzie, Alexander Kristoff czekać będzie na sprint z peletonu. Win-win.

Na finisz z dużej grupy liczyć będą również Australijczycy, którzy jednogłośnie postawili na uznawanego za jednego z największych faworytów niedzielnego wyścigu Michaela Matthewsa.

W dziewiątkę pojadą również Hiszpanie, Brytyjczycy i Niemcy, jednak w kontekście wyścigu ze startu wspólnego na próżno szukać w ich szeregach pierwszoplanowych postaci.

Spośród nacji wystawiających sześciu zawodników najbardziej interesuje nas oczywiście reprezentacja Polski z Michałem Kwiatkowskim na czele. Zawodnik Team Sky nie kryje swoich ambicji powtórzenia zwycięskiego manewru z Ponferrady, a wspierany w nich będzie przez Macieja Bodnara, Michała Gołasia, Pawła Poljańskiego, Łukasza Wiśniowskiego i Macieja Paterskiego.

Podobnie wyścig rozegrać najprawdopodobniej spróbuje obrońca tęczowej koszulki i faworyt całej rywalizacji, Peter Sagan. Słowacka drużyna, delikatnie mówiąc, do najsilniejszych nie należy i dochodzą słuchy, że Sagan w ostatnich dniach chorował. Jeśli jednak ktokolwiek jest w stanie wywalczyć trzy tytuły mistrza świata z rzędu, to tylko on i tylko teraz.

Sześcioma zawodnikami dysponować będą również Słoweńcy z Luką Mezgecem, Irlandczycy z Danielem Martinem, Duńczycy z Magnusem Cortem i Sorenem Kraghem, Szwajcarzy z Michaelem Albasinim, Rosjanie z Ilnurem Zakarinem, Portugalczycy z Rui Costą, Czesi z Petrem Vakocem i Zdenkiem Stybarem oraz Amerykanie.

Spośród ekip dysponujących jeszcze mniejszą siłą zaistnieć mogą natomiast Alexey Lutsenko (KAZ), Daryl Impey (RSA) i Jean-Pierre Drucker (LUX).

 

Harmonogram transmisji telewizyjnych: 24 września (niedziela)

10:00 Eurosport 1 – wyścig ze startu wspólnego elity mężczyzn
10:00 TVP Sport – wyścig ze startu wspólnego elity mężczyzn

Pełną zapowiedź mistrzostw świata Bergen 2017 można znaleźć > tutaj